REKLAMA

Przegląd prasy niemieckojęzycznej:Merkel nie chodziło o ludzi szukających azylu,lecz o zmazanie niem. win

- Zatem w przypadku owej przesławnej "Wilkommenspolitik", Angeli Merkel nie chodziło wcale o tych ludzi poszukujących azylu, lecz o zmazanie win z przeszłości, o patetyczną, iluzoryczną, choć politycznie bardzo groźną w skutkach próbę samouleczenia narodu -czytamy w Bazier Zeitung. nnKończący się tydzień - jak łatwo się domyślić - upłynął w niemieckich mediach pod znakiem gorączkowego analizowania wyników wyborów do Bundestagu, czyli na załamywaniu rąk z powodu słabego rezultatu partii systemowych i względnie dobrego wyniku antysystemowej, "skrajnie prawicowej" AfD,  a także na modelowaniu  różnych bardziej lub mniej prawdopodobnych koalicji rządowych.
 Przegląd prasy niemieckojęzycznej:Merkel nie chodziło o ludzi szukających azylu,lecz o zmazanie niem. win
/ screen YouTube
Najczęściej pojawia się hasło "Jamajka" czyli układ złożony z trzech niezbyt do siebie pasujących partii, a więc Unii (czyli CDU/CSU), Wolnych Demokratów (FDP) i partii Zielonych. Nazwa pochodzi od kombinacji barw, jakie te partie symbolizują, co w połączeniu przypomina flagę tego karaibskiego państwa. No i właśnie egzotyka tej kombinacji jest najczęściej wymieniana jako źródło ewentualnych problemów. Frankfurter Allgemeine pisze wręcz, iż układ ten byłby jedynie wzmocnieniem znienawidzonej AfD, zwłaszcza na wschodzie Niemiec, gdzie partia ta i tak już zyskała wielkie poparcie, stając się drugą (po CDU) siłą polityczną.

Działaczka Zielonych z Berlina, pani Canan Bayram, ostrzega swą partię przed tego rodzaju sojuszem z Unią i FDP. "Koalicja »Jamajka« byłaby jedynie sprawcą jeszcze lepszej koniunktury dla AfD - ostrzega Bayram. Szczególnie we wschodnich Landach CDU straciła bowiem bardzo znacząco na rzecz AfD, a z kolei FDP jest tam bardzo słabo zakorzeniona. Również pozycja Zielonych na Wschodzie mocno w ostatnim czasie osłabła. W tej sytuacji »Jamajka« postrzegana byłaby jako koalicja typowo zachodnio-niemiecka. Dlatego też Zieloni powinni się poważnie zastanowić, czy chcą wchodzić do rządu, który pod  kierownictwem mocno polaryzującej Angeli Merkel w przyszłości jeszcze więcej wyborców rzuciłby w ramiona AfD.


- pisze frankfurcki dziennik. 

W innym artykule ta sama gazeta przytacza słowa innych przedstawicieli owych mniejszych kandydatów do ewentualnej koalicji, którzy z kolei zarzucają Unii CDU/CSU świadome odkładanie w czasie jakichkolwiek rozmów sondujących możliwość jej stworzenia. 

Mniejsze partie zarzucają Unii wstrzymywanie rozmów koalicyjnych. Szef Zielonych Cem Özdemir domaga się od unii szybkiego rozpoczęcia rozmów sondujących możliwość utworzenia wspólnego rządu. "Rozumiem, że  muszą oni się po tej porażce na nowo pozbierać, ale z czysto taktycznych względów Unia nie ma prawa odkładać w nieskończoność przystąpienia do rozmów.  "Takie wykręcanie się nic przecież nie daje" - mówi Özdemir przed tak zwanym "małym zjazdem" tej partii


Wtóruje mu jego przyjaciel partyjny Jürgen Trittin, który ma wątpliwości, czy koalicja »Jamajka« w ogóle dojdzie do skutku.

Są takie siły, które życzą sobie fiaska »Jamajki«, aby wrócić do wielkiej koalicji (CDU/CSU z SPD) 


- powiedział były minister gazecie »Stuttgarter Zeitung«. (...)

