Zielony Ład to ekonomiczne harakiri. Oto dlaczego

Klimatyści postawili nam na horyzoncie kolejny cel. Emisje CO2 muszą zostać zredukowane o 90 proc. do 2040 roku. Ambicje Unii Europejskiej stają się coraz bardziej wygórowane, ale w tym szalonym wyścigu Europa nie zauważyła, że... nikt się z nią nie ściga.
Pusta hala porośnieta roślinnością
Pusta hala porośnieta roślinnością / Pixabay

Co musisz wiedzieć:

  • Unia Europejska konsekwentnie zaostrza cele klimatyczne, dążąc do redukcji emisji CO₂ o 90% do 2040 roku, mimo rosnących kosztów i sprzeciwu części obywateli.
  • Od lat 90. UE rozwija coraz dalej posuniętą politykę klimatyczną – od Protokołu z Kioto, przez pakiet 3x20 i Fit for 55, aż po Europejski Zielony Ład i rozszerzenie systemu ETS.
  • Krytycy podkreślają, że transformacja klimatyczna w Unii opiera się na przymusie regulacyjnym, który podniesie koszty życia (np. przez ETS2), zamiast na zachętach i ekonomicznej opłacalności dla obywateli.

 

ETS ponad wszystko

W ciągu ostatnich dwóch dekad w hierarchii światowych priorytetów zaczęto coraz wyżej stawiać zagrożenie polegające na zmianach klimatu. Globalne ocieplenie i jego antropogeniczny charakter stało się priorytetem dla Unii Europejskiej. Uznano, że trzeba zrobić wszystko, by średnia temperatura w skali globu nie wzrosła o więcej niż 2 procent w porównaniu z epoką przedprzemysłową. Porozumienie dla ratowania planety zyskało swoisty immunitet nietykalności. Nawet pandemia i kryzys energetyczny z 2022 roku nie spowodowały zawieszenia systemu ETS. Unia nie zrobiła kroku wstecz, choć rosnące koszty i utrata konkurencyjności unijnych gospodarek sprawiły, że w gabinetach niektórych polityków zielone światełko zmieniło się na żółte.

Podniósł się alarm, ale nie ogłoszono bankructwa zielonej polityki. Przeciwnie – Unia Europejska w listopadzie wyznaczyła kolejny cel pośredni w drodze do neutralności klimatycznej. Redukcja emisji gazów cieplarnianych o 90 proc. do 2040 roku i przesunięcie zaledwie o rok wejścia w życie systemu ETS2 to przykład lekceważenia głosu tych obywateli, którzy nie chcą, aby transformacja klimatyczna odbijała się na ich stopie życiowej. Ale jak właściwie doszło do tego, że w dyskusjach o Unii Europejskiej nie sposób dzisiaj nie wspomnieć o zafiksowaniu na punkcie klimatu i ekologii? Korzenie odpowiedzi na to pytanie tkwią w latach dziewięćdziesiątych.

 

Inicjatywy dla klimatu

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że pierwszym wiążącym celem klimatycznym Unii Europejskiej była redukcja emisji gazów cieplarnianych o 8 procent w całej Wspólnocie do 2012 roku. Takie zobowiązania wzięło na siebie 15 członków Unii, podpisując w grudniu 1997 roku Protokół z Kioto. By go wypełnić, ustanowiono mechanizm rynkowy polegający na handlu uprawnieniami do emisji. Tak zwany system ETS został wdrożony do unijnego prawa dyrektywą z 2003 roku i wszedł w życie dwa lata później, w 2005 roku. Polska była wtedy świeżo upieczonym członkiem Unii Europejskiej, a nasza gospodarka w około 90 procentach czerpała energię z węgla, co zwiastowało nie lada kłopoty.

