loading
Proszę czekać...
reklama_pozioma
Święta Bożego Narodzenia '81 roku były dla Polaków wyjątkowe
Opublikowano dnia 23.12.2016 09:50
Zima z 1981 na 1982 też była mroźna i śnieżna. Tamte święta Bożego Narodzenia były dla Polaków szczególne nie tylko ze względu na surowe przepisy stanu wojennego, lecz i na codzienne kłopoty ze zdobyciem często podstawowych artykułów – tak spożywczych, jak i przemysłowych.

Forum
Reglamentacja niektórych towarów pojawiła się w PRL po dwudziestu trzech latach przerwy. Od lata 1976 roku obowiązywały kartki na cukier. Wśród 21 Postulatów Gdańskich było wprowadzenie reglamentacji przy sprzedaży mięsa – i rzeczywiście, od początku marca 1981 pojawiły się kartki na mięso. Osobom pracującym umysłowo przysługiwało 2,5 kg mięsa i wędlin miesięcznie. Dzieci i pracujący fizycznie mieli prawo do 4 kg, górnicy do 7. Z realizacją owego prawa było jednak już różnie – lepsze gatunki wędlin (szynka czy polędwica, również wędzony boczek) pojawiały się w sklepach sporadycznie, pozostawało najczęściej mielone, wołowina z kością czy parówki. Rychło system kartkowy objął też inne produkty – masło i tłuszcze, mleko, mąkę i ryż, alkohol, proszek do prania, mydło, cukierki i wyroby czekoladowe, również papierosy. Aby wykupić należne przydziały, należało jednak po pierwsze – mieć szczęście, że akurat dany towar trafił do sklepu, po drugie, odstać swoje w długich kolejkach.

Wzorem okupacji kwitł rzecz jasna czarny rynek – mieszkańcy miast masowo przywozili ze wsi mięso (rąbankę) i domowo wyrabiane wędliny. Oczywiście nielegalnie – trzeba było omijać punkty kontrolne na dworcach i ulicach. Schwytanych traktowano jak spekulantów – groziły za to surowe kary z więzieniem włącznie, co jednak nie odstraszało nikogo. Ze wsi przywożono też masowo mąkę, kaszę, jarzyny czy niezbędny do tradycyjnych potraw mak.

W znacznej części kraju fatalnie wyglądało zaopatrzenie w ryby. W Lublinie zakup śledzi był marzeniem ściętej głowy, zaś po karpia stało się w kolejkach przez całą noc – przy czym każdy z kolejkowiczów mógł kupić tylko jedną rybę – takie zarządzenie wydał miejscowy wojewoda. Rozmiar ryby nie miał znaczenia. Kupno choinki legalną drogą również oznaczało po pierwsze – kilkugodzinne oczekiwanie w kolejce, po drugie zaś – ekwilibrystykę transportową. Ze względu na braki benzyny samochody praktycznie zniknęły z ulic, złapanie taksówki graniczyło z cudem, a do tego ówcześni taryfiarze nie chcieli przewozić drzewek. Należało więc solidnie obwiązać kupione drzewko sznurkiem (przyniesionym ze sobą, rzecz jasna), po czym wedrzeć się wraz z choinką do zazwyczaj przepełnionego autobusu czy tramwaju. Z punktu widzenia czytelników, którzy nie pamiętają owych lat, wielkim zaskoczeniem może być sprawa owoców cytrusowych – otóż na kilka dni przez świętami w gazetach ukazała się informacja, iż do gdyńskiego portu wpłynął frachtowiec wypełniony cytrynami i pomarańczami z Kuby. Nie było łatwo je kupić – a gdy już ktoś dokonał tej sztuki, to przy próbie konsumpcji okazywało się, że kubańskie pomarańcze nijak nie dają się obierać ze skórki, a podzielenie ich na cząstki wymagało użycia ostrego noża.
Oczywiście, sytuacja rodzin, w które stan wojenny uderzył osobiście, była znacznie trudniejsza niż pozostałych obywateli. Tam do dzielonych przez wszystkich kłopotów codzienności doszła jeszcze troska o los bliskich – aresztowanych, internowanych, odciętych granicą. Niecodzienne są wspomnienia Anny Samolińskiej. Jej mąż Wojciech został 13 grudnia rano zatrzymany w budynku Zarządu Regionu Środkowowschodniego w Lublinie – pełnił tam funkcję rzecznika prasowego. Ona sama, z półroczną córeczką i w zaawansowanej ciąży, od trzech dni gościła u rodziców w Szczecinie.

