loading
Proszę czekać...
reklama_pozioma
Waldemar Żyszkiewicz: Aaaadaś i Leszek. Dwie metamorfozy
Opublikowano dnia 12.08.2017 19:08
Mówię o nim Adaś, bo wprawdzie luźno, ale jednak znaliśmy się przed laty. Byliśmy nawet na ty.

screen YouTube
Żadna rewelacja, bo taki był w tamtych czasach naturalny sposób zwracania się do siebie w relacjach rówieśniczych czy prawie rówieśniczych. Zwłaszcza jeśli bliskości pokoleniowej towarzyszyła jakaś wspólnota pasji, zainteresowań czy poglądów.
 
Aaaadaś. Z promiennego chłopca...
Nie pamiętam już, w jakich okolicznościach zawarliśmy znajomość, pewnie odbyło się to w kręgu wspólnych znajomych w środowisku literackim czy młodoliterackim Warszawy. Ale i Krakowa, lub dokładniej: salonów krakówka – nie da się wykluczyć jako terenu naszego pierwszego spotkania.

Jak wspomniałem, nie ma mowy o jakiejś tam bliższej znajomości, najwyżej kilka czy kilkanaście zdań zamienianych w przelocie, jak wtedy jeszcze przed piątą rano, w hali biletowej krakowskiego Dworca Głównego, gdy śpiesząc się na ekspres do Warszawy, spotkałem Adama, który swobodnym, ale świadomym celu krokiem szedł przez pustawą o tej porze przestrzeń.
 
– Cześć, właśnie przyjechałem – odparł na moje pytanie, dokąd zmierza.

– Szkoda, bo ja akurat pędzę na peron do warszawskiego pociągu – rzuciłem w przelocie.

Uśmiechnęliśmy się do siebie, życząc sobie nawzajem powodzenia i machając na pożegnanie. 
 
...wyrósł agresywny ideolog w crocsach
Tak pewnie wyglądała większość naszych ówczesnych styczności. Znacznie intensywniej przegadaliśmy się dopiero później, po roku 1989, w jednej z krakowskich księgarni, gdy na pytanie, o źródła mnogich cytatów, które bogato inkrustowały napisaną w więzieniu książkę, zdenerwowany Adaś, może już jako poseł z Bytomia, a może dopiero aspirant do tej zaskakującej roli społecznej, wykrzyczał pod moim adresem:

– Pięknie pan zaczyna. Dokładnie o to samo pytał jeden esbek, który mnie przesłuchiwał!

Nie wiem, jakie wrażenie wywarły te słowa na tłumnie zgromadzonej tam krakowskiej czytającej publiczności. Z pewnym niesmakiem oraz niemałym uczuciem zawodu wyszedłem wtedy z księgarni na ulicę Stradom i ruszyłem w stronę Wawelu.

To już była bodaj ostatnia nasza bezpośrednia wymiana zdań. Choć w cotygodniowych felietonach, drukowanych wiosną 1991 roku na łamach ‘Czasu Krakowskiego’, zdarzyło mi się jeszcze raz czy drugi komentować poselską aktywność Aaaadasia, który w obronie dzielnych funkcjonariuszy peerelowskiej rzeczywistości skutecznie kruszył kopie z trójką tzw. muszkieterów z katolickiego ZChN.

Dla dorastającej młodzieży, ku pouczeniu i przestrodze, dodam tylko, że jednym z tych przebrzydłych katolickich oszołomów był Stefan Niesiołowski, który wszakże po radykalnej zmianie flanki, swego entomologicznego profesorskiego oszołomstwa nie tylko nie utracił, ale wręcz sporo nabył. Wówczas, jako katolikowi, wszystkiego robić i mówić jeszcze mu nie wypadało.
 
Leszek. Z hipisującego buntownika... 
Zanim jednak do zerwania naszej skromnej znajomości z Aaaadasiem doszło, piliśmy nawet razem wódkę, deliberując całkiem serio nad skutecznymi sposobami naprawy tego świata. Było to gdzieś przy ulicy Batumi, na warszawskich Stegnach, gdzie znalazłem się do udziału w kontestatorskich posiadach zaproszony przez gospodarza imprezy, którym był Leszek, również młody wówczas poeta, poznany przeze mnie nieco wcześniej w Krakowie.

Leszkowa kwarantanna pod Wawelem nie była przypadkowa, bo choć jego rodzice byli związani raczej z innymi miastami, głównie Warszawą, Gdańskiem czy Szczecinem, a później Berlinem, to jednak zaraz po wojnie mieszkali w Krakowie i Leszek właśnie tam przyszedł na świat. W czasach swego krakowskiego przeczekiwania Leszek wyglądał na nieco zbyt korpulentnego hipisa, który nie dba ani o strój, ani o długie, często pozostające w nieładzie włosy.