Po upływie kolejnych dwóch lat, w marcu 2007 roku, polska delegacja poparła konkluzje Rady Europejskiej, w których Unia określiła swoje cele klimatyczno-energetyczne. Wspólnota zadeklarowała, że do 2020 roku zmniejszy emisję gazów cieplarnianych o co najmniej 20 procent, zwiększy udział OZE w wytwarzaniu energii do 20 procent i będzie zużywać 20 procent mniej energii – był to tak zwany pakiet 3x20. Na podstawie tych konkluzji, które nie były jeszcze prawnie wiążące, przygotowano Pakiet klimatyczno-energetyczny składający się z kilku dyrektyw i decyzji. Przyjęto go w grudniu 2008 roku, by wypełnić wspomniane cele 3x20.

I tak jak apetyt rośnie w miarę jedzenia, tak arytmetycznie wzrastały ambicje zielonych polityków. Ekologiczna rewolucja stopniowo się rozkręcała.

 

Podwoić wysiłki!

W październiku 2014 roku przywódcy państw członkowskich Unii Europejskiej

„uzgodnili najambitniejszą w skali światowej politykę klimatyczno-energetyczną do roku 2030”

– tak to wydarzenie określono na oficjalnej stronie Rady Europejskiej. Zatwierdzono wówczas ramy nowej polityki, której wyznacznikami stały się: redukcja emisji gazów cieplarnianych o 40 procent do 2030 roku, co najmniej 27-procentowy udział OZE w wytwarzaniu energii oraz 27-procentowy wzrost efektywności energetycznej.

Był to zatem dwukrotny wzrost, jeśli chodzi o redukcję emisji – z poziomu 20 procent podwyższono cel redukcyjny do 40 procent. Co za rozmach! Co więcej, w 2018 roku znowelizowano dwie dyrektywy i podniesiono poprzeczkę w innych obszarach. Do 2030 roku Unia miała już pozyskiwać z odnawialnych źródeł energii 32 procent prądu i zużywać o 32,5 procent mniej energii. Czy ktokolwiek przykładał wtedy wagę do tych pułapów, które brukselscy politycy wyrzucali jak karty z rękawa? Czy nie wydawały się one ludziom zbyt odległe i fantazyjne? Być może.

 

Porozumienie paryskie

W każdym razie unijne cele klimatyczne ciągle rosły, a „postępowcy” mieli dwie przesłanki, które utwierdzały ich, że mają rację i wszystko zmierza w dobrym kierunku. Po pierwsze sprzyjająca koniunktura gospodarcza po światowym kryzysie finansowym, a po drugie Porozumienie paryskie, które weszło w życie w listopadzie 2016 roku. W stolicy Francji światowi przywódcy postanowili, że będą dążyć do ograniczenia średniego wzrostu temperatury globalnej do poziomu znacznie niższego niż 2 stopnie Celsjusza względem epoki przedprzemysłowej, a najlepiej do 1,5 stopnia.

W dokumencie zapisano, że wszystkie kraje powinny dążyć do sformułowania „długoterminowych strategii rozwoju niskoemisyjnego”. Dlatego też w grudniu 2019 roku Komisja Europejska, stawiając się w roli prymusa, ogłosiła mapę drogową do osiągnięcia przez Unię neutralności klimatycznej, nieco wcześniej zaś Parlament Europejski przyjął rezolucję, ogłaszając kryzys klimatyczny w Europie i na całym świecie.
Tak powstał znany już wszystkim Europejski Zielony Ład, który ma sprawić, że Europejczycy będą żyli w

„nowoczesnej, zasobooszczędnej i konkurencyjnej gospodarce, która w 2050 roku osiągnie zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych netto i w ramach której wzrost gospodarczy będzie oddzielony od wykorzystania zasobów naturalnych”

– to nie jest żart, to cytat z oficjalnego komunikatu KE.

Zapisano w nim także, że

„transformacja ta musi przebiegać zarazem w sprawiedliwy i sprzyjający włączeniu społecznemu sposób: na pierwszym miejscu należy stawiać ludzi i nie wolno tracić z oczu regionów, sektorów przemysłu i pracowników, którzy będą borykać się z największymi trudnościami”.