#REKLAMA_POZIOMA#
#NOWA_STRONA#

Z kolei wiceszef FDP Wolfgang Kubicki nie liczy już za bardzo na to, że taka koalicja dojdzie do skutku jeszcze w tym roku.

Patrząc na harmonogram czasowy CDU wydaje się raczej niemożliwe, by jeszcze w tym roku zdołano podpisać umowę koalicyjną. Jeśli dopiero po zjeździe partyjnym CSU, w połowie listopada, miano by przystąpić do rozmów, to czarno to widzę


- powiedział Kubicki gazecie Bild.

Kubicki zalecił ponadto, aby FDP i Zieloni wpierw się nieco "obwąchali", zanim rozpoczną rozmowy na temat programu czy personaliów. "Bo gdy chodzi o postawy personalne,  to dzieli nas przecież bardzo wiele. Zieloni odsądzają nas, liberałów, od czci i wiary, jako rzekomo "wrogich zwykłemu człowiekowi", jako przeciwników polityki klimatycznej i jako »Putinversteherów" (rozumiejących Putina)


- mówi Kubicki i dodaje:
 

Dlatego też byłoby rzeczą sensowną postarać się na początek nieco rozluźnić atmosferę.

#REKLAMA_POZIOMA#
#NOWA_STRONA#

Dla każdego, kto jako tako śledzi życie polityczne w Niemczech, a w szczególności to, jak komentują go ich media mainstreamowe, które - powiedzmy to otwarcie - zbyt krytyczne wobec "Mutti der Nation" raczej dotąd nie były, dużym zaskoczeniem musi być artykuł z tygodnika "der Spiegel", gdzie autor pisze wręcz o upadku Angeli Merkel i o arogancji władzy, w szczególności ludzi z jej otoczenia.

Traktując rzecz czysto matematycznie, Angela Merkel uzyskała jedynie 23,9 procent wszystkich głosów. Jak mogło do tego dojść?


- pyta na wstępie artykułu jego autor Jan Fleischhauer i sugeruje, że

Wyjaśnienie kryje się w samym doborze ludzi, którzy u jej boku chcieliby być kimś (...) 
Nie bardzo widzę, co można byłoby zrobić inaczej" - oświadczyła Angela Merkel zaraz po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów do Bundestagu. Dokładnie coś takiego powiedziała. Pani kanclerz niech mi wybaczy moją impertynencję, ale przyszło mi do głowy kilka refleksji.


- pisze dalej autor.

To co stało się w niedzielę, to była prawdziwa klęska CDU - tego nie da się inaczej określić. Gdy wziąć pod uwagę tylko jej partię, to zaledwie 12,4 mln Niemców oddało głos na Angelę Merkel. Stanowi to 23,9 procent wszystkich uprawnionych do głosowania, wyłączając Bawarię. Że pani kanclerz mimo to twierdzi, iż cieszy ją ten wynik, potraktujmy jako czystą konfuzję wynikłą - by tak rzec - z ciśnienia chwili. 


Dalej autor serwuje czytelnikowi dwie "anegdoty" na temat ludzi z bezpośredniego otoczenia  pani kanclerz, którym zarzuca niewiarygodną wręcz arogancję i nie waha się określić ich słowem "Depp", co znaczy mniej więcej tyle co "półgłówek". W pierwszej chodzi o potraktowanie osoby Wolfganga Bosbacha, popularnego polityka CDU, który mimo choroby (cierpi na raka) angażował się niezwykle aktywnie w kampanię wyborczą partii Angeli Merkel, choć sam z kandydowania do Bundestagu zrezygnował. 

Bosbach jest osobą, którą chętnie nazywa się "Vote Getter". Każdy w CDU, kto ma jako tako wszystkie klepki na miejscu, powinien być szczęśliwy, gdy ów człowiek z Bergisch Gladbach zabiera się za robienie dla ich partii kampanii wyborczej. Ludzie na jego wiece przychodzili dobrowolnie i w wielkiej liczbie, co odróżniało go od wielu jego kolegów. Posiada wielki talent oratorski, potrafi mówić tak, by ludzie go chcieli słuchać. (...) Należy do tych, których poważna choroba nie powstrzymywała od robienia wielkiej polityki. Uczestniczył w 48 terminach wyborczych, odwiedził 8 krajów związkowych, również te, gdzie było bardzo ciężko, gdzie raczej nie czekano z otwartymi ramionami na kogoś z jego partii. 
(...)
Jakiś czas temu zadzwonił do siedziby fundacji Konrada Adenauera z prośbą o przyznanie mu szofera, gdyż z powodu choroby, zwłaszcza wieczorem, niemal zasypia za kierownicą. Odpowiedziano mu, iż samochód służbowy przysługuje jedynie członkom prezydium, którym on nie jest.

