[Heweliusz] Kino katastroficzne jako opowieść o państwie
Co musisz wiedzieć?
- W kinach ukazał się film "Heweliusz", który wzbudza wiele dyskusji o stanie państwa.
- W filmach „Wielka woda”, jak i „Heweliuszu” bezradna jednostka w sytuacji kryzysu jest bezlitośnie deptana przy użyciu instytucjonalnej przemocy.
- Zadaniem twórcy jest czasem wzięcie na siebie niewdzięcznej roli bycia głosem wołającego na pustyni.
O tym. jak bardzo cenię tę produkcję, niech świadczy fakt, że na mojej osobistej liście najważniejszych wydarzeń 2025 roku ze świata rodzimej kultury i popkultury „Heweliusz” zajmuje pierwsze miejsce. Obraz ten wart jest zapamiętania i ciągłych dyskusji nie tylko ze względu na swój wymiar kulturowy czy emocjonalny, lecz także dlatego, że twórcom udało się poprzez bardzo sprawnie zrealizowaną mieszankę kina katastroficznego i dramatu sądowego opowiedzieć kilka ważnych rzeczy na temat funkcjonowania państwa.
Kino gatunkowe z ambicjami
Jan Holoubek, syn sławnej aktorskiej pary Magdaleny Zawadzkiej i Gustawa Holoubka, swoją przygodę z kinem zaczynał jako operator. To funkcja często niedoceniania, jednak niezwykle ważna. O ile literatura zawsze jest sztuką opowieści tkanej słowem, o tyle kino jest sztuką ontologicznie kinetyczną, w której obraz i ruch stanowią niezwykle istotny element budowania narracji. Holoubek doskonale rozumie kino i wie też, że – zwłaszcza w przypadku kina gatunkowego – aby produkcja miała szansę się przebić, musi być dobrze zrealizowana pod kątem filmowego warsztatu.
Jednak w jego produkcjach filmowa rozrywka zawsze spotykała się z pewną socjologiczną obserwacją. Tak było już w przypadku pierwszego „Rojsta”, serialu z 2018 r., wyprodukowanego przez Showmax (później serial przejął Netflix). Był to przepełniony gęstym klimatem sugestywny kryminał, lecz także coś więcej. Twórcy udało się dobrze uchwycić społeczną i duchową pustkę czasu normalizacji Jaruzelskiego w połowie lat 80. ubiegłego wieku. Akcja drugiego sezonu rozgrywała się w 1997 r. podczas wielkiej powodzi.
- Niewidzialna praca babć i dziadków
- Polak tuż za rekordzistą toru w Pucharze Świata
- 163. rocznica Powstania Styczniowego. Karol Nawrocki: Zryw godności i fundament naszej niepodległości
- Ekspert: Siłowe wejście do KRS nie miało podstawy prawnej
- Igor Zalewski: (Nie)łatwo być dziadersem
- „To bardzo ważna, silna grupa społeczna”. Kaczyński o znaczeniu polskiej wsi i rolników
Na marginesie opowieści kryminalnej mamy bardzo krytyczny obraz polskiej transformacji. Społeczeństwa pozostawionego samemu sobie, mediów, które zamiast ujawniać podejrzane interesy – osłaniają je, czy policji i prokuratury nastawionych na to, by niczego nie wyjaśniać wszędzie tam, gdzie mogłoby to choćby potencjalnie naruszać lokalne układy władzy. Holoubek ma dar opowiadania poprzez dygresje, drobne, ale celne obserwacje. Dar ten rozwinął jeszcze bardziej, gdy z kryminałów przeszedł do kina katastroficznego. Znakomita „Wielka woda” z 2022 r., czy przywoływany już, najlepszy w reżyserskim dorobku Holoubka „Heweliusz”, to produkcje, w których twórcy udało się pod postacią kina gatunkowego zawrzeć ważne refleksje na temat funkcjonowania państwa.
Co łączy „Wielką wodę” z „Heweliuszem”?
Zarówno w „Wielkiej wodzie”, jak i „Heweliuszu”, mamy typową dla gatunku opowieść o ludzkiej bezsilności w zderzeniu z budzącymi grozę siłami natury. Oba przedstawiają wachlarz ludzkich reakcji na sytuacje zagrożenia. Oczywiście są też różnice. „Wielka woda” to klasyczne kino katastroficzne, podczas gdy „Heweliusz” jest gatunkową hybrydą kina katastroficznego z dramatem sądowym.
Tempo obu produkcji, sposób prowadzenia narracji czy ich klimat znacząco od siebie odbiegają. Jednak jeśli przyjrzymy się obu serialom, to zobaczymy, jak bardzo są do siebie podobne. Zarówno w warstwie diegetycznej, ale też w warstwie socjologicznej w obu historiach mamy do czynienia z obrazem znajdującej się w niedziałającej państwowej machinie bezradnej jednostki, która w sytuacji kryzysu jest bezlitośnie deptana przy użyciu instytucjonalnej przemocy. Państwo nie działa w „Wielkiej wodzie”. Wojskowi posługują się nieaktualnymi mapami, a SLD-owski wiceminister zatrzymuje konieczne działania przeciwpowodziowe, bo chce politycznie brylować na nieodwołanych regatach. Jedni ignorują zagrożenie, a drudzy, ci, którzy zdają sobie sprawę z jego wagi, są bezradni wobec instytucjonalnej niemocy i wszechobecnej bylejakości. W krytycznej sytuacji pada decyzja, że aby ratować duże miasto (Wrocław) przed zalaniem, należy poświęcić kilka okolicznych wsi, co wywołuje konflikt z ich mieszkańcami, którzy nie wierzą w żadne państwowe rekompensaty.