 

Fit for 55

Dzisiaj te słowa rozbrzmiewają echem pustej, nic nieznaczącej deklaracji. Papier przecież wszystko przyjmie.
Po upływie dwunastu miesięcy, pod koniec 2020 roku, Rada Europejska zgodziła się na podniesienie celu redukcji emisji gazów cieplarnianych z 40 do 55 procent w perspektywie do 2030 roku. Konkluzje nie są jednak wiążącym dokumentem prawnym, dlatego w lipcu 2021 roku przygotowano pakiet pod nazwą Fit for 55 (Gotowi na 55). W jego skład wchodziło 13 aktów legislacyjnych, które były przyjmowane w kolejnych latach, począwszy od 2023 roku, i dotyczyły najważniejszych sektorów gospodarki.

W ten sposób w ramach Fit for 55 Unia Europejska postanowiła do 2030 roku zredukować o 55 procent emisje gazów cieplarnianych, zmniejszyć zużycie energii o co najmniej 9 procent (w porównaniu do 2020 roku) i zwiększyć udział energii odnawialnej w miksie energetycznym do 40 procent. Przegłosowano też zakaz sprzedaży nowych aut spalinowych od 2035 roku i dyrektywę budynkową, zgodnie z którą wszystkie nowe budynki od 2030 roku powinny być bezemisyjne (publiczne już od 2028 roku), a istniejące budynki powinny zostać przekształcone w bezemisyjne do 2050 roku.

Częścią Fit for 55 jest także mechanizm dostosowania cen na granicach z uwzględnieniem emisji CO2, czyli CBAM, zwany potocznie „graniczną opłatą węglową”. W skrócie chodzi o to, żeby do towarów importowanych spoza Unii doliczać opłaty za emisję i w ten sposób wyrównać różnice cenowe.
Europejscy producenci muszą płacić za emisję CO2, kupując certyfikaty ETS, a importerzy towarów spoza Unii muszą kupić certyfikaty CBAM. Ma to chronić europejski rynek, zapewnić uczciwą konkurencję i przy okazji zapobiec „ucieczce emisji”.

 

Zielona owca

Jednym z najważniejszych elementów Fit for 55 jest jednak system ETS2. Obok wspomnianej dyrektywy budynkowej jest to najbardziej zielona owca w tym legislacyjnym stadzie. Dotychczas za emisje gazów cieplarnianych musiały płacić elektrownie, cementownie, huty – ogólnie przemysł energochłonny.
Od 2028 roku dołączy do nich transport drogowy i mieszkalnictwo. Oznacza to wyższe ceny benzyny, ropy, gazu, węgla, oleju opałowego, drewna, a więc wszystkiego, co emituje dwutlenek węgla. To ekonomiczne harakiri miało wejść w życie w 2027 roku, ale kraje członkowskie zdecydowały, że przesuną termin o jeden rok.

Polska wnioskowała co prawda o 3 lata, ale rząd i tak może być zadowolony. Dlaczego? Bo skutki ETS2 Polacy zaczną odczuwać dopiero po wyborach parlamentarnych. Politycznie jest to zatem sukces, choć ekonomicznie niewiele się zmienia. Unia postanowiła też zatwierdzić nowy cel pośredni: emisje do 2040 roku mają zostać zmniejszone o 90 procent.

 

Szantaż

Generalnie rzecz biorąc, problemem nie jest sama walka ze zmianami klimatycznymi, ale sposób, w jaki czynią to zieloni politycy. Unia nie stara się zachęcić obywateli do ekologii poprzez ekonomiczną opłacalność, ale pod przymusem.

Bruksela mówi – albo zamontujesz fotowoltaikę i pompę ciepła, albo zlikwidujemy ci piec węglowy i gazowy. Albo przesiądziesz się na elektryka, albo nie kupisz żadnego innego auta. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam.

[tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]


 

POLECANE
Jarosław Sachajko: Jest sposób na zablokowanie umowy UE-MERCOSUR tylko u nas
Jarosław Sachajko: Jest sposób na zablokowanie umowy UE-MERCOSUR

„Jest sposób na zablokowanie umowy UE-MERCOSUR” - powiedział w rozmowie z Anną Wiejak poseł Jarosław Sachajko (Wolni Republikanie).

