Geopolityczny zwrot USA: Europa w defensywie, Polska bez własnej strategii
Co musisz wiedzieć:
- Amerykańskie pojmanie Nicolása Madury autor interpretuje jako sygnał, że Waszyngton wraca do twardej, realnej polityki opartej na sile i dominacji geopolitycznej.
- Według autora Polska mogła wykorzystać tę sytuację do zacieśnienia strategicznego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i wzmocnienia swojej pozycji wobec Niemiec i Francji, lecz rząd Donalda Tuska z tej szansy nie skorzystał.
- Tekst krytykuje europejską lewicę za antyamerykanizm oraz uległość wobec Berlina, twierdząc, że brak zdecydowanego kursu atlantyckiego osłabia Polskę.
Maduro, czyli polityka naprawdę realna
Nieumiejętność korzystania z szans, jakie daje historia, jest największym grzechem polityków. I nieważne, czy wynika z braku odwagi, głupoty, zdrady, czy też błędnych kalkulacji. Ostatecznie nie ma to większego znaczenia, gdyż efektem jest strata możliwości wzmocnienia pozycji swojego kraju lub wręcz jej osłabienie.
Atak Rosji na Ukrainę spowodował, że geostrategiczne znaczenie Polski wzrosło. Wynikało to zarówno z naszego położenia, jak i – a może przede wszystkim – z ambitnej i asertywnej polityki w pierwszych miesiącach konfliktu. Prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki stanęli na czele wspierającej Kijów koalicji, zmobilizowali państwa Unii Europejskiej, wpłynęli na zaangażowanie USA w pomoc broniącej się Ukrainy i sami przekazali znaczne ilości sprzętu wojskowego, dzięki któremu mogła ona walczyć z najeźdźcą. Rola Polski była nie do przecenienia i z pewnością wpłynęła na politykę całego świata zachodniego i jego relacje z Rosją.
Pokaz siły
Teraz los daje nam kolejną szansę. Amerykanie właśnie wprowadzają do realnej polityki doktrynę Monroego, a właściwie rozszerzają ją jeszcze o doktrynę Trumana. W skrócie chodzi o bezwzględną dominację Stanów Zjednoczonych na półkuli zachodniej (Monroe) oraz powstrzymywania rozszerzania wpływów wrogich mocarstw – takich jak Chiny i Rosja – na państwa znajdujące się w pobliżu USA oraz regionów świata strategicznie ważnych dla Amerykanów (doktryna Trumana). Chirurgiczna operacja w Wenezueli pokazała nie tylko zdolności amerykańskiej armii, ale przede wszystkim sprawczość polityki. Waszyngton przejmuje kontrolę nad wrogim do tej pory oraz bandyckim krajem bez setek czy tysięcy ofiar, które niechybnie pociągnęłaby za sobą operacja lądowa.
Siły specjalne US Army, porywając nielegalnie sprawującego urząd prezydenta Nicolása Madurę, odcięły w rzeczywistości głowę kartelowi narkotykowemu, który działał w ramach struktur państwa, i zmuszają do uległości polityczną elitę, która pozostała w Wenezueli. Zaprzysiężona na nowego prezydenta Delcy Rodríguez, do niedawna wiceprezydent tego kraju blisko współpracująca z Madurą, otrzymała jasne ultimatum: albo będzie współpracować z Waszyngtonem, albo podzieli los byłego już prezydenta.
Ten pokaz siły jest jasnym sygnałem nie tylko dla Chin i Rosji – których doradcy ciągle zresztą znajdują się w Wenezueli – że Trump nie będzie wiecznie negocjował, ale w razie potrzeby potrafi sprawnie uderzyć. Lekcję z tego muszą wyciągnąć także kraje, które pragną ograniczyć amerykańskie wpływy w Europie. Co prawda nie można się spodziewać, by doborowa jednostka Navy SEALs podobną operację jak w Caracas przeprowadziła w którymś z krajów Unii Europejskiej, ale zobaczyliśmy odwagę i determinację Amerykanów do realizowania swoich celów.