Chodził z zawsze z chlebaczkiem, skąd wyciągał kolejne zeszyty, w których notował wiersze, robił zapiski, sporządzał recenzje czy teksty krytyczne. Chętnym, a takich wcale nie brakowało, odczytywał też swój wiersz „Miska”, mocno osadzony we własnych trudnych doświadczeniach. To była niejako Leszkowa specjalność i takim go zapamiętałem z tamtego krakowskiego okresu.
 
...wyłonił się akuratny profesor
Nic dziwnego, że gdy po latach, już z początkiem nowego stulecia, podczas literackiej imprezy w śródmiejskim dzielnicowym domu kultury przy Smolnej jednym z zaproszonych gości miał być właśnie Leszek, postanowiłem się tam wybrać, tym bardziej że to dosłownie o rzut beretem od miejsca, gdzie mieszkam po przeniesieniu się z Krakowa do Warszawy.

Podczas wieczoru rozglądałem się za dawnym znajomym, ale bez rezultatu. Impreza już dobiegała końca, Andrzej Tadeusz Kijowski zapraszał uczestników na następne spotkanie, więc spytałem kogoś ze znajomych, dlaczego Leszek na Smolną nie dotarł. 

– Jak to nie dotarł? – zdziwienie w głosie znajomka było wyraźne – Przecież on prowadził główną część wieczoru.

– Ten postawny mężczyzna, gładko wygolony i starannie, choć bez cienia dandyzmu ubrany, to był Leszek? – naprawdę się zdumiałem.

Niemal wybiegłem za nim do foyer. Niestety, już go tam nie złapałem, zdążył pójść do domu. I wtedy przypomniała mi się impreza na Batumi. Parząca w gardle wódeczka, emocje dyskusji, czyli ferment zarówno w naszych głowach, jak i żołądkach.

Wracając do domu, z uznaniem pomyślałem o dobrej wizerunkowej ewolucji gospodarza tamtego spotkania. Wspomniałem też Aaaadasia, bez wątpienia najważniejszego uczestnika ożywionej dyskusji sprzed lat. Niestety, ten sympatyczny kiedyś szatyn o lekko kręconych włosach oraz miłym uśmiechu zmienił się teraz w nazbyt pewnego siebie aroganta, z dynamicznymi niczym wiatrak rękoma, o dłoniach, które podczas dyskusji na sporne tematy niepostrzeżenie przeistaczają się w drapieżny szpon.
 
 
Waldemar Żyszkiewicz
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer
Związek
więcej
Wideo Tysol.pl Wywiad Cezarego Krysztopy z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem
Blogi
avatar
Andrzej
Fajda

[Kliknij aby zobaczyć całość] Nowy rysunek Andrzeja Fajdy: "...każdy demonstrować może..."
...trochę lepiej lub trochę gorzej...
avatar
Przemysław
Jarasz

Jarasz: senator Misiołek opuścił PO, bo po skrytykowaniu Budki stracił na Śląsku partyjne wpływy?
Znacznie szerszy kontekst – niż mogłoby się to wydawać – ma wczorajsza decyzja śląskiego senatora Andrzeja Misiołka o wystąpieniu ze struktur Platformy Obywatelskiej. Mógł to być raczej ruch wyprzedzający ze strony parlamentarzysty po tym, jak zaczął być w ostatnich tygodniach marginalizowany w strukturach śląskiej PO. Jak ustaliliśmy, najpierw pod koniec listopada Misiołek pożegnał się z piastowanym przez lata fotelem szefa zabrzańskiego koła partii. Zaś w miniony poniedziałek nie tylko nie mógł ubiegać się o stanowisko szefa władz regionalnych PO, do którego aspirował, ale nawet nie wszedł do zarządu regionalnego, w którym dotąd zasiadał. Zresztą czując pismo nosem, w ogóle nie pojawił się w Katowicach na wyborach. Tajemnicą poliszynela jest, iż taka utrata wpływów to „zapłata” za publiczne i wręcz pisemne skrytykowanie pochodzącego z Zabrza wiceszeprzewodniczącego władz krajowych PO – Borysa Budki za jego nieszczęsny wywiad dla niemieckiej prasy.
avatar
Jerzy
Bukowski

Jerzy Bukowski: Krakowski Europejczyk (pożegnanie dyrektora MCK)
To właśnie On wprowadzał podwawelski gród na europejskie salony.
ciastkoWykorzystujemy pliki "cookies" aby nasz serwis lepiej spełniał Państwa oczekiwania. Możesz zablokować możliwość wykorzystywania tych plików poprzez zmianę ustawień w swojej przeglądarce internetowej.