SAFE. Skąd ta furia?
Co musisz wiedzieć:
- Program SAFE (Security Action for Europe) to unijna inicjatywa mająca wspierać wspólne zakupy uzbrojenia i rozwój przemysłu obronnego poprzez pożyczki oraz współpracę państw członkowskich.
- Krytycy wskazują, że mechanizm może w praktyce wzmacniać największe gospodarki UE i ograniczać swobodę prowadzenia samodzielnej polityki obronnej przez mniejsze państwa.
- Zwolennicy argumentują, że w obliczu zagrożeń bezpieczeństwa Europa potrzebuje szybszej integracji w obszarze obronności, a wspólne instrumenty finansowe mają zwiększyć skuteczność i skalę inwestycji.
Obserwuję z zainteresowaniem dyskusję wokół programu SAFE. Abstrahując od argumentów, dawno nie widziałem tyle niezrozumiałych emocji wokół sprawy, która według rządowej propagandy jest tak czysta i oczywista. Mówię tu zarówno o emocjach premiera Donalda Tuska i jego towarzyszy, jak i Niemiec, z ich ambasadorem na czele.
Kraj, który uwielbia grać rolę bezstronnego obserwatora (nawet jeśli w rzeczywistości jest inaczej), w sprawie, która miała być według obowiązującej narracji tak oczywista i dla Polski dobra, pokazuje swoją prawdziwą, nieprzyjemną twarz.
Co leży na stole?
Oprócz interesów, czyli po prostu pieniędzy, które mają zostać „odpowiednio” rozdane, w grę wchodzi gwarantowana przecież w polskiej konstytucji suwerenność w tak delikatnej sferze jak polityka obronna, ale i przyszłość Europy. Dlaczego? To, co dzieje się na naszych oczach, to polityka faktów dokonanych. Zamiast zmieniać traktaty pod centralizację Unii Europejskiej (na co nie ma powszechnej zgody), w praktyce ogranicza się zasadę jednomyślności i swobodę prowadzenia polityki obronnej. Zakupy zbrojeniowe to nie zakup ziemniaków. To decyzje o bezpieczeństwie państwa, skuteczności armii i strategicznych sojuszach. Czasem to wybory „nieopłacalne” na papierze, ale konieczne – jak zakup mieszkania czy samochodu dla rodziny. Liczby są ważne, ale priorytety ważniejsze.
Program SAFE – Security Action for Europe – przedstawiany jest jako techniczny instrument wsparcia przemysłu obronnego. Pożyczki, wspólne zakupy, współpraca. Brzmi dobrze i na początku sporo osób dało się nabrać. Problem w tym, że diabeł tkwi w szczegółach. Kto decyduje? Kto ustala kierunki? Kto korzysta najbardziej? Jeśli największe gospodarki naturalnie dominują w produkcji i łańcuchach dostaw, to czy mniejsze państwa rzeczywiście zachowują równorzędną pozycję, czy tylko dokładają się do systemu, który wzmacnia silniejszych?
Skąd ta wściekłość?
Z drugiej strony wściekłość, a gdy ktoś zadaje pytania, to słyszy, że jest „zakutym łbem”. Gdy ktoś mówi o suwerenności, odpowiada mu się kpiną i hejtem. Zamiast rzeczowej debaty – emocjonalne etykiety. To nie jest przypadek. To metoda. Najpierw ośmieszyć, potem zdyskredytować, na końcu przegłosować.
A przecież spór o SAFE nie jest herezją. W Europie różne państwa podchodzą do wspólnych instrumentów obronnych z dystansem. Nie dlatego, że są przeciw bezpieczeństwu, ale dlatego, że inaczej definiują interes narodowy. I mają do tego prawo. Polska też ma.
Niepokoi mnie coś jeszcze. Ta sama władza, która w kraju potrafi być bezwzględna wobec swoich krytyków, w relacjach z silniejszymi partnerami bywa zadziwiająco łagodna. W kraju słyszymy ostre słowa, w Brukseli i Berlinie – uspokajające uśmiechy. To dysonans, który obywatele widzą.
W czym problem?
Debata o SAFE to test dojrzałości państwa. Czy potrafimy rozmawiać o bezpieczeństwie bez wyzwisk? Czy potrafimy ważyć racje bez stygmatyzowania połowy społeczeństwa? Czy wreszcie potrafimy bronić suwerenności bez popadania w izolację?
Furia bierze się ze świadomości, że coś ważnego i ryzykownego próbuje się przepchnąć pod hasłem „to oczywiste”. A w sprawach obronności nic nie jest oczywiste. Tam nie ma miejsca na marketing. Jest miejsce na odpowiedzialność.
Jeśli SAFE byłby rzeczywiście korzystny – obroniłby się w spokojnej debacie. Jeśli wymaga korekt – trzeba je wprowadzić. Ale jeśli odpowiedzią na pytania ma być pogarda, to znaczy, że problem nie leży w pytaniach.