A nie jest nim, ponieważ pani kanclerz owego niezwykle wiernego i przydatnego partii człowieka po prostu nie cierpi. Dlatego też nigdy nie awansował powyżej stanowiska zastępcy przewodniczącego frakcji, chociaż poza kancelarią kanclerza wszyscy doskonale wiedzą, że byłby on znakomitym - na przykład ministrem spraw wewnętrznych. Mimo to, nawet bez szofera, Bosbach odbył wszystkie swoje 48 spotkań wyborczych agitując dla swej partii.

Mogą państwo traktować to jako taką sobie anegdotę bez znaczenia, ale jeśli partia nie jest w stanie traktować dobrze tych kilku ludzi, którzy cieszą się wśród wyborców autentyczną sympatią, to moim zdaniem nie zasłużyła na nic lepszego, jak właśnie na tę dotkliwą karę w dniu wyborów.


- kończy opowieść autor artykułu.

Druga "anegdota" dotyczy osoby Aleksandra Gaulanda, prominentnego działacza partii AfD - osoby, która w ostatnich dniach postarała się o niemały skandal, wychwalając żołnierzy wermachtu. W Polsce chyba mało kto wie, że człowiek ten wywodzi się z CDU, gdzie dawno temu rozpoczął swoją karierę polityczną, kończąc ją w roku 2013 przejściem do AfD.

Gauland  jeszcze dzisiaj potrafi sobie dobrze przypomnieć tamten dzień, w którym zerwał swoje 40 letnie związki z CDU. (...) Było to w lutym 2012, podczas kolacji z ówczesnym sekretarzem generalnym CDU, Hermannem Gröhe. (...) W czasie  spotkania niemłody już Gauland traktowany był przez Gröhego jak ostatni śmieć - zaświadcza jeden z bezpośrednich uczestników tamtego spotkania. W którymś momencie zrezygnowany Gauland zapadł się w głęboko w fotel i w całkowitym milczeniu wysłuchał do końca tyrad sekretarza generalnego. Rok później wystąpił z CDU. (...) Dopóty Gauland ma w swej obecnej partii coś do powiedzenia, tak długo i nie ma co liczyć na pokój z tą partią. 


- konkluduje Fleischhauer

Autor puentuje  swój artykuł następująco:

Gröhe jest po prostu "deppem". Przepraszam za dosadność, ale tak jest rzeczywiście. Takich głupków w polityce jest wielu - powiecie pewnie. Ale co nam to mówi o pani kanclerz, która widocznie uważa ich za wielkich strategów, skoro takiego głupca czyni sekretarzem generalnym swej partii?

To właśnie arogancja władzy stała się przyczyną tak wielkiego spadku poparcie dla CDU, nie zaś zły program czy też zła strategia kampanijna w internecie.  A arogancja - moim zdaniem - jest jeszcze trudniejsza do skorygowania, niż zły program"

- kończy swój artykuł  Jan Fleischhauer. 

#REKLAMA_POZIOMA#
#NOWA_STRONA#

Odchodząc nieco od tematyki bezpośrednio wyborczej, proponuję dla odmiany głos z gazety nie niemieckiej, choć niemieckojęzycznej. Szwajcarska »Bazler Zeitung« w swym artykule pod tytułem "Par ordre de Mutti" pióra Eugena Sorga rozprawia się bardzo ostro z polityką imigracyjną Angeli Merkel. 

