Tȟašúŋke Witkó: Tusk musi coś zrobić w kwestii powszechnej służby wojskowej
Co musisz wiedzieć:
Autor felietonu wzywa rząd Donald Tusk do pilnych działań w sprawie przywrócenia powszechnej służby wojskowej i wskazuje, że zawieszenie poboru w 2008 roku było błędem.
W tle debaty są trwająca wojna rosyjsko-ukraińska oraz napięcia geopolityczne w Europie, w tym wypowiedzi kanclerza Friedricha Merza dotyczące bezpieczeństwa i przyszłości europejskiej armii.
Autor postuluje, aby przykład dali politycy – proponuje uzależnienie możliwości kandydowania w wyborach od uregulowanego stosunku do służby wojskowej lub odbycia służby zastępczej.
Od pewnego czasu, tytuły prasowe, rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne serwują maluczkim mądrości znawców sztuki wojennej, najczęściej domorosłych, którzy prześcigają się w pomysłach, jak przywrócić obowiązek powszechnej służby wojskowej
Obok głosów racjonalnych – artykułowanych głównie przez ludzi nauki lub samych żołnierzy – masowo pojawia się bełkot generowany przez partyjnych mądrali, którzy sami nie są w stanie wskazać podstawowej różnicy pomiędzy balią a batalią. Ponadto, mają oni sokratejskie i platońskie rady wyłącznie dla przeciętnego Kowalskiego, ale – jakimś dziwnym trafem – zapomnieli sami o sobie. Musimy umożliwić tym ludziom, przez dekady żyjącym na koszt podatnika, wzięcie udziału w czynnym i zaszczytnym obowiązku obrony Ojczyny.
Konsumpcja własnoręcznie spreparowanej żaby
Powszechna służba wojskowa obywateli Najjaśniejszej Rzeczpospolitej – głównie mężczyzn – jest konieczna, o czym dziś wiedzą już wszyscy. Wojna rosyjsko-ukraińska, tocząca się za naszą wschodnią granicą już cztery lata, oficjalne, rewizjonistyczne wobec Polski wypowiedzi kanclerza Friedricha Merza oraz bajania o konieczności budowy europejskiej armii, kolportowane przez brukselskiego zamordystę Manfreda Webera, muszą budzić niepokój nawet u największych optymistów. Potrzebujemy czołgów, samolotów, moździerzy, haubic i setek rodzajów innego sprzętu, do którego obsługi niezbędni są ludzie. Musimy mieć wielu dobrze wyszkolonych żołnierzy, a nasza skrzecząca rzeczywistość pokazuje, że z naborem personelu do służby jest krucho, bowiem zwyczajnie nie ma chętnych.
Gabinet Donalda Tuska powinien coś z tym zrobić i to szybko. Nie bez złośliwości i satysfakcji odnotowuję fakt, że obecnie premier musi skonsumować tę „kwaśną żabę”, którą własnoręcznie „spreparował” w sierpniu 2008 roku, kiedy to ogłosił zawieszenie poboru do zasadniczej służby wojskowej. Bardzo łatwo było lata temu wykonać populistyczne posunięcie, ale znacznie trudniej będzie dziś opracować system zachęt, dzięki którym koszary zapełnią się pełnowartościowym rekrutem. Za tamtą premierowską dezynwolturę obecnie płacimy my wszyscy, albowiem przebudowa funkcjonującego łańcucha pozyskiwania żołnierza musi wiązać się ze znacznymi kosztami. Jednak, każdy świadomy Polak zdaje sobie sprawę, że bezpieczeństwo państwa i obywateli warte jest każdej ceny.
Selekcja polityków
Bardzo uważnie czytam, słucham i oglądam gazetowych, radiowych i telewizyjnych mędrców łaskawie przekazujących nam wszelkie sposoby zachęcania statystycznego Kowalskiego, by ten poszedł na kilka miesięcy „w kamasze”, z zamiarem potarzania się w poligonowym błocie. Wszystkie owe rady są wspaniałe i idealnie przycięte do precyzyjnie wyselekcjonowanych grup społecznych. Niestety, ani jeden z udzielających się myślicieli nie zaproponował, żeby warunkiem wstępnym do startu w wyborach samorządowych i parlamentarnych był uregulowany stosunek do służby wojskowej.
Drogi, partyjny, pucołowaty i butny działaczu, mam dla ciebie propozycję! Otóż, jeśli przez następne kadencje chcesz zelówkami swych butów szlifować sejmowe korytarze albo przemierzać ratuszowe krużganki, to najpierw odbądź zaszczytną służbę wojskową w specjalności strzelca karabinka szturmowego. Dasz dobry przykład swoim wyborcom, nabierzesz pokory i tężyzny fizycznej, posmakujesz przypalonej grochówki z byle jak opłukanej, śliskiej od tłuszczu menażki i siorbniesz łyk zimnej wody ze strumyka płynącego tuż obok przykoszarowego placu ćwiczeń. Cóż znaczy poświęcenie kilku miesięcy żywota dla pobieranych przez następne kilkanaście lub kilkadziesiąt lat apanaży? Nic!
Ponieważ indywiduum klecące niniejszy felieton zna życie od podszewki, dlatego już teraz piszę, aby chorowitych lalusiów, którym tatuś z mamusią załatwią kategorię zdrowia „niezdolny do służby”, a mających przyszłościowe aspiracje okupowania foteli w spółkach skarbu państwa, kierować do – trwającej dwukrotnie dłużej, niż wojskowa – służby zastępczej, ot, choćby, przy opróżnianiu basenów w szpitalach. W czasie konfliktu zbrojnego ktoś musi zajmować się rannymi i chorymi żołnierzami, toteż pełnienie takich funkcji pomocniczych jest niezmiernie ważne. Jeśli politycy wszystkich szczebli dadzą dobry przykład, to i „zwykły człowiek” nie będzie uważał służby wojskowej za stratę czasu. I to my – wyborcy i obywatele – musimy do tego zmuszać nasze elity, bowiem one same stały się jakoś dziwnie milczące w tym względzie.
Howgh!
Tȟašúŋke Witkó, 27 lutego 2026 r.
[Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Miłośnik kawy w dużym kubku ceramicznym – takiej czarnej, parzonej, słodzonej i ze śmietanką. Samotnik, cynik, szyderca i czytacz politycznych informacji. Dawniej nerwus, a obecnie już nie nerwus]
[Tytuł, lead i sekcja "Co musisz wiedzieć" od Redakcji]