„Koalicja chętnych nie oczekuje obecności polskich wojsk na Ukrainie w żadnym z wariantów” z ostatniej chwili
„Koalicja chętnych nie oczekuje obecności polskich wojsk na Ukrainie w żadnym z wariantów”

Premier Donald Tusk oświadczył we wtorek, że Polska będzie państwem wiodącym w kwestiach logistyczno-organizacyjnych w zabezpieczeniu działań państw, które będą wspierały Ukrainę. Dodał, że partnerzy nie oczekują obecności polskich wojsk na Ukrainie w żadnym z wariantów.

Szefowa KE mami dotacjami przed spotkaniem ws. umowy UE-Mercosur z ostatniej chwili
Szefowa KE mami dotacjami przed spotkaniem ws. umowy UE-Mercosur

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podkreśliła w kontekście umowy z Mercosurem, że unijni rolnicy mogą liczyć na wyższe wsparcie finansowe i skuteczną ochronę w sytuacji zakłóceń na rynku. W środę w Brukseli spotkają się unijni ministrowie rolnictwa, by rozmawiać m.in. o umowie z Mercosurem.

Zostałam uderzona w twarz przez kierownika zmiany. Co się dzieje w niemieckich zakładach zatrudniających Polki? tylko u nas
"Zostałam uderzona w twarz przez kierownika zmiany". Co się dzieje w niemieckich zakładach zatrudniających Polki?

Polskie pracownice niemieckich zakładów mówią o przemocy, mobbingu i zagrożeniach dla zdrowia. Po głośnych relacjach kobiet z fabryk w Görlitz i Pasewalk firma Birkenstock odpiera zarzuty, a sprawą zajmują się sądy i niemieckie instytucje kontrolne. Spór budzi pytania o realne warunki pracy Polek za Odrą i skuteczność ich ochrony.

Prof. Romuald Szeremietiew: Państwa UE nie są w stanie dać Ukrainie realnych gwarancji bezpieczeństwa tylko u nas
Prof. Romuald Szeremietiew: Państwa UE nie są w stanie dać Ukrainie realnych gwarancji bezpieczeństwa

„Państwa UE nie są w stanie dać Ukrainie realnych gwarancji bezpieczeństwa” - ocenia w rozmowie z Anną Wiejak prof. Romuald Szeremietiew, były minister obrony narodowej, ekspert ds. bezpieczeństwa.

„Economist”: Administracja USA bada sposoby przejęcia kontroli nad Grenlandią gorące
„Economist”: Administracja USA bada sposoby przejęcia kontroli nad Grenlandią

Należy poważnie brać pod uwagę, że Donald Trump zamierza przejąć kontrolę nad Grenlandią. Administracja bada sposoby pogłębienia rozdźwięku między Danią a zależnym od niej autonomicznym terytorium lub zawarcia bezpośredniej umowy z wyspą - ocenia „Economist”.

Tragedia na myjni w Tychach. Nie żyje mężczyzna z ostatniej chwili
Tragedia na myjni w Tychach. Nie żyje mężczyzna

W poniedziałek wieczorem na myjni przy ul. Glinczańskiej w Tychach 65-letni mężczyzna wpadł do kanału technicznego. Mimo szybkiej akcji służb nie udało się go uratować.

Premier Grenlandii: Chcemy nawiązać dobrą współpracę z USA z ostatniej chwili
Premier Grenlandii: Chcemy nawiązać dobrą współpracę z USA

Premier Grenlandii Jens Frederik Nielsen odrzucił obawy dotyczące rychłej próby przejęcia władzy przez USA.

Francja znalazła sposób na obronę rolnictwa przed umową UE-Mercosur z ostatniej chwili
Francja znalazła sposób na obronę rolnictwa przed umową UE-Mercosur

Francuska minister rolnictwa Annie Genevard podjęła decyzję o zawieszeniu wjazdu na terytorium Francji produktów spożywczych zawierających pozostałości kilku substancji zakazanych w Europie.