– Niespecjalnie się przejmowałam brakami w zaopatrzeniu. Stanie w kolejkach nigdy nie było moją specjalnością – był zieleniak, w nim ziemniaki, fasola, kapusta czy cebula, więc nie było tak źle. Kłopoty były z tłuszczami, ale zawsze jakoś człowiek sobie radził. W Szczecinie o wiele łatwiej było o ryby niż w Lublinie, więc to też było.
Najgorsze było zmartwienie, co się dzieje z mężem. Nie miałam o nim żadnych informacji, nawet potwierdzenia, że go zamknęli. Przed świętami jeszcze przyjechałam do Lublina, aby czegoś się dowiedzieć, dostać się do wynajmowanego przez nas mieszkania, bo Wojtek miał przy sobie nasz jedyny klucz. Ostatecznie drzwi do mieszkania przyjaciele otworzyli mi łomem, a dość szybko poprzez sieć znajomych dowiedziałam się, że mąż siedzi we Włodawie. Pojechałam tam natychmiast, a warto wspomnieć, że nie zawracałam sobie głowy wyrabianiem zezwoleń (W początkowym okresie stanu wojennego na przejazd z województwa do województwa trzeba było otrzymać specjalną przepustkę – przyp. red.). Wystałam swoje pod bramą, czegoś się tam dowiedziałam, a w drodze powrotnej, przed Lublinem do PKS wsiedli żołnierze i sprawdzali owe pozwolenia. Wyciągnęli mnie z autobusu, w jakiejś małej budce, w której ledwo mieściłam się z brzuchem, przesłuchiwał mnie żołnierz chyba bardziej przestraszony niż ja. Ciemno, pusto, zimno, ma tu babę w ciąży, co mu jeszcze zaraz rodzić zacznie… Cytował mi jakieś przepisy, ja oczywiście powiedziałam, że następnego dnia owo pozwolenie do najbliższej komendy dostarczę. Potem tenże żołnierz łapał dla mnie autostop, bym jakoś się do Lublina dostała.
A Wigilia faktycznie była dla mnie nietypowa. Przy stole siedziały bowiem same kobiety z dziećmi – moja mama, bratowa z dzieciakami (jej mąż się ukrywał przed aresztowaniem) i moja siostra – jej z kolei mąż był wcześniej rzecznikiem Zarządu Regionu w Szczecinie, więc też już siedział.

Chyba najbardziej nietypową Wigilię owego roku spędzili jednak górnicy z kopalni „Piast”. 24 grudnia mijał kolejny dzień ich podziemnego strajku.

– Siedzieliśmy 650 metrów pod ziemią – wspomina Janusz Pioskowik, jeden ze strajkujących. – Już od rana 24 grudnia wyczuwalna była podniosła atmosfera. Przebywałem wtedy w warsztacie elektrycznym, więc mieliśmy większy dostęp do prądu. Koledzy wyczyścili stulitrową beczkę po oleju, napełniliśmy ją wodą. Sposobem więziennym, za pomocą dwóch brzeszczotów, nagrzaliśmy wodę. Kąpaliśmy się jeden po drugim. Była to nasza jedyna kąpiel w ciągu 14 dni strajku, inni koledzy myli się pod zimną wodą z hydrantu.
Na dół zjechali do nas księża, w tym biskup Janusz Zimniak. Odbyło się nabożeństwo. Biskup udzielił nam absolucji generalnej i mogliśmy przystąpić do Komunii Świętej. Były ogromne emocje. Księża nie byli przygotowani na taką ilość i po chwili komunikanty łamali na cztery części, aby wszyscy mogli przyjąć komunię. Wzruszenie było ogromne. My, faceci, płakaliśmy jak baranki.
Kolacja wigilijna była bardzo skromna. Połamaliśmy się opłatkiem, składając życzenia. Potem jedliśmy to, co mieliśmy. Śpiewaliśmy kolędy, ale nie było żartów i śmiechu. Wspominaliśmy nasze rodziny, żony i dzieci. To było wzruszające i niejeden z nas płakał.  

Leszek Masierak

Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (52/2016) dostępnego też w wersji cyfrowej tutaj
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer

Koniec nadzwyczajnej kasty
Reforma sądownictwa staje się faktem. Mimo sprzeciwów totalnej opozycji oraz ludzi, którzy wyszli na ulicę, PiS przegłosowało zaplanowane zmiany. Czekając na podpis prezydenta, zastanawiamy się: co naprawdę nas czeka i dlaczego opór niektórych środowisk jest tak wielki? O co chodzi w tej reformie? Wyjaśnia Maciej Chudkiewicz.

Sprawiedliwość musi być po naszej stronie
Opozycja i protestujący przeciw reformie sądownictwa obawiają się przede wszystkim upolitycznienia Sądu Najwyższego. Tymczasem na zachodzie powoływanie SN przez ministra sprawiedliwości czy parlament jest… od lat funkcjonującą normą, przeciwko której nikt nie protestuje. O sądownictwie w zachodnich demokracjach – krótki przegląd autorstwa Haliny Kaczmarczyk.

Najnowsze wydanie Tygodnika Solidarność nr 30/2017 już dostępne

Pobierz darmową aplikację do cyfrowego wydania Tygodnika Solidarność
Związek
więcej
reklama_pionowa
Wideo Tysol.pl
Blogi
avatar
Barbara
Piela

[Kliknij aby zobaczyć całość] Nowy rysunek Barbary Pieli: Grzegorz Schetyna i Władysław Frasyniuk
„Nakręcane żołnierzyki Sorosa”, kredki akwarelowe, karton
avatar
Marian
Panic

Niemieckie media łaskawie uderzają w pojednawcze tony: Nadeszła godzina dyplomacji
Naszym grzecznym chłopcom z portalu "wPolityce", którzy tak bardzo lubią ochać i achać, gdy w niemieckich mediach przypadkiem ukaże się jakiś nieco mniej krytyczny tekst na temat polski - choć dziwnym trafem były to dotąd z reguły wypowiedzi tych, którzy przy innych okazjach tę Polskę najbardziej akurat szkalują - więc tym niezbyt uważnie śledzącym niemiecką prasę panom z prawicowego portalu poleciłbym nieśmiało (trochę jednak ironizując) ten oto tekst z Süddeutsche Zeitung, w którym autor (Thomas Urban) zdobył się na ton nieco bardziej pojednawczy i obiektywny, jakkolwiek zaraz na początku (i w kilku zdaniach później) rzecz jasna wypłacić musiał obowiązkowy trybut na rzecz poprawności politycznej oraz obowiązującej w Niemczech jedynie słusznej linii. Ale nie żądajmy za wiele.
avatar
Marian
Panic

Marian Panic: Czy Pan Prezydent wie, że dał pretekst niemieckim mediom do pisania "a nie mówiliśmy?"
Ja nie chcę podkręcać, ale pytam, w jakiej kapsule misi żyć ten nasz kochany pan Prezydent, jeśli nie wie, jak często korzysta się - pal sześć w Polsce, ale przede wszystkim za granicą, zwłaszcza w Niemczech - z owego bezczelnego porównania obecnej sytuacji w Polsce z tą z czasów PRL.
ciastkoWykorzystujemy pliki "cookies" aby nasz serwis lepiej spełniał Państwa oczekiwania. Możesz zablokować możliwość wykorzystywania tych plików poprzez zmianę ustawień w swojej przeglądarce internetowej.