Wiosną 2016 amerykański pisarz  Tuvia Tenenbom przejechał wzdłuż i wszerz Niemcy. Pół roku wcześniej Angela Merkel w jednostronnej, nie mającej precedensu w historii decyzji, niejako - by tak rzec  - "par ordre de Mutti" otworzyła szeroko granice swego państwa. Grubo ponad milion uchodźców lub rzekomych uchodźców - w większości młodzi mężczyźni z Syrii i innych muzułmańskich krajów - przez nikogo nie rejestrowani i w żaden sposób nie kontrolowani napłynęło do Niemiec. Tenenbom postanowił się dowiedzieć, kto rzeczywiście przybył i jak od tego czasu rozwinęła się sytuacja. W tym celu odwiedził szereg obozów dla uchodźców. Tenenbom  jest korpulentnym,  bardzo wesołym człowiekiem, potrafiącym rozmawiać z ludźmi, ale też ich słuchać. A przede wszystkim znającym biegle arabski. Historie, które usłyszał są smutne, wesołe, czasami absurdalne, ale też nierzadko stawiające włosy dęba.  


Autor tekstu w szwajcarskiej gazecie przytacza kilka z tych opowieści.

Młody Syryjczyk zarzeka się, że jest chrześcijaninem, ale że o tym nikt nie może się dowiedzieć, gdyż zostałby pobity przez swoich muzułmańskich towarzyszy w ośrodku. Inny z kolei Libańczyk opowiada, że przybył tu z syryjskimi dokumentami, które nabył od pewnego Syryjczyka. Zrobił tak, gdyż jego ziomkowie powiedzieli mu, iż Niemcy to wspaniały kraj, a on chciałby się ożenić z niemiecką blond dziewczyną i tu założyć rodzinę.

Żeby sfinansować swoją podróż, sprzedał restaurację. Po przyjeździe na miejsce pierwsze co zrobił, to poszedł do klubu nocnego, ale okazało się, że żadna niemiecka dziewczyna nie chce wyjść za Araba. A życie w obozie jest nieznośne. Codziennie dochodzi do bijatyk pomiędzy Syryjczykami, Afgańczykami, Marokańczykami i Irańczykami. Teraz tęskni za Libanem, a jego rodzice namawiają go do powrotu. Ale on nie ma już pieniędzy.


Z kolei 29 letnia kobieta z Syrii wybrała się w drogę do Niemiec zupełnie sama, po tym, gdy jej dom skonfiskowało Państwo Islamskie.  Jest zupełnie zdesperowana i grozi popełnieniem samobójstwa. Potrzebna jej na gwałt pomoc psychologiczna, ale od pracownicy socjalnej dowiedziała się, że musi się liczyć z czasem oczekiwania do roku. »Mamy ponad milion uchodźców, dlatego nie da się nic zrobić« - usłyszała zdesperowana Syryjka. 

Inni uchodźcy opowiadają  o masowych bójkach na noże w obozach lub pokazują Tenenbomowi cuchnące, niewiarygodnie brudne wspólne toalety, gdzie brakuje papieru toaletowego, a czasami nawet drzwi. I wszyscy skarżą się na niezwykle trudne warunki w straszliwie przepełnionych, dusznych centrach, gdzie stłoczono razem ludzi, którzy w swych ojczyznach  skakali sobie do gardeł. I gdzie nie ma żadnej sfery prywatności ani też nic innego do roboty, tylko siedzieć i czekać.
(...)
Samolubna decyzja Merkel została jednak bezwarunkowo wsparta  przez większość niemieckiego społeczeństwa, a zwłaszcza przez media. Uchodźcy, jak gdyby chodziło tu o jakieś gwiazdy pop, przyjmowani byli entuzjastycznie, witano ich maskotkami i owacjami. Ta miłość i ta bezgraniczna serdeczność stały jednak w jakimś okrutnym kontraście z nędznymi warunkami w samych ośrodkach, jakie na nich czekały. Widać było wyraźnie, że nie istniał żaden plan co z tymi ludźmi zrobić? I też wkrótce po tym, gdy znaleźli się na miejscu, zniknęło zainteresowanie ich losem.

Co się dzieje z Niemcami? - pyta Tenenbom.  - Czyżby potrzebowali tych uchodźców bardziej niż tamci ich? Amerykanin przeprowadził w tym celu dziesiątki wywiadów z Niemcami - ze studentami, lewicowymi i prawicowymi politykami, przypadkowymi przechodniami, ludźmi kościoła, wolontariuszami - wszystkim zadając pytanie: dlaczego Niemcy gotowi byli przyjąć niewspółmiernie więcej uchodźców niż inne europejskie kraje? I wszyscy udzielali tej samej odpowiedzi, mianowicie, że to z powodu historii, z powodu Hitlera.


