Krzysztof "Toyah" Osiejuk: Wybieram Bareję... no i oczywiście PiS

To co mamy okazję obserwować w tych dniach w polskim Sejmie, to są „Listy do M”. To jest dokładnie ten poziom. A ja oświadczam, że w tej sytuacji, nawet jeśli się okaże, że to jest wszystko, co mi pozostało, wybieram Bareję. No i oczywiście PiS.\n
Mija kolejny dzień okupacji sali plenarnej Sejmu przez posłów opozycji, a ja właściwie mam już dla nich wyłącznie współczucie. Bo, zastanówmy się proszę, cóż gorszego - pomijając oczywiście prawdziwe życiowe katastrofy - może spotkać człowieka niż znalezienie się w sytuacji, gdzie każdy możliwy ruch musi się skończyć porażką. Ja oczywiście mam świadomość, że, kiedy oni się porywali na to starcie, ich intencje były tak brudne jak ich dusze, nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z oczywistym dramatem i sposób, w jaki on się rozwija, robi autentyczne wrażenie.
A zatem, mamy ten Sejm, tych gnieżdżących się tam, dziś kompletnie już bez sensu, posłów Platformy i Nowoczesnej i, podobnie jak oni sami, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że do końca roku jeszcze tydzień, potem tydzień kolejny i jeszcze kolejny, i że to jest wystarczająco długi czas, by o nich świat albo zapomniał, albo, tak jak to ma miejsce tutaj, już tylko im współczuł. No bo co im pozostaje? Oczywiście mogą tkwić w tym szaleństwie, powszechnie wyśmiani, lub, w najlepszym wypadku, zlekceważeni, udając, że walka trwa, ewentualnie, przy akompaniamencie szyderstw i drobnych złośliwości, ogłosić, że główny cel protestu został spełniony, i wrócić do domu.
A ja w tym temacie mam już tylko jedną refleksję. Nie jestem mianowicie w stanie pojąc, jak to się stało, że grupa dorosłych w końcu ludzi, w dodatku takich, którzy osiągnęli w życiu jakiś sukces, doprowadziła się do stanu aż takiego upadku. Ja wiem, że Prawo i Sprawiedliwość to projekt wymyślony, prowadzony i w pełni kontrolowany przez Jarosława Kaczyńskiego, a więc polityka absolutnie najwybitniejszego, a to naturalnie sprawia, że choć z nim można walczyć, to szanse na zwycięstwo są praktycznie żadne. Jednak - powtarzam to bardzo chętnie - jakąś walkę podjąć można, szczególnie na poziomie, gdzie naprzeciwko siebie ma się takie gwiazdy, jak Marek Suski, czy Jan Maria Jackowski. Tymczasem okazuje się, że ludzie, którzy w roku 2007 najpierw doprowadzili do upadku legalnie działający rząd, następnie, skutecznie fałszując wybory, przejęli na całe osiem lat władzę w kraju, przejmując kontrolę nad każdym niemal skrawkiem polskiego państwa, a w międzyczasie jeszcze równie skutecznie wyeliminowali z walki kwiat opozycji, w momencie, gdy wydawało się, że nie ma takiej siły, która by im tę władzę wyrwała z rąk, ową władzę jak dzieci utracili i, jak wiele na to wskazuje, utracili na zawsze.
Siedzą sobie więc dziś w tym Sejmie, robią sobie te zdjęcia i tak by wszyscy widzieli, w jak świetnej są formie i jak pełni dobrych myśli, wrzucają je na Twittera, a ja nie mam wątpliwości, że każdy z nich tak naprawdę jest na granicy rozpaczy, bo wie, że koniec jest bliski i nie ma sposobu, by w jakikolwiek sposób zmienić jego kształt. I, jak mówię, nie jestem w stanie pojąć, jak to się stało, że oni sobie zgotowali ten los. Ale oto nagle wczoraj, korzystając ze świątecznego lenistwa, zacząłem szperać po telewizyjnych kanałach i trafiłem na ten moment, gdy wyświetlano nam wielki sukces współczesnej polskiej kinematografii, a mianowicie film pod tytułem "Listy do M". Pisałem tu parę razy o polskich filmach i za każdym razem spotykałem się z pretensjami, że nie powinienem się wypowiadać w tym temacie, skoro tak naprawdę nigdy nie udało mi się obejrzeć od początku do końca choćby jednego z tych filmów. Otóż proszę sobie wyobrazić, że film pod tytułem "Listy do M" obejrzałem niemal w całości i stwierdzam ostatecznie, że jest jeszcze gorzej, niż myślałem. Znacznie, znacznie gorzej. To jest coś tak strasznego, że ja w całym moim życiu nie widziałem czegoś równie złego.