Jeśli w Polsce zapanowałby konsensus w sprawie uznania więzi atlantyckich jako absolutnie priorytetowych, zyskalibyśmy silny atut do wzmocnienia pozycji naszego kraju w UE. Moglibyśmy wychodzić z roli junior partnera w relacjach z Berlinem i Paryżem. Tyle tylko że Donald Tusk i cały liberalno-lewicowy establishment nie jest zdolny do takiego kroku.
- KRUS wydał komunikat dla rolników
- Pilne doniesienia z granicy. Komunikat Straży Granicznej
- Pilne doniesienia z granicy. Straż graniczna wydała komunikat
- IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka
- Rolnicy oszukani? Mercosur kwestionuje zabezpieczenia obiecane przez Brukselę
- Rząd się przeliczył? Emerytury mogą wzrosnąć inaczej, niż zapowiadano. GUS podał nowe dane
- Wyłączenia prądu w Warszawie. Komunikat dla mieszkańców
- Wyłączenia prądu. Ważny komunikat dla mieszkańców Pomorza
- Ważny komunikat dla mieszkańców Warszawy
- Karol Nawrocki: Polska powinna stanąć na czele obozu reformy Unii Europejskiej
Chore sentymenty
Niestety europejska lewica, w tym także polska, uwielbia komunistycznych morderców i oszustów. Broni Nicolása Madury, jakby był demokratą i wzorem uczciwości. Tak samo wcześniej stawała po stronie innych zbrodniarzy – Ernesta Che Guevary, Włodzimierza Lenina, Mao Zedonga, Fidela Castro, Wojciecha Jaruzelskiego czy Czesława Kiszczaka. Czują jakąś przedziwną więź z dyktatorami, którzy łamią demokrację, okradają własne narody, prześladują opozycję, niszczą zachodnie społeczeństwa, wysyłając do USA i Europy tony narkotyków, wspierają i szkolą terrorystów, wprowadzają cenzurę czy walczą z wolnym rynkiem. Istotne jest tylko, by wszystko to robili w imię równości, walki z religią i amerykańskim imperializmem. Mogą wspierać imperializm chiński czy rosyjski, to nawet dla europejskiej lewicy jest sexy, ale muszą eksponować swoje obrzydzenie wobec USA, dolara, amerykańskich korporacji – szczególnie naftowych.
Można oczywiście znajdować analogie między coraz bardziej antydemokratycznym kursem Komisji Europejskiej oraz antywolnościowymi próbami zapanowania nad europejskimi narodami, a różnej maści komunistycznymi dyktaturami, ale główna więź wynika z antyamerykanizmu. Jakby to Waszyngton był największym zagrożeniem dla wolności na świecie. Dekadę temu taki właśnie sąd wygłosił zresztą Donald Tusk. Gdy pełnił funkcję przewodniczącego Rady Europejskiej, uznał, że właśnie prezydentura Donalda Trumpa (gdy pełnił tę funkcję pierwszy raz) jest największym zagrożeniem dla Unii Europejskiej. Nie agresywna Rosja, coraz bardziej imperialne Chiny czy niekontrolowana imigracja obcych kulturowo przybyszów do Europy, ale właśnie republikański prezydent USA. To przecież nie było przejęzyczenie, ale rodzaj politycznego manifestu, który obowiązuje do dziś. Tusk próbował pouczać Amerykanów, jak mają rozumieć demokrację, wolność, a nawet pisał, że po działaniach Trumpa Ronald Reagan przewraca się w grobie.
Dla europejskiej lewicy – nieważne, czy spod flagi czerwonej, czy tęczowej – Ameryka jest wcieleniem zła. Jej główna wina polega na fundamentalnym pojmowaniu wolności, przywiązaniu do podstawowych wartości: religii chrześcijańskiej, patriotyzmu i własności, ale przede wszystkim przewadze, którą posiada nad Starym Kontynentem. Ekonomiczną, militarną i polityczną.