Tekst kończy się smutną konkluzją Amerykanina, którą przytacza szwajcarska gazeta: 

Cień historii wciąż jeszcze spoczywa na niemieckiej duszy, a ta ich bezmyślna "Willkommenspolitik"  miała  widocznie na celu pokazanie światu, że się już moralnie oczyścili, że dziś Niemcy to już inny naród, naród ludzi bardzo dobrych, jeśli nie najlepszych na świecie. 
(...)

Zatem w przypadku owej przesławnej "Wilkommenspolitik", Angeli Merkel nie chodziło wcale o tych ludzi poszukujących azylu, lecz o zmazanie win z przeszłości, o patetyczną, iluzoryczną, choć politycznie bardzo groźną w skutkach próbę samouleczenia narodu.


- kończy swój artykuł  Eugen Sorg z "Basler Zeitung"

#REKLAMA_POZIOMA#
#NOWA_STRONA#

I jeszcze kilka krótkich cytatów z wypowiedzi przedstawicieli niemieckiej klasy politycznej i innych prominentów, gdzie w roli czarnego luda obsadzono już tak tradycyjnie nasz kraj:

Były przewodniczący SPD, Franz Müntefering, w wywiadzie dla "Süddeutsche Zeitung" powiedział:

Wśród demokratycznych partii, w sprawach fundamentalnych zawsze mogliśmy na sobie polegać. Byliśmy pewni, że żaden z nas, gdy wygra wybory nie powie: kraj należy do mnie! Tak jak ma to miejsce w przypadku Trumpa, Putina, Erdogana czy w Polsce. W odniesieniu do AfD nie możemy mieć tego zaufania. To są wrogowie naszej demokracji. To nie jest epizod o nazwie AfD, to jest wielkie wyzwanie


A z kolei znany niemiecki politolog Wolfgang Merkel  na pytanie: 


Czy Niemcy nie żyją już przypadkiem w jakiejś zdezelowanej demokracji, skoro tak wielu ludzi czuje się dobrze reprezentowanych przez taką partię jak AfD


- odpowiada tak:
 

Nie, tak nie jest. Nie żyjemy co prawda w demokracji idealnej, ale w międzynarodowym porównaniu wypadamy i tak bardzo dobrze. Natomiast naprawdę niebezpiecznie robi się wtedy, gdy prawicowi populiści wchodzą do rządu i mają znaczący wpływ na politykę kraju. Wtedy znajdujemy się już na niebezpiecznych wodach wadliwej demokracji. Przykłady Polski i Węgier stanowią dla nas znak ostrzegawczy, "mene, tekel" na murze.


Na koniec jeszcze coś z dziedziny ekologii, czyli jak to jest naprawdę z tą ochroną przyrody u naszych zachodnich sąsiadów, którzy tak bardzo martwią się losem naszej Puszczy Białowieskiej. Mieliśmy już tego ilustrację w postaci zastrzelonego żubra, który nieopacznie przekroczył granicę, to teraz jeszcze coś o wilkach. Nie wiem ile w sumie mają ich na stanie, może 20, może 30, nie sądzę by więcej niż 50 sztuk, ale władze Dolnej Saksonii zdecydowały, że w przypadku osobników "problematycznych", czyli stanowiących jakieś tam zagrożenie dla zwierząt hodowlanych, odstrzelona ma być cała wataha.

Po konsultacjach z minister ochrony środowiska, panią Barbara Hendricks (SPD), premier landu Dolna Saksonia, Stephan Weil (SPD) oraz   minister środowiska Dolnej Saksonii, Stefan Wenzel (Zieloni), ustalili, iż w przyszłości w razie potrzeby odstrzelona może być cała "problematyczna" wataha. Warunkiem ma być okoliczność, gdy zwierzęta  przeskakiwać będą przez ogrodzenia ochraniające zwierzęta hodowlane.


- pisze "die Welt". 

Marian Panic

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura