Likwidacja branży rybołówstwa rekreacyjnego

Rządy Zjednoczonej Prawicy przyzwyczaiły nas do tego, że obietnice jej polityków są dotrzymywane. Czasem z opóźnieniem, nie raz po twardych negocjacjach, często na zasadzie kompromisu, ale nie są zapominane. Inaczej jest w przypadku obiecanych rekompensat dla armatorów i pracowników rybołówstwa rekreacyjnego, którym zamknięto branżę. Rząd od ponad 3 lat nie wywiązał się z danego im słowa.
Uziemione kutry w Łebie
Uziemione kutry w Łebie / fot. Kateryna Ishchenko

Wszystko zaczyna się od wprowadzenia zakazu połowu dorsza na Morzu Bałtyckim. Komisja Europejska zdecydowała się na taki ruch w 2019 r. za zgodą państw członkowskich, których zakaz obejmuje. Wśród tych państw były np. Dania, Niemcy czy Polska. Rządy zainteresowanych krajów zobowiązały się, że pokryją wszelkie koszty społeczno-ekonomiczne wynikające z zakazu połowu.

Zakaz zaczął obowiązywać 1 stycznia 2020 r., a po nieco ponad dwóch tygodniach, 16 stycznia, doszło do spotkania reprezentantów branży rybołówstwa rekreacyjnego, zrzeszonych w NSZZ „Solidarność” ze stroną rządową, którą reprezentował Marek Gróbarczyk, ówczesny minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. Efektem spotkania było podpisanie porozumienia, które zakładało rekompensatę finansową w wysokości 150 milionów złotych na pokrycie kosztów związanych z przebranżowieniem się ludzi żyjących z rybołówstwa rekreacyjnego. Te koszty to przede wszystkim konieczność utylizacji kutrów, które stały się bezużyteczne, a także spłata kredytów zaciągniętych na kupno tychże jednostek pływających. Niestety od tego czasu nie wydarzyło się nic, by choćby przybliżyć się do realizacji porozumienia.

Nabici w butelkę

Byli już armatorzy rybołówstwa rekreacyjnego zaczynają tonąć – dosłownie i w przenośni. Jako właściciele kutrów rybackich nie mogą wykorzystywać swoich jednostek do połowu dorsza, bo wciąż obowiązuje zakaz połowu, który prędko nie zostanie zdjęty. Oni sami zostali poinformowani, że ten może potrwać nawet 10 lat. Po tym czasie na terenach morskich, gdzie znajdują się łowiska dorsza, powstaną farmy wiatrowe. Oznacza to bezpowrotną utratę możliwości połowu tych ryb w takiej formie jak przed laty. Co gorsza, ich statki przez to, że bezczynnie stoją zacumowane w portach, zwyczajnie niszczeją, a rybacy wciąż muszą ponosić koszty ich postoju.

Nasza sytuacja jest krytyczna w związku z brakiem jakiejkolwiek propozycji rozwiązania tego problemu. Nasze statki zaczynają tonąć, nie pływają, nie nawilżają się, a przez to rozsychają, drewniane kadłuby się rozszczelniają i okropnie niszczeją

– mówi w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” Michał Niedźwiecki, przewodniczący Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Morza Bałtyckiego. Niedźwiecki jest jednym z właścicieli takich kutrów, którzy obecnie żyją w wielkiej obawie o swój byt. Ich statki muszą być utrzymywane, ich postój opłacany, a i tak grozi im zatonięcie przy kei, co generuje gigantyczne koszty.

Mamy kolegów, których w ogóle nie stać na utrzymanie jednostki nie zarabiającej na siebie. Jeśli – nie daj Boże – taki statek zatonie, to Urząd Morski nakaże usunięcie tej jednostki na koszt właściciela. Jeśli armatora nie będzie na to stać, to pojawi się u niego komornik i zajmie dom czy inny majątek, który posiada. To jest tragedia, z którą zostaliśmy sami.
Nie mamy co robić z tymi statkami. Nikt ich nie kupi, bo nie ma po co, nasza branża przestała istnieć

– mówi nam kapitan kutra „Szmugler”, który od kilku lat stoi zacumowany w porcie w Łebie.

