loading
Proszę czekać...
avatar
Waldemar Żyszkiewicz

Waldemar Żyszkiewicz: Ryszardzie, nie powinieneś był wychodzić
26.11.2017
Rozumiem przesłanki: miałeś rację, bo tamci (jeśli traktować ich wypowiedzi w kategoriach opisu rzeczywistości) wygadywali bzdury. Ale to przecież tylko gra, świetnie o tym wiesz. I skoro zdecydowałeś się jako eurodeputowany wziąć w niej udział, to należało dążyć do rozstrzygnięcia utarczki na swoją (naszą) korzyść. A przynajmniej ugrać tyle, ile się tylko da.

YT, print screen
Powtarzam, miałeś rację, bo w całym tym furiackim ataku brukselsko-strasburskiego lewactwa na Polskę, Węgry, a teraz – daj Boże, wolę walki Kurzowi! – także na Austrię kryje się wściekłość, że pozornie już rozegrana do spodu Mitteleuropa, czyli odwieczny imperialny projekt niemiecki zaczyna się, może jeszcze nie sypać, ale mocno przynajmniej drżeć w posadach.

Oczywiście, Mitteleuropa nazywa się teraz elegancko „nowe kraje członkowskie Unii Europejskiej”, a system zanęt i hasełek jest inny od tego, o którym już w latach 80. zeszłego wieku, pewnie w wieszczym natchnieniu, pisał nasz krakowski kandydat do kolejnego literackiego Nobla. Istota sprawy pozostaje jednak niezmieniona.

Zaczęło się od rozparcelowania byłej Jugosławii, na co – niewiele sobie robiąc z tradycyjnych niemieckich wpływów w Chorwacji i Słowenii – patrzyliśmy nawet z dość zrozumiałą sympatią. Ale już wyrwanie Serbii Kosowa, jej historycznego heartlandu, powinno było zaktywizować naszą geopolityczną czujność.
 
Kościół i wroga Bogu Unia
Faktem jest, że wstępowaliśmy do całkiem innej Unii. I nie myślę tu wyłącznie o względach wizerunkowych, które sprawiały wrażenie nawet na ludziach bywałych w świecie, a co dopiero na narodach i społeczeństwach byłych krajów tzw. demokracji ludowej. Sam blichtr konsumpcyjny był dla wielu wystarczającym magnesem, ale trzeba też pamiętać, że w wymiarze duchowym i tożsamościowym Unia, jako naturalna spadkobierczyni wielkiej tradycji europejskiej, nawet na tle zadowolonych z siebie, ale kulturowo dość przaśnych Stanów Zjednoczonych mogła się jawić jako coś szczególnego.

Jan Paweł II, nasz wielki papież, nie miał wątpliwości co do tego, że właściwym miejscem dla Polski, od wieków przynależącej do rodziny dumnych narodów Europy, powinny być struktury unijne, choć niejednokrotnie też nas przestrzegał, że systemy demokratyczne rozumiane wyłącznie jako procedury wyboru reprezentantów lub metody podejmowania większościowych decyzji, ale oderwane od moralności, pozbawione aksjologicznych fundamentów i wszelkich odniesień do Boga – prędzej czy później okażą się jawnym lub zakamuflowanym totalitaryzmem.

Chyba nie umieliśmy z tych przestróg skorzystać, choć niepokojących sygnałów było niemało. Już choćby fakt, że delegacja polskich biskupów przed spotkaniem z jakimiś oficjelami UE w Brukseli, pochowała swe biskupie krzyże, powinien dawać do myślenia. Albo dość znamienna prounijna agitacja, jaką uprawiał abp Józef Życiński, który decyzjom referendalnym w sprawie akcesji nadał postać jaskrawego dylematu politycznego: albo UE, albo Białoruś.

Dziś, gdy antyteizm poczynań Brukseli nie budzi już wątpliwości, bo rozdokazywani eurokraci negują nie tylko zasady chrześcijańskiej moralności, ale prowadzą jawną destrukcję zdroworozsądkowych podstaw cywilizacji łacińskiej, z zakwestionowaniem prawa do życia (aborcja, eutanazja) oraz prokreacyjnej wyjątkowości tradycyjnej rodziny włącznie, ta do niedawna w pełni aprobatywna postawa Kościoła katolickiego wobec brukselskich ‘neronów’ może budzić uzasadnione zdumienie.

A już wręcz dech zapierają częste w ówczesnych sporach o sens wchodzenia do UE argumenty, że polscy katolicy mają zdecydowanie opowiedzieć się za integracją, żeby uzyskać sposobność zbawiennego wpływu na zeświecczone społeczeństwa państw Europy Zachodniej, poprzez dawanie przykładu własnej religijności oraz podejmując trud ich ponownej ewangelizacji.
 
