REKLAMA

[Z Niemiec dla Tysol.pl] Wojciech Osiński: Kryzys CDU. "Chadecy na dnie"

Pod szczelnym przykryciem radosnej 'odnowy' w CDU pogłębia się kryzys. Z polskiego punktu widzenia pozostaje mieć nadzieję, że na kwietniowej konwencji partyjnej chadecy dokonają właściwego wyboru.
 [Z Niemiec dla Tysol.pl] Wojciech Osiński: Kryzys CDU. "Chadecy na dnie"
/ screen YouTube SABC
Mimo że ubiegłotygodniowe elekcje w Hamburgu były jedynym plebiscytem landowym w tym roku, ponadto niereprezentatywnym dla wyborów parlamentarnych w 2021 r., to na pewno są jakimś wskaźnikiem chwilowych nastrojów społecznych w RFN. I wydaje się oczywiste, że liderzy największych partii niemieckich muszą teraz odpowiednio nastawić swoje żagle. 
 
W wyborach do hamburskiego parlamentu zwyciężyła SPD, która w przyszłości będzie dalej rządziła wspólnie z Zielonymi. W hanzeatyckiej metropolii socjaliści cieszą się więc nadal poparciem, o którym w innych krajach związkowych mogliby pomarzyć. Dla Zielonych, którzy prowadzili nad Łabą kampanię pełną mocnych słów i kategorycznych wezwań, zamierzone pierwsze miejsce okazało się wprawdzie celem zbyt ambitnym. Niemniej partia Roberta Habecka zdołała podwoić swój wynik wyborczy sprzed pięciu lat.
 
Z kolei chadecy odnieśli w Hamburgu dotkliwe straty. Niemieccy komentatorzy utrzymują, że wyborcy ukarali konserwatywne partie za ostatnie wydarzenia w Erfurcie. Kilka tygodni temu lokalny parlament w Turyngii nieoczekiwanie wybrał na premiera tego landu mało znanego posła FDP Thomasa Kemmericha. Przy czym jego zwycięstwo umożliwiły wspólne głosy posłów CDU i AfD

Spore kontrowersje wzbudził fakt, że politycznym lewarkiem dla Kemmericha okazał się polityk AfD oraz frontmen tzw. 'Skrzydła' Björn Höcke, który w przeszłości krytykował m.in. berliński pomnik ofiar Holokaustu i świadomie używał słów budzących jak najgorsze skojarzenia, np. 'Lebensraum' - przestrzeń życiowa, lub 'Umvolkung' - 'zmiana składu etnicznego społeczeństwa'.
 
W mediach wybór Kemmericha wywołał wielodniowe fale oburzenia. Co prawda jego zwycięstwo było demokratyczne i prawomocne, lecz sam fakt, że dał on się wybrać przy poparciu partii izolowanego dotąd Höckego wstrząsnął niemiecką sceną polityczną, co zaowocowało rychłą dymisją świeżo upieczonego premiera Turyngii. Zostało bowiem naruszone tabu centrowych ugrupowań, które zakazywało tworzenie jakichkolwiek większości z AfD.
 
Wydarzenia w Erfurcie sprowokowały niemal natychmiast myślenie o przyspieszonych wyborach - zarówno tych lokalnych jak i ogólnokrajowych. Natomiast z punktu widzenia chadeków współpraca z AfD okazała się strzałem w wizerunkowy kręgosłup, doprowadzając do wewnętrznej erozji.
 
Na początku lutego szefowa chadeków Annegret Kramp-Karrenbauer (zwana z przekąsem 'AKK' bądź 'Mini-Merkel') zapowiedziała, że poda się do dymisji i w następnych miesiącach pokieruje procesem wyłonienia nowego kandydata na szefa rządu federalnego w 2021 r. Tym samym przyznała, że rozdzielenie przed rokiem funkcji kanclerza i przewodniczącej CDU było fatalnym błędem, który osłabił jej ugrupowanie. W ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy AKK zdobyła się jednak jeszcze na znacznie więcej 'pomyłek'.
 
Kiedy latem 2019 r., po odejściu Ursuli von der Leyen do Brukseli, została ministrem obrony, miast komplementów spadły na nią gromy. Przejęcie tego resortu miało podreperować jej wizerunek, choć odebrało jej resztki sympatii wyborców i zaszkodziło wiarygodności. Już wtedy stołeczny dziennik 'Der Tagesspiegel' sformułował tezę, podjętą także przez inne media i dziś powszechnie podzielaną, że AKK nie odzyska utraconej popularności.
 

"Chadecy znaleźli się na dosłownym dnie. Pod przykryciem optymistycznego hasła 'odnowy' pogłębia się bezład"

 
- zauważa zaś dolnosaksoński dziennik 'Neue Osnabrücker Zeitung'.
 
W podobnym tonie skomentowała wyniki wyborów w Hamburgu regionalna gazeta 'Südkurier'.
 

"Hamburg jest jedynie małym krajem związkowym, a jednak cała Republika Federalna Niemiec przyglądała się temu testowi nastrojów. A ten pokazał: chrześcijańscy demokraci nie mogą sobie pozwolić na pozostawienie niewyjaśnionych problemów personalnych i merytorycznych"

 
- puentuje badeński dziennik.
 
