Liberałów wojna z prowincją
Co musisz wiedzieć:
- Tekst pokazuje, że po 1989 r. polityka liberalnych rządów systematycznie faworyzowała duże metropolie kosztem mniejszych miast i prowincji, pogłębiając historyczny podział na „Polskę A” i „Polskę B”.
- Opisane są konkretne skutki tej strategii: likwidacja instytucji publicznych, degradacja dawnych miast wojewódzkich, wykluczenie transportowe oraz odpływ ludzi i kapitału z terenów peryferyjnych.
- Autor dowodzi, że kolejne dokumenty rządowe utrwalają model rozwoju skupiony na wąskiej grupie ośrodków, co grozi trwałą marginalizacją dużej części kraju.
Historyczny podział
Podział na Polskę A i Polskę B swoje korzenie ma w II RP. Państwo po rozbiorach musiało zrosnąć się na nowo, a w jego skład weszły tereny o różnym stopniu uprzemysłowienia, infrastruktury drogowej, alfabetyzacji i wielu innych składników wpływających na poziom cywilizacyjny. Ten zupełnie inny był w Polsce Zachodniej i Centralnej, inny na południe i wschód od Warszawy.
Największą próbą zmiany tego stanu rzeczy była budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego. PRL oficjalnie nie uznawała istnienia takiego podziału, choć pojęcie „Polski B” istniało śladowo w publicystyce. Gdy granice kraju przesunęły się na zachód, nazwa ta zaczęła być używana w stosunku do wschodniego pasa przygranicznego. Równocześnie istniała jeszcze na ogół biedniejsza, traktowana po macoszemu Polska powiatowa, obu tym obszarom w pewnym stopniu pomagała jednak komunistyczna, centralnie sterowana gospodarka, stawiająca na rozwój przemysłu, zwłaszcza ciężkiego, rozrzuconego po kraju, również w mniejszych ośrodkach.
- Pilne doniesienia z granicy. Komunikat Straży Granicznej
- KRUS wydał komunikat dla rolników
- Ekspert: Mercosur ma dać Niemcom po zbankrutowaniu rolników swobodę zarządzania głodem
- Wyłączenia prądu w Warszawie. Komunikat dla mieszkańców
- Jarmarczna awantura w Polsat News między posłami KO i Razem
- Ważny komunikat dla mieszkańców Warszawy
Dwie reformy
Dużą zmianą była też reforma administracyjna z 1975 roku. Zlikwidowano wówczas powiaty, tworząc w miejsce wcześniejszych 17 aż 49 województw. Dla części miast powiatowych był to regres, równocześnie jednak nowe miasta wojewódzkie zyskały na znaczeniu. Późniejsza propaganda nie bez racji przedstawiała gierkowską reformę jako odgórnie zaplanowane rozdęcie państwowej biurokracji. Jednak odwrotna w swych założeniach reforma podziału administracyjnego z 1999 roku i późniejsza marginalizacja i utrata znaczenia byłych miast wojewódzkich pokazują, że dla nich wcześniejsza zmiana miała realne znaczenie zarówno kulturowe, jak i cywilizacyjne. Bardzo wiele dawnych stolic województw jest dziś jedynie cieniem samych siebie sprzed kilkunastu lat, tracąc nie tylko znaczenie, ale też miejsca pracy i mieszkańców. Choć depopulacja nastąpiła również w miastach, które nie straciły statusu wojewódzkich, niebędących równocześnie kluczowymi metropoliami, według dostępnych statystyk miejscowości pozbawione tego tytułu wyludniały się szybciej.
Utrata funkcji administracyjnej dla większości z 31 ośrodków nie była jedynie neutralną zmianą techniczną, lecz przede wszystkim utratą renty instytucjonalnej, czyli miejsc pracy w administracji, symbolicznego prestiżu i pozycji w sieci decyzyjnej państwa, a często również pierwszeństwa w dystrybucji zasobów. Dodajmy, że dla wielu z tych miast było to dopełnienie losu, który zaczął się wraz z końcem PRL i kryzysem gospodarczym. Pauperyzacja i deindustrializacja zawitały tam wcześniej, likwidacja urzędów i utrata prestiżu nie były pierwszym, a często kolejnym aktem degrengolady.
Metropolie i dziury
W 2009 roku nakładem KPRM ukazał się przygotowany pod kierownictwem Michała Boniego raport „Polska 2030” mający być według pomysłodawców punktem wyjścia do dyskusji na temat przyszłości naszego kraju. Raport proponował oparcie dalszego rozwoju na modelu polaryzacyjno-dyfuzyjnym. Jego głównym założeniem było postawienie na rozwój kilku wybranych aglomeracji, z których następnie korzyści wynikające z ich rozwoju promieniować miałyby na mniejsze ośrodki. Metropolie miały osiągnąć poziom analogicznych skupisk w Europie Zachodniej, stać się częścią tworzonej przez nie sieci, a zarazem – konkurencją dla nich. Mniejsze ośrodki miały stanowić ich zaplecze, bogactwo i postęp skapywałyby tym samym w dół społeczno-geograficznej drabiny. Zamordowany prezydent Gdańska Paweł Adamowicz twierdził, że
„Metropolie, podobnie jak parki narodowe, są dobrem wspólnym wszystkich mieszkańców kraju, a nie tylko osób żyjących tam lub w województwie, na terenie którego «przypadkowo» leży dana metropolia czy park narodowy”.