Strach przed Trumpem
Operacja w Wenezueli uzmysłowiła liberalno-lewicowemu rządowi w Polsce, ale także lewicy w Niemczech czy Francji, że amerykański prezydent przechodzi od słów do czynów. Nie wahał się porwać prezydenta Madury, ścigać i zająć tankowiec przemycający mimo embarga wenezuelską ropę, nawet jeśli na burtach miał naklejoną banderę Rosji. Zademonstrował technologiczną i operacyjną przewagę nad wspieraną przez ekspertów z Hawany, Pekinu i Moskwy armią Wenezueli, likwidując wyprodukowaną w Rosji obronę przeciwlotniczą i chińskie radary. Pokazał, że potrafi być naprawdę twardy.
Dekadencka, skorumpowana, leniwa, rozkapryszona, gnuśna i pozbawiona patriotyzmu europejska elita zrozumiała, że słowa o upadającej Unii Europejskiej wypowiadane przez Donalda Trumpa i wiceprezydenta J.D. Vance’a nie są tylko retoryczną konstrukcją. To realna diagnoza, bo żaden kraj europejski nie jest dziś zdolny do tak odważnych kroków. Nie tylko nie ma możliwości militarnych, ale także woli działania. Francuzi są wypychani z Afryki, niemiecka armia jest dziś słaba i pozbawiona społecznego szacunku.
Tusk zaś może czuć się osobiście zagrożony, bo przecież nie zniknął raport amerykańskich senatorów na temat łamania przez niego demokracji, konstytucji i praworządności w Polsce. Dokument ten został wysłany do Komisji Europejskiej i oznaczał zainteresowanie amerykańskiego establishmentu sytuacją polityczną w kraju kluczowym dla bezpieczeństwa w Europie. A przecież od tamtego czasu sytuacja w naszym kraju jeszcze się pogorszyła: prześladowania opozycji nie ustały, łamanie konstytucji się wzmogło, a program politycznego rewanżu jest głównym planem rządzenia.
Jeśli Amerykanie uznają – a w zasadzie już to zrobili – że Europa Środkowa jest kluczowa dla zabezpieczenia ich interesów, zainteresowanie Polską tylko będzie rosło. Dla lidera rządzącej Polską koalicji niechybnie oznacza to kłopoty. Oczywiście nie takie, jakie ma Maduro, ale jednak poważne. Presja na Warszawę może być coraz większa, a to w dłuższej perspektywie będzie osłabiać Tuska. Szczególnie że nawet w takiej sytuacji nie jest w stanie powstrzymać się przed swoim antyamerykańskim kursem.
Zmarnowana okazja
Nie stać go było na nowe otwarcie, więc głównym partnerem do rozmów z Amerykanami pozostanie prezydent Karol Nawrocki. To oczywiście ważny dla Polski atut, ale Trump i politycy z jego administracji doskonale zdają sobie sprawę, że realnie więcej władzy ma w Polsce premier. Nawet jeśli silniejszy jest mandat głowy państwa, to jednak główne narzędzia do kreowania polityki zagranicznej ma w ręku rząd. Ten zaś wykonuje jedynie polecenia płynące z Berlina, a więc rezygnuje z podmiotowych ambicji.
Zamieszanie, a przede wszystkim zaskoczenie, które wywołały operacja w Wenezueli i przejęcie tankowca, pokazały bezradność Rosji. Kreml może protestować, ale nie jest w stanie w żaden sposób przeciwdziałać amerykańskim działaniom. Władimir Putin został ośmieszony.
Polska ma jeszcze szansę skorzystania na zmianie zasad gry. Może stanąć u boku najsilniejszego mocarstwa świata, stać się lokalnym liderem i starać się, by nasza część kontynentu została na stałe uznana za kluczową dla amerykańskiego bezpieczeństwa – zgodnie z doktrynami Monroego i Trumana oraz Strategią Bezpieczeństwa Narodowego USA, która została przyjęta w grudniu ub.r. Niestety za swój priorytet uznają to tylko prawica i obóz prezydencki.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