Orszak Trzech Króli w Warszawie. Prezydent Karol Nawrocki wśród uczestników z ostatniej chwili
Orszak Trzech Króli w Warszawie. Prezydent Karol Nawrocki wśród uczestników

We wtorek w południe spod pomnika Mikołaja Kopernika w Warszawie wyruszył orszak Trzech Króli. W wydarzeniu wziął udział prezydent Karol Nawrocki wraz z małżonką.

REKLAMA

Zielony Ład to ekonomiczne harakiri. Oto dlaczego

Klimatyści postawili nam na horyzoncie kolejny cel. Emisje CO2 muszą zostać zredukowane o 90 proc. do 2040 roku. Ambicje Unii Europejskiej stają się coraz bardziej wygórowane, ale w tym szalonym wyścigu Europa nie zauważyła, że... nikt się z nią nie ściga.
Pusta hala porośnieta roślinnością
Pusta hala porośnieta roślinnością / Pixabay

Co musisz wiedzieć:

  • Unia Europejska konsekwentnie zaostrza cele klimatyczne, dążąc do redukcji emisji CO₂ o 90% do 2040 roku, mimo rosnących kosztów i sprzeciwu części obywateli.
  • Od lat 90. UE rozwija coraz dalej posuniętą politykę klimatyczną – od Protokołu z Kioto, przez pakiet 3x20 i Fit for 55, aż po Europejski Zielony Ład i rozszerzenie systemu ETS.
  • Krytycy podkreślają, że transformacja klimatyczna w Unii opiera się na przymusie regulacyjnym, który podniesie koszty życia (np. przez ETS2), zamiast na zachętach i ekonomicznej opłacalności dla obywateli.

 

ETS ponad wszystko

W ciągu ostatnich dwóch dekad w hierarchii światowych priorytetów zaczęto coraz wyżej stawiać zagrożenie polegające na zmianach klimatu. Globalne ocieplenie i jego antropogeniczny charakter stało się priorytetem dla Unii Europejskiej. Uznano, że trzeba zrobić wszystko, by średnia temperatura w skali globu nie wzrosła o więcej niż 2 procent w porównaniu z epoką przedprzemysłową. Porozumienie dla ratowania planety zyskało swoisty immunitet nietykalności. Nawet pandemia i kryzys energetyczny z 2022 roku nie spowodowały zawieszenia systemu ETS. Unia nie zrobiła kroku wstecz, choć rosnące koszty i utrata konkurencyjności unijnych gospodarek sprawiły, że w gabinetach niektórych polityków zielone światełko zmieniło się na żółte.

Podniósł się alarm, ale nie ogłoszono bankructwa zielonej polityki. Przeciwnie – Unia Europejska w listopadzie wyznaczyła kolejny cel pośredni w drodze do neutralności klimatycznej. Redukcja emisji gazów cieplarnianych o 90 proc. do 2040 roku i przesunięcie zaledwie o rok wejścia w życie systemu ETS2 to przykład lekceważenia głosu tych obywateli, którzy nie chcą, aby transformacja klimatyczna odbijała się na ich stopie życiowej. Ale jak właściwie doszło do tego, że w dyskusjach o Unii Europejskiej nie sposób dzisiaj nie wspomnieć o zafiksowaniu na punkcie klimatu i ekologii? Korzenie odpowiedzi na to pytanie tkwią w latach dziewięćdziesiątych.

 

Inicjatywy dla klimatu

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że pierwszym wiążącym celem klimatycznym Unii Europejskiej była redukcja emisji gazów cieplarnianych o 8 procent w całej Wspólnocie do 2012 roku. Takie zobowiązania wzięło na siebie 15 członków Unii, podpisując w grudniu 1997 roku Protokół z Kioto. By go wypełnić, ustanowiono mechanizm rynkowy polegający na handlu uprawnieniami do emisji. Tak zwany system ETS został wdrożony do unijnego prawa dyrektywą z 2003 roku i wszedł w życie dwa lata później, w 2005 roku. Polska była wtedy świeżo upieczonym członkiem Unii Europejskiej, a nasza gospodarka w około 90 procentach czerpała energię z węgla, co zwiastowało nie lada kłopoty.