Adamowicz, reprezentujący Unię Metropolii Polskich, szansę dla Polski widział w zwiększeniu znaczenia i koordynacji działań największych ośrodków, o czym mówił, komentując strategię „Polski 2030”:
„Ponieważ dotychczasowy zasadniczy podział terytorialny państwa nie zapewnia skutecznego wykonywania zadań publicznych na obszarach metropolitalnych i miejskich, należy go zmodyfikować. Jeżeli ma się udać dyfuzja, to najpierw musimy dokonać fuzji skrajnie dziś rozproszonych zadań metropolii. Kluczem do rozwoju i samych metropolii, i całego kraju jest więc dzisiaj utworzenie silnych podmiotów metropolitalnych”.
Gowin jak Żurek
Raport stał się podstawą strategii przyjętej w 2013 roku. W praktyce jednak ograniczono się do pierwszego elementu. Prowincja była wręcz rabunkowo wysysana ze swojego potencjału ludzkiego: młodzi ludzie przestali wracać z miast akademickich, inni wyjeżdżali do pracy, wciąż trwała przecież wielka emigracja po otwarciu się na Polaków unijnego rynku pracy. Miasteczka starzały się i zanikały, a wraz z ludźmi znikało też państwo.
Gdy większe miasta opuściły już jednostki samorządu szczebla wojewódzkiego, pojawiła się co prawda administracja powiatowa, jednak dość szybko zaczęto snuć wizje dalszego exodusu instytucji. I tak na mocy podpisanego przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina rozporządzenia od 1 stycznia 2013 roku 79 sądów rejonowych o limicie etatów do dziewięciu sędziów włącznie zostało przekształconych w wydziały zamiejscowe sądów z najbliższych większych ośrodków. Spowodowało to liczne protesty, również dziś tak ściśle współpracujących z PO organizacji sędziowskich, stało się też przyczyną tarć w koalicji. Chcące uchodzić za reprezentanta Polski lokalnej PSL protestowało przeciwko planom Gowina.
Co ciekawe, a dziś zupełnie zapomniane, tamta reforma prowadziła do bardzo podobnych konsekwencji, jakie ma dzisiejsza nagonka na sędziów powołanych przez nieuznawany przez liberałów KRS.
„Ostry konflikt między władzą sądowniczą a wykonawczą. Kilkanaście sądów zaprzestało sądzenia. Czy były minister sprawiedliwości Jarosław Gowin popełnił błąd, przez który procesy i wyroki okażą się nieważne?”
– alarmowała w „Gazecie Wyborczej” Ewa Siedlecka.
„Pracę zawiesiło pięć wydziałów zamiejscowych sądów rejonowych w okręgu olsztyńskim, w okręgu lubelskim – cztery. Ministerstwo Sprawiedliwości informuje, że nie pracuje 50 sędziów z 22 wydziałów zamiejscowych sądów. Wciąż dochodzą nowe. Sędziowie deklarują, że w ten sposób chcą uchronić klientów przed unieważnianiem wyroków i powtarzaniem procesów. To pokłosie reformy Gowina, czyli przekształcenia jednej czwartej, tj. 79 sądów rejonowych w Polsce w oddziały zamiejscowe innych sądów. Sąd Najwyższy […] ogłosił właśnie uzasadnienie uchwały dającej podstawę do unieważnienia procesów, w których uczestniczył któryś z 500 sędziów przeniesionych w ramach reformy Gowina. Sąd Najwyższy stwierdza, że te decyzje są nieważne. To znaczy, że każdy, kto ma proces albo wyrok wydany z udziałem tak przeniesionego sędziego, może domagać się unieważnienia procesu lub uchylenia wyroku. To automat, jeśli sąd był «nienależycie obsadzony»”.
Pełzające wykluczenie
Jeszcze przed utratą władzy przez PO reforma została wycofana, a sądy wróciły do kilkudziesięciu miejscowości. Równocześnie jednak znikały też inne instytucje. Gdy przed wyborami w 2023 roku trwała dyskusja o bezpieczeństwie państwa, politycy PiS przypomnieli, że w latach 2007–2015 zlikwidowano nie tylko kilkaset jednostek wojskowych, ale też ponad 400 posterunków policji. W 2013 roku minister Michał Boni zapowiadał likwidację półtora tysiąca urzędów pocztowych, a opublikowany w 2016 roku raport NIK stwierdził, że za rządów PO liczba placówek Poczty Polskiej zmniejszyła się o 11%. Według raportu
„Poczta zamykała nierentowne placówki na wsiach i w małych miastach, ale równocześnie nie otwierała wystarczającej liczby nowych w miastach, do których napływa coraz więcej ludności”.