Od czasu zakazu połowu dorsza armatorzy kutrów utrzymywali swoje statki i ich licencje, bo jest to wymagane, by w ogóle móc je cumować w portach. Do tej pory mogli liczyć na obniżone opłaty postojowej z uwagi na ich patową sytuację, ale w oczekiwaniu na rozwiązanie problemu okazuje się, że zaraz mogą zostać „dociśnięci” przez powrót stuprocentowych opłat.

W tej chwili mieliśmy obniżkę rocznych opłat postojowych w portach z uwagi na zakaz połowu dorsza. Warunkiem takiej zniżki było utrzymywanie ważności dokumentów i licencji połowowej. Okazało się, że po cichu bez żadnej konsultacji z nami 17 lipca Ministerstwo Rolnictwa zrezygnowało z licencji połowowych dla armatorów statków. W tym momencie rybołówstwo rekreacyjne przestało w Polsce istnieć

– gorzko stwierdza przewodniczący KM NSZZ „S” Morza Bałtyckiego.

Niesprawiedliwa transformacja

Faktycznie wygląda na to, że rybołówstwo rekreacyjne jako branża przestała istnieć. Był to ważny element nadbałtyckiej turystyki. Co roku tysiące fanów wędkarstwa przybywały do Łeby, Władysławowa i innych nadmorskich miejscowości w celu rekreacyjnego połowu dorsza, co umożliwiały im usługi oferowane przez armatorów kutrów takich jak „Szmugler”. To już się skończyło i nie wróci. Branża została po cichu zamknięta.
Nie jest tak, jak niektórzy mogą myśleć, że dotychczasowi armatorzy i pracownicy rybołówstwa rekreacyjnego próbują zawrócić kijem Wisłę i odwrócić nieodwracalne. Oni pogodzili się z losem. Wiedzą, że powrotu do tego biznesu nie ma i nie będzie. Jedyne czego chcą, to sprawiedliwej transformacji i możliwości przebranżowienia. Niestety decydenci nawet tego nie chcą im zapewnić, a mogliby, choćby w sektorze offshore, jak mówi nam Michał Niedźwiecki.

Sektor offshore, który wszedł na nasze dawne łowiska, w żaden sposób nie bierze pod uwagę wykorzystania naszych jednostek. Nasze statki niczym nie różnią się od jednostek komercyjnych, a okazuje się, że te drugie są już na kursach przystosowujących do dozorowania morskich farm wiatrowych

– mówi Niedźwiecki.
Z niewiadomych przyczyn znaleziono zastosowanie dla takich samych kutrów i ich właścicieli, ale tylko z sektora rybołówstwa komercyjnego. Kapitanowie jednostek rekreacyjnych zostali sami bez żadnej alternatywy.

Słowa rzucone na wiatr

Ze strony rządowej nie widać choćby cienia dobrej woli na rozwiązanie tej patowej sytuacji. Z dotychczasowych spotkań pomiędzy politykami a reprezentantami zamkniętej branży nie wyniknęło nic. Co prawda, padały obietnice z ust premiera Mateusza Morawieckiego, czy ministra Jacka Sasina, ale ludzie bezpośrednio odpowiedzialni za tę sferę gospodarki nie podejmują żadnych kroków. Marek Gróbarczyk, który podpisywał porozumienie z armatorami i który obiecywał finansową rekompensatę, dziś milczy i jest niedostępny dla strony społecznej.
Ministerstwo Infrastruktury, do którego należy gospodarka morska, umywa ręce, twierdząc, że rybołówstwo nie leży w obszarze jej jurysdykcji, odsyłając zainteresowanych do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. To zaś nie podejmuje tematu, bo nie czuje się odpowiedzialne za ustalenia poczynione przez Marka Gróbarczyka.