I tu pojawia się moja córka, która przez pewien czas dorabiała sobie w kinie i ów film widziała parędziesiąt razy. A oglądając go, miała też okazję obserwować reakcję publiczności. Jak mi wczoraj powiedziała, owa reakcja była niezmienna i ograniczała się do czystego zachwytu. Każde najgorsze wylewające się z ekranu gówno przez zgromadzoną na sali publiczność było przyjmowane z pełnym entuzjazmem. Słucham jej relacji i myślę, że już wszystko wiem. To co mamy okazję obserwować w tych dniach w polskim Sejmie, to są "Listy do M". To jest dokładnie ten poziom. A ja oświadczam, że w tej sytuacji, nawet jeśli się okaże, że to jest wszystko, co mi pozostało, wybieram Bareję. No i oczywiście PiS.
Zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Szczerze polecam.
A zatem, mamy ten Sejm, tych gnieżdżących się tam, dziś kompletnie już bez sensu, posłów Platformy i Nowoczesnej i, podobnie jak oni sami, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że do końca roku jeszcze tydzień, potem tydzień kolejny i jeszcze kolejny, i że to jest wystarczająco długi czas, by o nich świat albo zapomniał, albo, tak jak to ma miejsce tutaj, już tylko im współczuł. No bo co im pozostaje? Oczywiście mogą tkwić w tym szaleństwie, powszechnie wyśmiani, lub, w najlepszym wypadku, zlekceważeni, udając, że walka trwa, ewentualnie, przy akompaniamencie szyderstw i drobnych złośliwości, ogłosić, że główny cel protestu został spełniony, i wrócić do domu.
A ja w tym temacie mam już tylko jedną refleksję. Nie jestem mianowicie w stanie pojąc, jak to się stało, że grupa dorosłych w końcu ludzi, w dodatku takich, którzy osiągnęli w życiu jakiś sukces, doprowadziła się do stanu aż takiego upadku. Ja wiem, że Prawo i Sprawiedliwość to projekt wymyślony, prowadzony i w pełni kontrolowany przez Jarosława Kaczyńskiego, a więc polityka absolutnie najwybitniejszego, a to naturalnie sprawia, że choć z nim można walczyć, to szanse na zwycięstwo są praktycznie żadne. Jednak - powtarzam to bardzo chętnie - jakąś walkę podjąć można, szczególnie na poziomie, gdzie naprzeciwko siebie ma się takie gwiazdy, jak Marek Suski, czy Jan Maria Jackowski. Tymczasem okazuje się, że ludzie, którzy w roku 2007 najpierw doprowadzili do upadku legalnie działający rząd, następnie, skutecznie fałszując wybory, przejęli na całe osiem lat władzę w kraju, przejmując kontrolę nad każdym niemal skrawkiem polskiego państwa, a w międzyczasie jeszcze równie skutecznie wyeliminowali z walki kwiat opozycji, w momencie, gdy wydawało się, że nie ma takiej siły, która by im tę władzę wyrwała z rąk, ową władzę jak dzieci utracili i, jak wiele na to wskazuje, utracili na zawsze.
Siedzą sobie więc dziś w tym Sejmie, robią sobie te zdjęcia i tak by wszyscy widzieli, w jak świetnej są formie i jak pełni dobrych myśli, wrzucają je na Twittera, a ja nie mam wątpliwości, że każdy z nich tak naprawdę jest na granicy rozpaczy, bo wie, że koniec jest bliski i nie ma sposobu, by w jakikolwiek sposób zmienić jego kształt. I, jak mówię, nie jestem w stanie pojąć, jak to się stało, że oni sobie zgotowali ten los. Ale oto nagle wczoraj, korzystając ze świątecznego lenistwa, zacząłem szperać po telewizyjnych kanałach i trafiłem na ten moment, gdy wyświetlano nam wielki sukces współczesnej polskiej kinematografii, a mianowicie film pod tytułem "Listy do M". Pisałem tu parę razy o polskich filmach i za każdym razem spotykałem się z pretensjami, że nie powinienem się wypowiadać w tym temacie, skoro tak naprawdę nigdy nie udało mi się obejrzeć od początku do końca choćby jednego z tych filmów. Otóż proszę sobie wyobrazić, że film pod tytułem "Listy do M" obejrzałem niemal w całości i stwierdzam ostatecznie, że jest jeszcze gorzej, niż myślałem. Znacznie, znacznie gorzej. To jest coś tak strasznego, że ja w całym moim życiu nie widziałem czegoś równie złego.
I tu pojawia się moja córka, która przez pewien czas dorabiała sobie w kinie i ów film widziała parędziesiąt razy. A oglądając go, miała też okazję obserwować reakcję publiczności. Jak mi wczoraj powiedziała, owa reakcja była niezmienna i ograniczała się do czystego zachwytu. Każde najgorsze wylewające się z ekranu gówno przez zgromadzoną na sali publiczność było przyjmowane z pełnym entuzjazmem. Słucham jej relacji i myślę, że już wszystko wiem. To co mamy okazję obserwować w tych dniach w polskim Sejmie, to są "Listy do M". To jest dokładnie ten poziom. A ja oświadczam, że w tej sytuacji, nawet jeśli się okaże, że to jest wszystko, co mi pozostało, wybieram Bareję. No i oczywiście PiS.
Zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Szczerze polecam.