Zarówno w warstwie diegetycznej, ale też w warstwie socjologicznej w obu historiach mamy do czynienia z obrazem znajdującej się w niedziałającej państwowej machinie bezradnej jednostki, która w sytuacji kryzysu jest bezlitośnie deptana przy użyciu instytucjonalnej przemocy.
W „Heweliuszu” również mamy niedziałające państwo, które manifestuje się nam pod postacią porażającej liczby zaniedbań poprzedzających feralny rejs. Stan techniczny promu był fatalny i już w przeszłości miewał on bardzo poważne problemy, których waga była permanentnie ignorowana. Po remoncie Heweliusza w hamburskiej stoczni, mimo że zgodnie z przepisami powinno się przeprowadzić próby przechyłowe, nie zrobiono tego. Podczas remontu wylano jeden z pokładów betonem. Według specjalistów mógł wtedy zmienić się znacznie środek ciężkości tego promu. W czasie feralnego rejsu „Heweliusz” był przeciążony ładunkiem, a kapitan nie został ostrzeżony przed możliwą zmianą pogody. Próba uniknięcia kolizji z małym niemieckim statkiem handlowym, która wymusiła na załodze polskiego promu wykonanie gwałtownego zwrotu przy ekstremalnie niekorzystnych warunkach (sztorm 12 stopni w skali Beauforta), była jedynie finałem od dawna zapowiadającej się katastrofy. Tuż po niej państwo, które w kwestii działalności instytucjonalnej, czy też egzekwowania procedur mogących uchronić przed katastrofą, pokazuje kompletną indolencję, zaczyna używać swojej siły, by w imię interesów silniejszych (obrona armatora) poświęcić słabszych (krzywda rodzin ofiar – to właśnie ofiary katastrofy obarcza się winą za zatonięcie promu).
W „Heweliuszu” również mamy niedziałające państwo, które manifestuje się nam pod postacią porażającej liczby zaniedbań poprzedzających feralny rejs.
Dwa ostatnie odcinki serialu to wręcz modelowy przykład sądownego „mordowania prawdy”. Uczestniczą w nim zarówno instytucje państwa, jak i patronujący im politycy – tym razem o rodowodach solidarnościowych (to okres rządów Hanny Suchockiej). Jeśli zestawimy „Wielką wodę” z „Heweliuszem”, to wyraźnie widać, że w drapieżnym społeczno-politycznym wymiarze filmowych opowieści Holoubka nie chodzi o to, by pognębić konkretny rząd czy też konkretne środowisko polityczne, lecz raczej by postawić szerszą diagnozę o funkcjonowaniu państwa. A może także o rozprawienie się z bardzo silnym w Polsce politycznym mitem.
Kogo chroni słabe państwo?
Mit ten funkcjonuje zarówno po stronie liberalnego mainstreamu, jak i leseferystycznej prawicy i budzi ogromny lęk przed silnym państwem. W jego optyce omnipotentne państwo miałoby tłamsić jednostkę, pozbawiać ją rozmaitych wolności i w najróżniejszy sposób uciskać. Tymczasem Holoubek pokazuje, że dużo bardziej niebezpieczne może być państwo słabe. Silne państwo ma silne i sprawnie działające instytucje oraz rozwiniętą kulturę demokratyczną, w tym dbałość o przestrzeganie procedur. W sytuacjach kryzysowych ma więc rozmaite narzędzia umożliwiające adekwatną reakcję. Słabe państwo samo siebie pozbawia większości narzędzi. Robi to z powodów ideologicznych (w myśl zasady „im mniej państwa, tym lepiej” oraz że państwo powinno być tanie). Gdy więc nie ma narzędzi, albo są one zbyt słabe, by sprawnie funkcjonować, to jedyne, co mu pozostaje, to „pierwotna siła” każdego państwa, czyli aparat przemocy. W sytuacjach kryzysowych słabe państwo zawsze więc będzie po niego sięgać, bo to jedyne, co ma. Podobnie jak w produkcjach Holoubka z reguły będzie silne wobec słabych i słabe wobec silnych. Ta charakterystyka często niestety dobrze opisuje Polskę po 1989 roku. Tę słabość naszego państwa dobrze widział śp. Lech Kaczyński. Podniesieniu jej jako istotnego politycznego i społecznego problemu zawdzięczał m.in. zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2005 roku. Jan Holoubek, twórca o liberalno-lewicowej tożsamości ideowej, z pewnością w wielu miejscach bardzo odległej od ideowej tożsamości Lecha Kaczyńskiego, wiele lat później w swoich dziełach piętnuje tę samą słabość.
Czy dzisiejsi piewcy dziadowskiego państwa z części prawicy i liberalnego centrum posłuchają tego głosu? To raczej mało prawdopodobne. Niemniej zadaniem twórcy jest czasem wzięcie na siebie niewdzięcznej roli bycia głosem wołającego na pustyni. A im więcej wołających, tym większa szansa, że ten głos zostanie kiedyś usłyszany.