Wygląda na to, że doszło do kuriozalnej sytuacji, w której po likwidacji Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej nie przekazano w PKD [Polska Klasyfikacja Działalności] armatorów rybołówstwa rekreacyjnego do żadnego innego podmiotu. Każdy umywa ręce, mówiąc, że tym obszarem działalności się nie zajmuje. W państwie prawa nie powinno to obarczać obywateli, pracowników, a władze państwowe powinny to naprawić i unormować. Rząd sam się zobowiązał, że rozwiąże ekonomiczno-społeczne koszty decyzji administracyjnej o zakazie połowu. Ci rybacy wiedzą, że w tym zawodzie przyszłości już nie ma i jedyne czego chcą, to najzwyczajniej w świecie spłacić kredyty, zezłomować stare łodzie i odejść z zawodu

– mówił w rozmowie dla „Tygodnika Solidarność” Krzysztof Dośla, przewodniczący Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, który zaangażował się w tę sprawę.

Tonący brzytwy się chwyta

Armatorzy i pracownicy rybołówstwa rekreacyjnego przeprowadzali już akcje protestacyjne na Pomorzu, ale politycy – z Markiem Gróbarczykiem na czele – pozostają głusi i ślepi na ich próby zwrócenia uwagi. Skoro takie protesty nie przynoszą skutku, to rybacy mogą zostać zmuszeni do śmielszych działań. Jeśli dialog przy stole zawodzi, to często rozwiązaniem jest ulica, albo… morze. Przypomnijmy, że swego czasu rybacy rozważali zablokowanie przeprawy na Mierzei Wiślanej swoimi kutrami. Odstąpili od tego pomysłu w geście dobrej woli, ale czy dalej będą na tyle wyrozumiali, skoro rząd wyraźnie bierze ich na przetrzymanie?


 

POLECANE
Brutalny napad na Podkarpaciu: Skrępowali, torturowali i polewali wrzątkiem. Ukraińcy trafili do aresztu z ostatniej chwili
Brutalny napad na Podkarpaciu: Skrępowali, torturowali i polewali wrzątkiem. Ukraińcy trafili do aresztu

Brutalny napad w Soninie przez wiele miesięcy pozostawał niewyjaśniony. Teraz policja poinformowała o zatrzymaniu trzech obywateli Ukrainy.

Szwedzka nauczycielka przerażona polskim podręcznikiem do geografii. Przesiąknięty nacjonalizmem z ostatniej chwili
Szwedzka nauczycielka przerażona polskim podręcznikiem do geografii. "Przesiąknięty nacjonalizmem"

Szwedzka nauczycielka po wizycie w Krakowie nie kryła zaskoczenia polskim podręcznikiem do geografii.

Dwie Heleny Wolińskie. Operacja ocieplania wizerunku komunistycznego potwora tylko u nas
Dwie Heleny Wolińskie. Operacja ocieplania wizerunku komunistycznego potwora

Jedna Helena Wolińska to ta, która jest bohaterką – razem z mężem Włodzimierzem Brusem - wydanej właśnie książki „Stygmat”. Osoba ciepła, kochająca, rodzinna, w końcu – co najważniejsze - ofiara komunizmu. Druga Helena Wolińska to stalinowska prokurator wojskowa, potwór w mundurze, inkwizytorka, bestia.

Polacy krytycznie oceniają Tuska. Sondaż nie pozostawia złudzeń z ostatniej chwili
Polacy krytycznie oceniają Tuska. Sondaż nie pozostawia złudzeń

Najnowsze badanie pracowni IBRiS dla Onetu pokazuje wyraźny problem wizerunkowy premiera Donalda Tuska – w ocenie respondentów dominują odpowiedzi krytyczne.

IMGW wydał nowy komunikat. Oto co nas czeka z ostatniej chwili
IMGW wydał nowy komunikat. Oto co nas czeka

Sobota przyniesie dużo słońca i nawet 19 st. C, ale na zachodzie pojawią się opady i możliwe burze. W niedzielę więcej chmur i deszczu – informuje w najnowszym komunikacie Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej.