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Udostępnij:
Data publikacji: 27.12.2016 22:52
Komentarze
Rozłam w PiS. „Decyzja jest podjęta. Wychodzimy”
18.08.2026 10:27
PiS i Rozwój Plus: Separacja bez orzekania o winie
12.08.2026 21:07

Komentarzy: 0
Mogę występować w roli wyborczego kombatanta PiS, ponieważ głosuję na partię Jarosława Kaczyńskiego ponad 20 lat, w życiu wyborcy to całe wieki. Zatem obserwowałem wszystkie przewagi, ale także grzechy i zaniechania; odchylenia prawicowe i lewicowe; zdrajców i rewizjonistów; odejścia i powroty. Dużo tego było, nie narzekałem na brak emocji, nabawiłem się nadciśnienia, pozbyłem się złudzeń.
Czytaj więcej
Kolejne odejścia z PiS. Wybrali Rozwój Plus Morawieckiego
11.08.2026 17:14

Komentarzy: 0
Kolejne osoby związane z PiS przechodzą do organizacji Mateusza Morawieckiego. Jak ustaliła Wirtualna Polska, wypowiedzenia złożyło dwóch pracowników biura prasowego. Mają rozpocząć pracę dla Rozwoju Plus.
Czytaj więcej
Co prawicy dało PiS
07.08.2026 17:26

Komentarzy: 0
Łatwo narzekać na podzielone PiS z pozycji prawicowych, gdy wartości konserwatywne są silne i dominują w dużej części elektoratu. Ale jest tak dlatego, że pogardzany Jarosław Kaczyński przez lata oddolnie, wbrew postkomunistycznym układom, forsował prawicowe narracje.
Czytaj więcej
Tak będzie się nazywała partia Mateusza Morawieckiego?
07.08.2026 13:56

Komentarzy: 0
Środowisko skupione wokół byłego premiera Mateusza Morawieckiego pracuje nad nazwą nowego ugrupowania. Według informacji podanych przez Newsweek, jednym z wariantów jest "Wielka Polska". Oficjalnej decyzji jednak nie ma, a ludzie byłego premiera nie chcą potwierdzać tych doniesień.
Czytaj więcej