Oddzielną kwestią jest bardzo często obecny w mediach temat wykluczenia transportowego. Wciąż robią wielkie wrażenie porównawcze mapy sieci połączeń kolejowych sprzed roku 1989 i te bardziej współczesne. Zniknęły na nich wreszcie, po niemal stu latach, różnice między dużo bardziej „ukrwionym” zachodem a wschodem, tyle że nie poprzez awans tego drugiego, a zubożenie pierwszego. Od lat porusza się też kwestię wykluczenia z komunikacji autobusowej. Według danych UNICEF wykluczenie komunikacyjne dotyczy 40% Polaków, a do 20% miejscowości w Polsce nie dojeżdża żaden transport publiczny, a kolejne tyle ma jedynie minimalne połączenia (np. kilka kursów dziennie w dni nauki szkolnej). Wg innych danych prawie 26% sołectw (ok. 11 tys. jednostek) nie jest skomunikowanych transportem publicznym ani kolejowym, ani autobusowym bez przesiadek z siedzibą gminy.
Był plan inkluzywny, jest - ekskluzywny
Za rządów PiS próbowano odbudowywać transport lokalny, remontowano dworce kolejowe, jednak liczba połączeń wciąż spadała, na co wpływ miała również pandemia. Rewolucją miała być sieć kolejowa zaprojektowana wokół Centralnego Portu Komunikacyjnego, która miała objąć wiele miejscowości średniej wielkości, pomijanych dotąd na mapie połączeń, nawet w przypadku przechodzenia przez nie większych linii kolejowych. Niestety po objęciu władzy przez rząd PO zrezygnowano z tego komponentu CPK, co zostało już opisane w wielu publikacjach. Plan inkluzyjny zmienił się w ekskluzywny, a drastycznie ograniczona liczba planowanych nowych torów spiąć ma lotnisko jedynie z największymi metropoliami, co znów może pogłębić rozwarstwienie, zamiast je łagodzić.
Mamy wreszcie niekończący się temat kryzysu służby zdrowia, który objawia się zamykaniem kolejnych oddziałów szpitalnych i likwidacją porodówek, co zaczyna być tematem nawet dla liberalnych mediów.
„Brak porodówek oznacza dla kobiet ogromny stres. – Będą drżały, czy zdążą dojechać do szpitala. Czy nie urodzą w karetce? Albo będą wynajmować mieszkania w Rzeszowie czy Przemyślu na miesiąc przed porodem, żeby mieć pewność, że zdążą – mówi jedna z położnych”
– donosi właśnie rzeszowska mutacja „Gazety Wyborczej”.
Poza nawias
W maju tego roku dziennikarz Radia Wnet Łukasz Jankowski ujawnił przygotowywany przez rząd dokument, który według jego słów miał nie ujrzeć światła dziennego przed wyborami prezydenckimi. „Strategia nowej równowagi” podnosiła bardzo dla władzy Donalda Tuska niekorzystne tematy w rodzaju migracji czy „Zielonego Ładu” w sposób potwierdzający w pełni obawy opozycji, nic więc dziwnego, że to głównie te dwa wątki na chwilę stały się tematem trwającej wówczas kampanii wyborczej. Jednak przygotowywana strategia to również daleko idący powrót do modelu polaryzacyjno-dyfuzyjnego, tym razem nazwanego „policentrycznym rozwojem kraju”. Strategia ta zakłada wsparcie w kluczowych dziedzinach dla metropolii i większych ośrodków, pomijając zarazem całkowicie wiele mniejszych miejscowości, pozwalając, według ujawniających dokument dziennikarzy radia, na ich marginalizację i zapomnienie.
„Struktura osadnicza przedstawiona w modelu struktury funkcjonalno-przestrzennej obejmuje 13 istniejących i kształtujących się metropolii, 15 krajowych i regionalnych aglomeracji miejskich oraz 50 ośrodków subregionalnych. […] kluczowe dla zachowania policentrycznego rozwoju kraju ośrodki miejskie zidentyfikowane z poziomu krajowego. Nie wyklucza wsparcia dla mniejszych ośrodków lokalnych i ponadlokalnych, jednak zgodnie z zasadą subsydiarności, powinno ono być kierowane głównie z poziomu regionalnego. Zakres ośrodków miejskich oraz ich obszarów funkcjonalnych będących przedmiotem interwencji przedstawiono na mapie nr X”
– czytamy w dokumencie.
„Mówiąc krótko, inwestujemy, z grubsza rzecz biorąc, w dawne miasta wojewódzkie i trochę powiatowych. Ale lista ta nie obejmuje nawet 1/4 miast powiatowych. Można to zinterpretować tak, że życie ma być w tych kilkudziesięciu ośrodkach. A w reszcie mają powstać warunki, by ci, którzy tam zostaną, mogli sobie spokojnie żyć i dokonać żywota. Natomiast rozwoju tam nie będzie”
– oceniał ujawniony dokument Marek Wróbel z Fundacji Republikańskiej. Znów więc lądujemy w fatalnym kręgu rozwoju ograniczonego tylko do niektórych części kraju, przypadkiem tych, które częściej wybierają partie liberalne. Resztą państwo nie zamierza się interesować, najlepiej też, by i oni nie interesowali się państwem.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




