Ryszard Czarnecki: Ankara, Berlin, Paryż - jak rozgrywał prezydent Lech Kaczyński

Śp. prezydent RP prof. Lech Kaczyński głośno deklarował, że popiera wejście Turcji do Unii Europejskiej. Zyskał tym - dla Polski i dla siebie - dużą sympatię nad Bosforem. Grał mądrze, bo doskonale wiedział, że Niemcy i Francja są zdecydowanie przeciwne akcesji Ankary do UE i że w praktyce wtedy i w kolejnych latach była to "mission impossible".
Polityka prezydenta Kaczyńskiego
Polityka prezydenta Kaczyńskiego pokazywała Turcji, ale też związanej z tym krajem językowo, kulturowo i coraz bardziej gospodarczo postsowieckiej Azji (Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan, Turkmenistan - bez Tadżykistanu, który historycznie i językowo związany był z Persją), że w Unii jest "dobry policjant", czyli Polska i "źli policjanci", to znaczy Berlin i Paryż. Ta racjonalna strategia pokazująca Staremu Kontynentowi, że Polska nie jest "pasem transmisyjnym" tandemu niemiecko-francuskiego, nie zawsze znajdowała zrozumienie nawet na polskiej prawicy. Pamiętam, jak krzywił się na tą "turecką grę" jeden z europosłów PiS, późniejszy wiceminister w KPRM i minister ds. europejskich.
Chciałem na tym przykładzie pokazać, że polityka międzynarodowa jest pewną grą i polega na umiejętnym pozyskiwaniu sympatii i poparcia, także dzięki naszej aktywności w obszarach, w których na pewno nie jesteśmy głównymi decydentami - tak, jak było to w przypadku europejskich aspiracji państwa Atatürka i Erdogana.
O co właściwie chodziło?
A dlaczego pierwsze i drugie, w wymiarze demograficznym i gospodarczym, państwa członkowskie UE, czyli Niemcy i Francja, nie chciały akcesu Ankary do UE? Oczywiście, jak to w dyplomacji bywa, nie mówiły tego wprost, używały do tej gry zastępczych "kart", jak: "przestrzeganie praw człowieka", "problem kurdyjski", a nawet czasem "argument", że byłoby to pierwsze muzułmańskie państwo w UE (sic!)…
Chodziło o… demografię. Turcja, gdy chodzi o populację, jest w tej chwili porównywalna z Niemcami, a dwadzieścia czy kilkanaście lat temu była na najlepszej drodze do tego, aby za ćwierć wieku, czy nawet mniej pod tym względem "przebić" Republikę Federalną Niemiec. I tu był turecki pies pogrzebany. Berlin nie wyobrażał sobie, że największym członkiem UE nie będą Niemcy. Paryż też nie mógł się z tym pogodzić. Cała polityczna ornamentyka na "nie" była jedynie wynajdywaniem pretekstów dla zapalenia dla Turcji "czerwonego światła".
Warto w polityce międzynarodowej grać tak, jak w sprawie Turcji grał śp. Lech Kaczyński.
Tekst ukazał się na portalu tematypolityczne.pl (02.04.2024)
Czy Polska powinna wyjść z UE? Polacy odpowiedzieli
IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższym czasie

Grzegorz "GrzechG" Gołębiewski: Partia Donalda Tuska to polityczny beton
Unia Europejska. Suma zawiedzionych nadziei
Agencja Moody's dokonała okresowego przeglądu ratingu Polski: perspektywa jest negatywna