Schengen, czyli kuszenie siły roboczej  
Nasz niepokój powinna była obudzić już strefa Schengen, bo wbrew krzykliwej ideologii nie tylko współczesnego lewactwa („Nie zna granic ni kordonów wolny śpiew...”) granice są niezbędne. Bo to one wyznaczają tożsamość człowieka, umożliwiają mu założenie rodziny, jako odrębnej i podstawowej struktury społecznej. Granice warunkują też istnienie i bezpieczeństwo, wreszcie konstytuują państwa.

Idea bezproblemowego przekraczania granic w dwudziestowiecznej Europie narodziła się dopiero w założonej w roku 1952 Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali, gdy okazało się, że po wyniszczającej wojnie brakuje w Niemczech młodych, silnych mężczyzn do pracy w kopalniach, toteż cyklicznie na pięć roboczych dni importowano pracowników z Północnych Włoch.

Włoscy górnicy na weekend wracali jednak do żon, do dzieci, stąd potrzeba maksymalnego uproszczenia ich transferu tam i z powrotem. Nic dziwnego, że owa praktyka znalazła formalno-teoretyczny wyraz w zasadzie „wolnego przepływu towarów, usług, osób i kapitału”, która stała się trwałym priorytetem inicjatorów kolejnych form integracji europejskiej.

Zapytałem kiedyś znawczynię wiedzy o UE, skąd taka, cokolwiek dziwna kolejność, dlaczego zasada „wolnego przepływu” nie zaczyna się od osób. „Bo dla dźwigających się ze zniszczeń wojennych krajów Starego Kontynentu znaczenie miało wydobycie węgla i produkcja stali, nie szło przecież o żadne ułatwienia turystyczne. Gdyby Hitler wygrał wojnę, to przemysł wydobywczy i ciężki z pewnością opierałby się na pracy niewolniczej” – usłyszałem w odpowiedzi.

Dla Polaków, przez pół wieku przymkniętych w tzw. obozie krajów socjalistycznych, owo podróżowanie po niemal całej Europie bez wiz i paszportów wydało się realizacją marzeń z cudownej baśni, podczas gdy od początku szło jedynie o ułatwiony transfer siły roboczej.
 
Antypolski Flamand fircykowaty...
Oczywiście, jest skrajną bezczelnością nazywanie obchodów Narodowego Święta Niepodległości marszem 60 tys. faszystów i neonazistów. Tego horrendum dopełnia jeszcze uwaga o obozie Auschwitz-Birkenau, którą zechciał się podzielić ze słuchaczami były premier Belgii, skądinąd osoba o nader szczególnym wyglądzie i charakterystycznym zachowaniu.

Może warto byłoby uświadomić i to zideologizowane gremium w Parlamencie Europejskim, i samego Guya Verhofstadta, że w oratorskim zapale przywołał nazwę niemieckiego, nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady. Obozu, który w czasach swego ludobójczego funkcjonowania, leżał zresztą na terytorium III Rzeszy.

Może warto byłoby zapytać ‘kolegę’ Verhofstadta, czy – zważywszy na charakter i położenie obozu – ów wymowny Flamand swym bezceremonialnym przypominaniem Niemcom o ogromie ich zbrodni i to w kontekście rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, nie obawia się urazić uczuć narodu niemieckiego oraz Angeli Merkel w szczególności.

Nie sądzisz, Ryszardzie, że to mogłoby go wprawić w zakłopotanie? Ja w każdym razie byłbym ciekawy jego miny na takie dictum. No, ale żeby zadać to pytanie, np. korzystając z mechanizmu niebieskiej kartki, trzeba było jednak pozostać na sali. Szkoda, że tak się nie stało. Gdybyś został, miałbyś też sposobność obejrzenia kilku całkiem prywatnie wyglądających pań, które po odczytaniu uświęconego nową brukselską tradycją zestawu antypolskich komunałów i skierowaniu pod twym adresem rytualnego zarzutu unikania dyskusji, same z kolei bez żenady odmawiały odpowiedzi na pytania z niebieskiej karty, nie dostrzegając bynajmniej komizmu tej sytuacji.
 
Miałbyś też okazję zobaczyć jedną młodą, całkiem przystojną kobietę, która swą namiętną diatrybę wygłosiła z iście rewolucyjnym zapałem. Bodaj po niej jednej było widać, że jest szczerze przejęta i naprawdę wierzy w to, co miała do przekazania. Oczywiście, zawarty w jej wystąpieniu zideologizowany ogląd świata nijak się miał do realnej sytuacji w Polsce.

Mimo to, wzbudziła moją sympatię, więc życzę jej i nam wszystkim, żeby jak najszybciej odkryła fałsz seansów nienawiści, które – na życzenie niemieckiego patrona – urządzają bossowie UE przeciwko Rzeczypospolitej wychodzącej z neokolonialnego uścisku.
 
...i drugi z antypolskich Flamandów
Ujrzałbyś też w akcji, Ryszardzie, Fransa Timmermansa, byłego ministra spraw zagranicznych Holandii. Ten drugi z Flamandów, w przeciwieństwie do Verhofstadta, którego nie sposób traktować serio, pozostaje zawodnikiem wagi ciężkiej. Nic dziwnego, że jako jedyny sformułował argumenty, które przynajmniej w części zabrzmiały rozsądnie.

Jasne, że wyglądający jak kaznodzieja Timmermans nie zająknął się nawet w sprawie oczywistej dwustandardowości KE. Nie podjął wątku ostrego konfliktu w Hiszpanii. Przemilczał prawdziwie neonazistowskie marsze i demonstracje w Niemczech. Nie wspomniał o naprawdę częstych podpaleniach siedzib azylantów w Krainie Cioci Angeli. Nie padło ani słówko o stanie wyjątkowym we Francji, która od pewnego czasu w Świeckim Cesarstwie Europejskim Narodu Niemieckiego pełni rolę figowego listka. Twoja nieobecność pewnie Timmermansowi trochę ową wybiórczość ułatwiła.

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej mówił za to dużo o regułach gry w piłkę nożną, w czym upatrywałbym rosnących w Unii wpływów Donalda Tuska. Zdaniem postawnego Flamanda z KE, Polska pod rządami PiS odcina się od wartości europejskich, takich jak rządy prawa czy niezależność wymiaru sprawiedliwości z Trybunałem Konstytucyjnym na czele.

Argumenty, że Polacy, z powodu braku dekomunizacji i lustracji wciąż jeszcze doświadczają raczej wymiaru niesprawiedliwości, a w najlepszym razie niedomiaru sprawiedliwości, do niesamodzielnych przecież władz Unii Europejskiej, zupełnie nie docierają. I nigdy nie dotrą, podobnie jak nie będzie miała szans na akceptację w strukturach UE np. ustawa o dekoncentracji mediów, choćby została dosłownie skserowana z analogicznej ustawy obowiązującej w Niemczech.

Dlaczego? To akurat dość proste. Od wejścia w życie traktatu z Lizbony, który wyeliminował zasadę konsensu i w istotny sposób obniżył siłę negocjacyjną Polski, Unia Europejska stała się dla Niemiec skutecznym narzędziem sprawowania kontroli nad znaczną częścią Europy. Dlatego trzeba chyba poważnie rozważyć sugestię sympatycznego europosła z Wysp Brytyjskich, który podczas tego seansu nienawiści wobec polskich, demokratycznie wybranych władz, namawiał nas do Polexitu.
 
 
Waldemar Żyszkiewicz

Underground, czyli zejście do Piwniczki
http://www.tysol.pl/a10793-Waldemar-Zyszkiewicz-Donald-o-ktorego-za-duzo-Szkice-do-portretu
http://www.tysol.pl/a10410-Waldemar-Zyszkiewicz-Trawa-z-metra-czyli-organizowana-spontanicznosc
http://www.tysol.pl/a9795-Waldemar-Zyszkiewicz-Falszywe-prawa-czlowieka
http://www.tysol.pl/a8628-Waldemar-Zyszkiewicz-Mala-bomba-czy-matka-wszystkich-bomb-
http://www.tysol.pl/a8321-Waldemar-Zyszkiewicz-Czlowiek-z-Sopotu-zabiera-glos
50
Nasi partnerzy
(64 artykułów)
Waldemar Żyszkiewicz: Ryszardzie, nie powinieneś był wychodzić
Waldemar Żyszkiewicz: PiS zmierza ku przegranej: własnej i Polski
Waldemar Żyszkiewicz: Przepraszanie i wybaczanie za kogoś. Nieodrobiona lekcja dyplomacji
Waldemar Żyszkiewicz: Fejk raport o Polsce? Niekończąca się historia
Waldemar Żyszkiewicz: Niech przemówi muzyka. Benny Andersson w roli pianisty
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer
Związek
więcej
Wideo Konferencja "Układy zbiorowe droga do społecznej gospodarki rynkowej" - Debata publicystów
ciastkoWykorzystujemy pliki "cookies" aby nasz serwis lepiej spełniał Państwa oczekiwania. Możesz zablokować możliwość wykorzystywania tych plików poprzez zmianę ustawień w swojej przeglądarce internetowej.