loading
Proszę czekać...
Serbia wybiera Europę – a nie Rosję!
Opublikowano dnia 08.03.2019 08:48
Przed laty w periodyku Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych domagałem się większego zaangażowania na Bałkanach – zwłaszcza w tych krajach, które dopiero mają wejść do UE. Teraz się cieszę, że w ramach tzw. „Konferencji Belgradzkiej” Polska w dwustronnym, eksperckim, formacie przygotowuje Serbię merytorycznie do akcesu na europejskie salony, zwłaszcza w obszarach sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i rolnictwa.
Trochę to przypomina Konferencję Utrechcką, w której to Holandia przygotowywała Polskę do wstąpienia do Unii. Teraz my się rewanżujemy, nie tylko Serbii, ale wcześniej już Macedonii i Gruzji. Pierwsza edycja Konferencji Belgradzkiej miała miejsce rok temu w Warszawie, a w 2018 w Belgradzie współotwierał ją ze wspomnianym ministrem Dačiciem szef polskiego MSZ Jacek Czaputowicz. W tym roku ponownie odbędzie się ona w Polsce.
Ale to nie Czaputowicz, ale jego poprzednik Witold Waszczykowski miał podobno usłyszeć od swojego serbskiego odpowiednika, że Macedonia to część Serbii. Gdy obecny przy tym ówczesny premier, a dzisiaj prezydent Aleksandar Vučić przestraszył się i przerwał tyradę swojego ministra spraw zagranicznych, Polak miał odpowiedzieć dyplomatycznie: „ależ ja rozumiem, rozumiem.”.
Arogancja Zachodu i „bałkański kocioł”
Zachód wobec Bałkanów w ogóle, a teraz w szczególności Bałkanów Zachodnich, wykazuje konsekwentną arogancję. Świadczy o tym upowszechnione pojęcie „kotła bałkańskiego” i przeświadczenie, że narody w tym regionie irracjonalnie i źle się same rządzą. Ta sama arogancja, choć nie w takiej skali ma miejsce wobec naszej Europy Środkowo-Wschodniej.
Głównym kamieniem niezgody, utrudniającym szybkie poruszanie się Belgradu na drodze do Brukseli jest oczywiście Kosowo, będące kolebką serbskiej państwowości i mające szczególną rolę historyczną. Staram się zrozumieć Serbów – myśląc, że Polacy też nie wyobrażaliby sobie oddania komukolwiek pierwszych polskich stolic: Gniezna i Poznania.

Czy w grę wchodzi, jak mówi się w belgradzkich, dyplomatycznych, kuluarach salomonowe rozwiązanie polegające na wymianie terytorialnej: do Serbii miały być włączone ziemie stanowiące część Kosowa, na których 95% mieszkańców to Serbowie, a do Kosowa miałby trafić zamieszkany w zdecydowanej większości przez Kosowarów skraweczek Serbii Południowej? Tyle, że historyczne i święte dla Serbów miejsca, jak Graczanin, Kosowe Pole czy Pecz ta wymiana by nie objęła.
Belgrad, Serbia. Ostatnie dni lutego 2019. Pięcioosobowa delegacja Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego – w której jestem jedynym Polakiem – przyjeżdża na Bałkany Zachodnie (także do Kosowa), aby rozmawiać miedzy innymi  o stanie przygotowań państwa, które wejdzie do Unii Europejskiej  jako pierwsze lub jako jedno z pierwszych. Nie Kijów, ale Belgrad właśnie, Podgorica, może Skopje, może Tirana. Nieprędko. Za dziesięć, jedenaście lat – ale wejdzie.
Serbia, Kosowo, problem…
W typowo serbskiej restauracji, w której nie obowiązują unijne zakazy palenia papierosów w miejscach publicznych słychać, paradoksalnie hiszpańską, muzykę. Restauracja nazywa się, jak dzielnica – czyli Savski Vienac (Sawski Wieniec). Siedzimy i rozmawiamy o Serbii, Polsce, Rosji, europejskiej drodze Belgradu. Z knajpy wszędzie blisko. Polska ambasada po drugiej stronie ulicy, do MSZ rzut kamieniem, do Kancelarii Premiera niewiele dalej, w pobliżu sporo ambasad: poza naszą także włoska, kanadyjska, bułgarska czy chorwacka. Popijając „Svetlo Pivo” czyli jasne piwo popularnej tu marki „Nikšićko”, słyszę, że mój dzisiejszy rozmówca, nie znający angielskiego minister spraw zagranicznych Ivica Dačić nie tylko ma mocną pozycję w rządzie, ale też jest skuteczny. Za jego urzędowania już 13 państw wycofało uznanie Kosowa. Nawet jeśli są to kraje egzotyczne, jak Burundi czy Dominika na Morzu Karaibskim (nie mylić z Dominikaną!), to jak w ONZ: jedno państwo – jeden głos. Celem Dačicia jest, jak sam nieoficjalnie deklaruje, zmniejszenie liczby krajów uznających państwowość Kosowa do mniej niż połowy członków ONZ.
Polski most z Belgradu do Unii
Już za niespełna pięć miesięcy w Poznaniu odbędzie się trzeci szczyt UE – Bałkany Zachodnie. Poprzednie były w Berlinie i Londynie. Serbia tam będzie, choć po cichu się obawia, czy aby inwestowanie politycznej Europy w taką inicjatywę nie jest formą pretekstu do odsunięcia w czasie akcesji Belgradu do Unii. Ale tak nie jest. Na razie w naszych rozmowach dwustronnych poznański Szczyt Zachodniobałkański ma mniejsze znaczenie – z punktu widzenia Serbów – niż prośby Belgradu, aby zablokować formalne wejście Prisztiny do Interpolu.
Przed laty w periodyku Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych domagałem się większego zaangażowania na Bałkanach – zwłaszcza w tych krajach, które dopiero mają wejść do UE. Teraz się cieszę, że w ramach tzw. „Konferencji Belgradzkiej” Polska w dwustronnym, eksperckim, formacie przygotowuje Serbię merytorycznie do akcesu na europejskie salony, zwłaszcza w obszarach sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i rolnictwa.
Trochę to przypomina Konferencję Utrechcką, w której to Holandia przygotowywała Polskę do wstąpienia do Unii. Teraz my się rewanżujemy, nie tylko Serbii, ale wcześniej już Macedonii i Gruzji. Pierwsza edycja Konferencji Belgradzkiej miała miejsce rok temu w Warszawie, a w 2018  w Belgradzie współotwierał ją ze wspomnianym ministrem Dačiciem szef polskiego MSZ Jacek Czaputowicz. W tym roku ponownie odbędzie się ona w Polsce.
Ale to nie Czaputowicz, ale jego poprzednik Witold Waszczykowski miał podobno usłyszeć od swojego serbskiego odpowiednika, że Macedonia to część Serbii. Gdy obecny przy tym ówczesny premier, a dzisiaj prezydent Aleksandar Vučić przestraszył się i przerwał tyradę swojego ministra spraw zagranicznych, Polak miał odpowiedzieć dyplomatycznie: „ależ ja rozumiem, rozumiem.”. 
Arogancja Zachodu i „bałkański kocioł”
Zachód wobec Bałkanów w ogóle, a teraz w szczególności Bałkanów Zachodnich, wykazuje konsekwentną arogancję. Świadczy o tym upowszechnione pojęcie „kotła bałkańskiego” i przeświadczenie, że narody w tym regionie irracjonalnie i źle się same rządzą. Ta sama arogancja, choć nie w takiej skali ma miejsce wobec naszej Europy Środkowo-Wschodniej.
Głównym kamieniem niezgody, utrudniającym szybkie poruszanie się Belgradu na drodze do Brukseli jest oczywiście Kosowo, będące kolebką serbskiej państwowości i mające szczególną rolę historyczną. Staram się zrozumieć Serbów – myśląc, że Polacy też nie wyobrażaliby sobie oddania komukolwiek  pierwszych polskich stolic: Gniezna i Poznania. Czy w grę wchodzi, jak mówi się w belgradzkich, dyplomatycznych,  kuluarach salomonowe rozwiązanie polegające na wymianie terytorialnej: do Serbii miały być włączone ziemie stanowiące część Kosowa, na których 95% mieszkańców to Serbowie, a do Kosowa miałby trafić zamieszkany w zdecydowanej większości przez Kosowarów skraweczek Serbii Południowej? Tyle, że historyczne i święte dla Serbów  miejsca, jak Graczanin, Kosowe Pole czy Pecz ta wymiana by nie objęła.
Polacy w Serbii
Serbski brzmi swojsko, bardzo wiele wyrazów jest podobnych do naszych i tylko specjaliści pokazują, jak wieki tureckiej okupacji przyczyniły się do zapożyczeń z języka Turków do mowy ojczystej kniazia Miłosza.
Serbskie sporty narodowe to, poza oczywiście piłka  nożna, piłka wodna oraz siatkówka. W tej ostatniej Serbki zdobyły ostatnio tytuł mistrzyń świata. Zostało to bardzo finansowo docenione przez władze. Wyjątkowi są natomiast serbscy kibice. Rywalizacja między dawną milicyjną Cverną Zvezdą („Czerwoną Gwiazdą”) a wojskowym „Paritzanem” Belgrad jest słynna w Europie. Skądinąd kibice z Belgradu trzymają  się z kibicami warszawskiej Legii, którzy przyjeżdżają na coroczną demonstrację w rocznicę zaboru Kosowa. Na obu stadionach rywalizujących klubów położonych zresztą niedaleko, niczym Wisła i Cracovia, rozdzielone krakowskimi Błoniami, co rusz pojawiają się patriotyczne hasła i transparenty, słyszymy narodowe pieśni, a także antyalbańskie i antychorwackie hasła. Stadion „Cvernej Zvezdy”, choć nosi imię piłkarza Rajko Miticia, powszechnie nazywany jest „Maracaną”, na wzór tej brazylijskiej – i rzeczywiście jest podobnie gorący…
W naszej ambasadzie pracuje 21 ludzi, co wydaje się sporo przy ośmiu zatrudnionych w Bośni i Hercegowinie i sześciu w Czarnogórze. Ale to chyba i tak za mało wobec potrzeb i w porównaniu z olbrzymią aktywnością Czechów i Węgrów. Skądinąd spada liczba Madziarów zamieszkałych w serbskiej Vojvodinie, choć Węgrzy dalej są tu największą mniejszością narodową. Niemal wszyscy oni mają już węgierskie paszporty, co umożliwia osiedlenie się na Węgrzech lub emigrację zarobkową do Europy Zachodniej.
A skoro o mniejszościach już mowa, to dopiero co, pierwszy raz w historii uznano tutejszych Polaków za mniejszość narodową. Stało się to w listopadzie 2018 roku, gdy zgodnie z serbskim systemem, wybrano Polską Radę Narodowościową. Jej przewodniczącą została pani Anita Szalbot. Na polską diasporę w Serbii składają się dwie grupy: pierwsza to potomkowie XIX-wiecznej emigracji ze Śląska Cieszyńskiego, a druga to Polki, żony Serbów, które przyjechały tu w latach 1970.i 1980. Zresztą ta „emigracja małżeńska” dotyczy terenów całej Jugosławii, od Słowenii do Kosowa. Polaków jest tu około tysiąca, ale to i tak wiele razy więcej niż Serbów w Polsce…
*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (04.03.2019)
 
 
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer
Związek
więcej
Wideo Prof. Romuald Szeremietiew: Polska może wrócić do pozycji mocarstwowej
Blogi
avatar
Jerzy
Bukowski

Krakowska siedziba dla LGBT+
Poseł Prawa i Sprawiedliwości z Krakowa Małgorzata Wassermann uważa, że środowiska LGBT za wszelką cenę chcą promować odmienność wśród młodych ludzi.
avatar
Ryszard
Czarnecki

Ryszard Czarnecki: Polityka nad modrym Dunajem
O Austrii znów głośno. Podobnie było, gdy wybory do parlamentu w Wiedniu wygrała Austriacka Partia Ludowa kierowana przez najmłodszego szefa MSZ w Europie Sebastiana Kurza. Zaraz potem został on najmłodszym premierem. Miał wtedy 31 lat. W tym samym czasie o Austrii było jeszcze głośniej z innego powodu: partia antyimigracyjna i antyunijna – jak to określał europejski establishment – czyli Wolnościowcy, weszła w skład rządu w Wiedniu.
avatar
Jerzy
Bukowski

Jerzy Bukowski: Wroński i Czuchnowski odjechali
Przeciwnicy premiera Mateusza Morawieckiego nie przepuszczą żadnej okazji, aby go zaatakować, nawet jeżeli w oczywisty sposób wystawiają się na śmieszność.

Drogi Użytkowniku,

Nasz Serwis korzysta z plików cookies. Przez dalsze aktywne korzystanie z naszego Serwisu (zamknięcie komunikatu, kliknięcie na elementy na stronie poza komunikatem, przeglądanie Serwisu z otwartym komunikatem) bez zmian ustawień Twojej przeglądarki, wyrażasz zgodę na:
• przetwarzanie danych osobowych przez Tysol Sp. z o.o. i naszych zaufanych partnerów do celów marketingowych, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji. Wyrażenie zgody jest dobrowolne a wyrażoną zgodę możesz w każdej chwili cofnąć, niezależnie od zgód wyrażonych na pozostałe rodzaje przetwarzania danych. Dowiedz się więcej o zgodzie marketingowej w naszej Polityce prywatności / Cofnij zgodę.

• na zapisywanie plików cookies w Twoim urządzeniu końcowym oraz na korzystanie z informacji w nich zapisanych. Ten rodzaj plików cookies pozwala nam na dopasowanie treści dostępnych w Serwisie do Twoich preferencji, utrzymywania sesji po zalogowaniu oraz zapewnienia optymalnej funkcjonalności Serwisu. Więcej o plikach cookies i sposobie przetwarzania Twoich danych osobowych dowiesz się w naszej Polityce prywatności.