Ambasada USA ostrzelana. Nad budynkiem unosi się dym z ostatniej chwili
Ambasada USA ostrzelana. Nad budynkiem unosi się dym

Agencja Reutera poinformowała w sobotę, że irański pocisk rakietowy trafił w ambasadę USA w stolicy Iraku, Bagdadzie. Nie wiadomo na razie, czy ktoś ucierpiał w wyniku ataku.

Eksplozja w szkole w Amsterdamie. Władze zabrały głos z ostatniej chwili
Eksplozja w szkole w Amsterdamie. Władze zabrały głos

W Amsterdamie doszło do eksplozji przy żydowskiej szkole w dzielnicy Buitenveldert.

USA zbombardowały wyspę Chark. Strzał ostrzegawczy z ostatniej chwili
USA zbombardowały wyspę Chark. "Strzał ostrzegawczy"

Przez irańską wyspę Chark, zaatakowaną w piątek przez USA, przechodzi 80-90 proc. eksportu ropy Iranu. Prezydent USA Donald Trump zapewnił, że tamtejsze obiekty naftowe nie zostały zniszczone, lecz może zrewidować swoją decyzję, jeśli cieśnina Ormuz będzie dalej blokowana. Axios ocenił, że atak był „strzałem ostrzegawczym”.

Komunikat dla mieszkańców Warszawy z ostatniej chwili
Komunikat dla mieszkańców Warszawy

Utrudnienia na linii M2 w Warszawie. Metro kursuje w dwóch pętlach, wyłączono stacje Szwedzka i Targówek Mieszkaniowy.

Państwa narodowe są podstawą wolności tylko u nas
Państwa narodowe są podstawą wolności

Państwo narodowe, wolność słowa i niezależność energetyczna – to trzy filary, które zdominowały dyskusję podczas konferencji Alliance of Sovereign Nations 2026 w Waszyngtonie. Wystąpienia amerykańskiej kongresmen Anny Pauliny Luny oraz rumuńskiego lidera prawicy George Simiona pokazały rosnące znaczenie debat o suwerenności państw w świecie Zachodu.

REKLAMA

Likwidacja branży rybołówstwa rekreacyjnego

Rządy Zjednoczonej Prawicy przyzwyczaiły nas do tego, że obietnice jej polityków są dotrzymywane. Czasem z opóźnieniem, nie raz po twardych negocjacjach, często na zasadzie kompromisu, ale nie są zapominane. Inaczej jest w przypadku obiecanych rekompensat dla armatorów i pracowników rybołówstwa rekreacyjnego, którym zamknięto branżę. Rząd od ponad 3 lat nie wywiązał się z danego im słowa.
Uziemione kutry w Łebie
Uziemione kutry w Łebie / fot. Kateryna Ishchenko

Wszystko zaczyna się od wprowadzenia zakazu połowu dorsza na Morzu Bałtyckim. Komisja Europejska zdecydowała się na taki ruch w 2019 r. za zgodą państw członkowskich, których zakaz obejmuje. Wśród tych państw były np. Dania, Niemcy czy Polska. Rządy zainteresowanych krajów zobowiązały się, że pokryją wszelkie koszty społeczno-ekonomiczne wynikające z zakazu połowu.

Zakaz zaczął obowiązywać 1 stycznia 2020 r., a po nieco ponad dwóch tygodniach, 16 stycznia, doszło do spotkania reprezentantów branży rybołówstwa rekreacyjnego, zrzeszonych w NSZZ „Solidarność” ze stroną rządową, którą reprezentował Marek Gróbarczyk, ówczesny minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. Efektem spotkania było podpisanie porozumienia, które zakładało rekompensatę finansową w wysokości 150 milionów złotych na pokrycie kosztów związanych z przebranżowieniem się ludzi żyjących z rybołówstwa rekreacyjnego. Te koszty to przede wszystkim konieczność utylizacji kutrów, które stały się bezużyteczne, a także spłata kredytów zaciągniętych na kupno tychże jednostek pływających. Niestety od tego czasu nie wydarzyło się nic, by choćby przybliżyć się do realizacji porozumienia.