Po upływie kolejnych dwóch lat, w marcu 2007 roku, polska delegacja poparła konkluzje Rady Europejskiej, w których Unia określiła swoje cele klimatyczno-energetyczne. Wspólnota zadeklarowała, że do 2020 roku zmniejszy emisję gazów cieplarnianych o co najmniej 20 procent, zwiększy udział OZE w wytwarzaniu energii do 20 procent i będzie zużywać 20 procent mniej energii – był to tak zwany pakiet 3x20. Na podstawie tych konkluzji, które nie były jeszcze prawnie wiążące, przygotowano Pakiet klimatyczno-energetyczny składający się z kilku dyrektyw i decyzji. Przyjęto go w grudniu 2008 roku, by wypełnić wspomniane cele 3x20.

I tak jak apetyt rośnie w miarę jedzenia, tak arytmetycznie wzrastały ambicje zielonych polityków. Ekologiczna rewolucja stopniowo się rozkręcała.

 

Podwoić wysiłki!

W październiku 2014 roku przywódcy państw członkowskich Unii Europejskiej

„uzgodnili najambitniejszą w skali światowej politykę klimatyczno-energetyczną do roku 2030”

– tak to wydarzenie określono na oficjalnej stronie Rady Europejskiej. Zatwierdzono wówczas ramy nowej polityki, której wyznacznikami stały się: redukcja emisji gazów cieplarnianych o 40 procent do 2030 roku, co najmniej 27-procentowy udział OZE w wytwarzaniu energii oraz 27-procentowy wzrost efektywności energetycznej.

Był to zatem dwukrotny wzrost, jeśli chodzi o redukcję emisji – z poziomu 20 procent podwyższono cel redukcyjny do 40 procent. Co za rozmach! Co więcej, w 2018 roku znowelizowano dwie dyrektywy i podniesiono poprzeczkę w innych obszarach. Do 2030 roku Unia miała już pozyskiwać z odnawialnych źródeł energii 32 procent prądu i zużywać o 32,5 procent mniej energii. Czy ktokolwiek przykładał wtedy wagę do tych pułapów, które brukselscy politycy wyrzucali jak karty z rękawa? Czy nie wydawały się one ludziom zbyt odległe i fantazyjne? Być może.

 

Porozumienie paryskie

W każdym razie unijne cele klimatyczne ciągle rosły, a „postępowcy” mieli dwie przesłanki, które utwierdzały ich, że mają rację i wszystko zmierza w dobrym kierunku. Po pierwsze sprzyjająca koniunktura gospodarcza po światowym kryzysie finansowym, a po drugie Porozumienie paryskie, które weszło w życie w listopadzie 2016 roku. W stolicy Francji światowi przywódcy postanowili, że będą dążyć do ograniczenia średniego wzrostu temperatury globalnej do poziomu znacznie niższego niż 2 stopnie Celsjusza względem epoki przedprzemysłowej, a najlepiej do 1,5 stopnia.

W dokumencie zapisano, że wszystkie kraje powinny dążyć do sformułowania „długoterminowych strategii rozwoju niskoemisyjnego”. Dlatego też w grudniu 2019 roku Komisja Europejska, stawiając się w roli prymusa, ogłosiła mapę drogową do osiągnięcia przez Unię neutralności klimatycznej, nieco wcześniej zaś Parlament Europejski przyjął rezolucję, ogłaszając kryzys klimatyczny w Europie i na całym świecie.
Tak powstał znany już wszystkim Europejski Zielony Ład, który ma sprawić, że Europejczycy będą żyli w

„nowoczesnej, zasobooszczędnej i konkurencyjnej gospodarce, która w 2050 roku osiągnie zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych netto i w ramach której wzrost gospodarczy będzie oddzielony od wykorzystania zasobów naturalnych”

– to nie jest żart, to cytat z oficjalnego komunikatu KE.

Zapisano w nim także, że

„transformacja ta musi przebiegać zarazem w sprawiedliwy i sprzyjający włączeniu społecznemu sposób: na pierwszym miejscu należy stawiać ludzi i nie wolno tracić z oczu regionów, sektorów przemysłu i pracowników, którzy będą borykać się z największymi trudnościami”.

 

Fit for 55

Dzisiaj te słowa rozbrzmiewają echem pustej, nic nieznaczącej deklaracji. Papier przecież wszystko przyjmie.
Po upływie dwunastu miesięcy, pod koniec 2020 roku, Rada Europejska zgodziła się na podniesienie celu redukcji emisji gazów cieplarnianych z 40 do 55 procent w perspektywie do 2030 roku. Konkluzje nie są jednak wiążącym dokumentem prawnym, dlatego w lipcu 2021 roku przygotowano pakiet pod nazwą Fit for 55 (Gotowi na 55). W jego skład wchodziło 13 aktów legislacyjnych, które były przyjmowane w kolejnych latach, począwszy od 2023 roku, i dotyczyły najważniejszych sektorów gospodarki.

W ten sposób w ramach Fit for 55 Unia Europejska postanowiła do 2030 roku zredukować o 55 procent emisje gazów cieplarnianych, zmniejszyć zużycie energii o co najmniej 9 procent (w porównaniu do 2020 roku) i zwiększyć udział energii odnawialnej w miksie energetycznym do 40 procent. Przegłosowano też zakaz sprzedaży nowych aut spalinowych od 2035 roku i dyrektywę budynkową, zgodnie z którą wszystkie nowe budynki od 2030 roku powinny być bezemisyjne (publiczne już od 2028 roku), a istniejące budynki powinny zostać przekształcone w bezemisyjne do 2050 roku.

Częścią Fit for 55 jest także mechanizm dostosowania cen na granicach z uwzględnieniem emisji CO2, czyli CBAM, zwany potocznie „graniczną opłatą węglową”. W skrócie chodzi o to, żeby do towarów importowanych spoza Unii doliczać opłaty za emisję i w ten sposób wyrównać różnice cenowe.
Europejscy producenci muszą płacić za emisję CO2, kupując certyfikaty ETS, a importerzy towarów spoza Unii muszą kupić certyfikaty CBAM. Ma to chronić europejski rynek, zapewnić uczciwą konkurencję i przy okazji zapobiec „ucieczce emisji”.

 

Zielona owca

Jednym z najważniejszych elementów Fit for 55 jest jednak system ETS2. Obok wspomnianej dyrektywy budynkowej jest to najbardziej zielona owca w tym legislacyjnym stadzie. Dotychczas za emisje gazów cieplarnianych musiały płacić elektrownie, cementownie, huty – ogólnie przemysł energochłonny.
Od 2028 roku dołączy do nich transport drogowy i mieszkalnictwo. Oznacza to wyższe ceny benzyny, ropy, gazu, węgla, oleju opałowego, drewna, a więc wszystkiego, co emituje dwutlenek węgla. To ekonomiczne harakiri miało wejść w życie w 2027 roku, ale kraje członkowskie zdecydowały, że przesuną termin o jeden rok.

Polska wnioskowała co prawda o 3 lata, ale rząd i tak może być zadowolony. Dlaczego? Bo skutki ETS2 Polacy zaczną odczuwać dopiero po wyborach parlamentarnych. Politycznie jest to zatem sukces, choć ekonomicznie niewiele się zmienia. Unia postanowiła też zatwierdzić nowy cel pośredni: emisje do 2040 roku mają zostać zmniejszone o 90 procent.

 

Szantaż

Generalnie rzecz biorąc, problemem nie jest sama walka ze zmianami klimatycznymi, ale sposób, w jaki czynią to zieloni politycy. Unia nie stara się zachęcić obywateli do ekologii poprzez ekonomiczną opłacalność, ale pod przymusem.

Bruksela mówi – albo zamontujesz fotowoltaikę i pompę ciepła, albo zlikwidujemy ci piec węglowy i gazowy. Albo przesiądziesz się na elektryka, albo nie kupisz żadnego innego auta. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam.

[tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]



 

Polecane