Nabici w butelkę

Byli już armatorzy rybołówstwa rekreacyjnego zaczynają tonąć – dosłownie i w przenośni. Jako właściciele kutrów rybackich nie mogą wykorzystywać swoich jednostek do połowu dorsza, bo wciąż obowiązuje zakaz połowu, który prędko nie zostanie zdjęty. Oni sami zostali poinformowani, że ten może potrwać nawet 10 lat. Po tym czasie na terenach morskich, gdzie znajdują się łowiska dorsza, powstaną farmy wiatrowe. Oznacza to bezpowrotną utratę możliwości połowu tych ryb w takiej formie jak przed laty. Co gorsza, ich statki przez to, że bezczynnie stoją zacumowane w portach, zwyczajnie niszczeją, a rybacy wciąż muszą ponosić koszty ich postoju.

Nasza sytuacja jest krytyczna w związku z brakiem jakiejkolwiek propozycji rozwiązania tego problemu. Nasze statki zaczynają tonąć, nie pływają, nie nawilżają się, a przez to rozsychają, drewniane kadłuby się rozszczelniają i okropnie niszczeją

– mówi w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” Michał Niedźwiecki, przewodniczący Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Morza Bałtyckiego. Niedźwiecki jest jednym z właścicieli takich kutrów, którzy obecnie żyją w wielkiej obawie o swój byt. Ich statki muszą być utrzymywane, ich postój opłacany, a i tak grozi im zatonięcie przy kei, co generuje gigantyczne koszty.

Mamy kolegów, których w ogóle nie stać na utrzymanie jednostki nie zarabiającej na siebie. Jeśli – nie daj Boże – taki statek zatonie, to Urząd Morski nakaże usunięcie tej jednostki na koszt właściciela. Jeśli armatora nie będzie na to stać, to pojawi się u niego komornik i zajmie dom czy inny majątek, który posiada. To jest tragedia, z którą zostaliśmy sami.
Nie mamy co robić z tymi statkami. Nikt ich nie kupi, bo nie ma po co, nasza branża przestała istnieć

– mówi nam kapitan kutra „Szmugler”, który od kilku lat stoi zacumowany w porcie w Łebie.

Od czasu zakazu połowu dorsza armatorzy kutrów utrzymywali swoje statki i ich licencje, bo jest to wymagane, by w ogóle móc je cumować w portach. Do tej pory mogli liczyć na obniżone opłaty postojowej z uwagi na ich patową sytuację, ale w oczekiwaniu na rozwiązanie problemu okazuje się, że zaraz mogą zostać „dociśnięci” przez powrót stuprocentowych opłat.

W tej chwili mieliśmy obniżkę rocznych opłat postojowych w portach z uwagi na zakaz połowu dorsza. Warunkiem takiej zniżki było utrzymywanie ważności dokumentów i licencji połowowej. Okazało się, że po cichu bez żadnej konsultacji z nami 17 lipca Ministerstwo Rolnictwa zrezygnowało z licencji połowowych dla armatorów statków. W tym momencie rybołówstwo rekreacyjne przestało w Polsce istnieć

– gorzko stwierdza przewodniczący KM NSZZ „S” Morza Bałtyckiego.

Niesprawiedliwa transformacja

Faktycznie wygląda na to, że rybołówstwo rekreacyjne jako branża przestała istnieć. Był to ważny element nadbałtyckiej turystyki. Co roku tysiące fanów wędkarstwa przybywały do Łeby, Władysławowa i innych nadmorskich miejscowości w celu rekreacyjnego połowu dorsza, co umożliwiały im usługi oferowane przez armatorów kutrów takich jak „Szmugler”. To już się skończyło i nie wróci. Branża została po cichu zamknięta.
Nie jest tak, jak niektórzy mogą myśleć, że dotychczasowi armatorzy i pracownicy rybołówstwa rekreacyjnego próbują zawrócić kijem Wisłę i odwrócić nieodwracalne. Oni pogodzili się z losem. Wiedzą, że powrotu do tego biznesu nie ma i nie będzie. Jedyne czego chcą, to sprawiedliwej transformacji i możliwości przebranżowienia. Niestety decydenci nawet tego nie chcą im zapewnić, a mogliby, choćby w sektorze offshore, jak mówi nam Michał Niedźwiecki.

Sektor offshore, który wszedł na nasze dawne łowiska, w żaden sposób nie bierze pod uwagę wykorzystania naszych jednostek. Nasze statki niczym nie różnią się od jednostek komercyjnych, a okazuje się, że te drugie są już na kursach przystosowujących do dozorowania morskich farm wiatrowych

– mówi Niedźwiecki.
Z niewiadomych przyczyn znaleziono zastosowanie dla takich samych kutrów i ich właścicieli, ale tylko z sektora rybołówstwa komercyjnego. Kapitanowie jednostek rekreacyjnych zostali sami bez żadnej alternatywy.

Słowa rzucone na wiatr

Ze strony rządowej nie widać choćby cienia dobrej woli na rozwiązanie tej patowej sytuacji. Z dotychczasowych spotkań pomiędzy politykami a reprezentantami zamkniętej branży nie wyniknęło nic. Co prawda, padały obietnice z ust premiera Mateusza Morawieckiego, czy ministra Jacka Sasina, ale ludzie bezpośrednio odpowiedzialni za tę sferę gospodarki nie podejmują żadnych kroków. Marek Gróbarczyk, który podpisywał porozumienie z armatorami i który obiecywał finansową rekompensatę, dziś milczy i jest niedostępny dla strony społecznej.
Ministerstwo Infrastruktury, do którego należy gospodarka morska, umywa ręce, twierdząc, że rybołówstwo nie leży w obszarze jej jurysdykcji, odsyłając zainteresowanych do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. To zaś nie podejmuje tematu, bo nie czuje się odpowiedzialne za ustalenia poczynione przez Marka Gróbarczyka.

Wygląda na to, że doszło do kuriozalnej sytuacji, w której po likwidacji Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej nie przekazano w PKD [Polska Klasyfikacja Działalności] armatorów rybołówstwa rekreacyjnego do żadnego innego podmiotu. Każdy umywa ręce, mówiąc, że tym obszarem działalności się nie zajmuje. W państwie prawa nie powinno to obarczać obywateli, pracowników, a władze państwowe powinny to naprawić i unormować. Rząd sam się zobowiązał, że rozwiąże ekonomiczno-społeczne koszty decyzji administracyjnej o zakazie połowu. Ci rybacy wiedzą, że w tym zawodzie przyszłości już nie ma i jedyne czego chcą, to najzwyczajniej w świecie spłacić kredyty, zezłomować stare łodzie i odejść z zawodu

– mówił w rozmowie dla „Tygodnika Solidarność” Krzysztof Dośla, przewodniczący Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, który zaangażował się w tę sprawę.

Tonący brzytwy się chwyta

Armatorzy i pracownicy rybołówstwa rekreacyjnego przeprowadzali już akcje protestacyjne na Pomorzu, ale politycy – z Markiem Gróbarczykiem na czele – pozostają głusi i ślepi na ich próby zwrócenia uwagi. Skoro takie protesty nie przynoszą skutku, to rybacy mogą zostać zmuszeni do śmielszych działań. Jeśli dialog przy stole zawodzi, to często rozwiązaniem jest ulica, albo… morze. Przypomnijmy, że swego czasu rybacy rozważali zablokowanie przeprawy na Mierzei Wiślanej swoimi kutrami. Odstąpili od tego pomysłu w geście dobrej woli, ale czy dalej będą na tyle wyrozumiali, skoro rząd wyraźnie bierze ich na przetrzymanie?



 

Polecane