Tymczasem nowych kandydatów na stanowisko szefa CDU (i tym samym przyszłego kandydata na fotel kanclerski) wciąż przybywa. Swoją kandydaturę zgłosił niedawno Norbert Röttgen, były minister środowiska w rządzie Merkel oraz przewodniczący komisji spraw zagranicznych w Bundestagu. Röttgen uchodzi co prawda za polityka namaszczonego przez obecną kanclerz, choć na pewno jest bardziej krytyczny wobec Kremla i niemieckiej postkomuny (co z punktu widzenia rządzących w Warszawie może się okazać istotne).
 
Kolejnym kandydatem jest obecny premier Nadrenii Północnej-Westfalii Armin Laschet, który kilka dni temu oficjalnie dołączył do wyścigu o najważniejsze stanowisko w Konrad-Adenauer-Haus. Tymczasem minister zdrowia Jens Spahn, który dwa tygodnie temu jako pierwszy wystartował, niespodziewanie się zeń wycofał, zapowiadając, że w przypadku zwycięstwa Lascheta zostałby wiceszefem CDU. Gros chadeków buduje swoje nadzieje na założeniu, że tandem Laschet-Spahn będzie w stanie pogodzić wszystkie partyjne skrzydła.
 
Laschet cieszy się wśród wyborców sympatią przede wszystkim dlatego, że jest autorem gigantycznego sukcesu, jakim było odbicie düsseldorfskiego landtagu z rąk socjalistów, którzy przez lata uważali Nadrenię za swój nienaruszalny bastion. Należy on wprawdzie do grona polityków CDU, którzy budowali zręby swoich karier grzejąc się w świetle sukcesu Merkel, choć jego wyraźny konserwatywny rys zapewnia mu także poparcie tych, którzy się od niej odwrócili. Premier Nadrenii jest ponadto wierzącym katolikiem, co więcej krytycznym wobec zrównania związków homoseksualnych z małżenstwami. Toteż jego zapowiedź, jakoby chciał uczynić swoim zastępcą geja Jensa Spahna, na początku budziła pewne kontrowersje.

Konwencja partyjna CDU, mająca wyłonić nowego przewodniczącego, odbędzie się prawdopodobnie już w kwietniu. Do tego czasu mogą się jeszcze pojawić inni kandydaci. O ile Laschet, Spahn i Röttgen starają się, żeby odsunięcie AKK i Merkel od władzy miało przebieg nienoszący znamion politycznej wojny, o tyle odwieczny wróg szefowej rządu Friedrich Merz postuluje radykalną odbudowę CDU, łącząc program odnowy z powrotem do jej chrześcijańskich korzeni. Były lider kojarzy się jeszcze z okresem rządów Helmuta Kohla, budząc sympatię u kolegów, którzy tesknią za czymś utraconym. Stary 'wyjadacz' ma zresztą jeszcze pewne porachunki z Merkel. W 2002 r. odwołała go z funkcji szefa frakcji CDU/CSU i sama je zajęła.
 
Czy Merz wyniesie swoją partię ku odrodzeniu? Faktem jest, że niemiecki milioner jest bardzo lubiany we wschodnich landach i mógłby tam skutecznie powalczyć o powrót elektoratu, który odpłynął w kierunku AfD. Zagrozić mógłby Merzowi w walce o konserwatywne głosy Hans-Georg Maassen, były szef niemieckiego kontrwywiadu (BfV). W 2018 r. Maassen został odwołany z urzędu za nagminne krytykowanie polityki migracyjnej Merkel. Ale nadal jest obecny, a na jego występy przychodzą tłumy.Tyle że Maassen raczej nie wystartuje w wyścigu o fotel szefa CDU, gdyż dla wielu wpływowych członków partii stał się osobą niepożądaną, zastanawiającą się zresztą nad zmianą barw politycznych.
 
Inne pytanie: czy powrót chadecji do konserwatywnych korzeni osłabi AfD? Jej zły wynik wyborczy w Hamburgu oraz anatema, jaką ukarano ją w Turyngii, skłaniają do wysnucia wniosku, że partia Alexandra Gaulanda jest w odwrocie. Otóż nie. Myli się też ten, kto uważa, że AfD już zawczasu zwinęła nad Łabą swoje żagle. Hamburg, mimo że od lat znajduje się w rękach socjalistów, był w przeszłości już nieraz rządzony przez formacje prawicowe. W wyborach 2004 r. Ole van Beust uzyskał dla CDU absolutną większość. Były burmistrz Hamburga jest jednak raczej nietypowym chadekiem, bo jako zdeklarowany gej uchodzi za wyznawcę lewicowo-liberalnych poglądów, który zawarł na dodatek pierwszy w Niemczech (i wtedy jeszcze niezwykle egzotyczny) sojusz z Zielonymi.
 
Na pewno nie można powiedzieć tego samego o Ronaldzie Schillu, założycielu ugrupowania 'Schill-Partei', które miało już wyraźne konserwatywne oblicze. W 2001 r. partia hamburskiego sędziego uzyskała niesamowite 19,4 proc. głosów, wchodząc w koalicję z CDU i FDP. Nad Łabą były więc już podejmowane próby reanimacji partii prawicowych i dlatego także AfD liczyła tam na więcej głosów. Toteż jej klęska w Hamburgu wywołała wewnątrzpartyjne perturbacje.
 

"W zachodniej AfD mnożą się głosy nawołujące do odcięcia się od ekstremistów jak Höcke. Niewykluczone, że dojdzie w tej partii do rozłamu. W każdym razie niektórzy członkowie poniosą konsekwencje za słaby wynik w Hamburgu"

 
- wróży Karl-Rudolf Korte, politolog z Uniwersytetu Duisburg-Essen.
 
Zresztą jego słowa są podparte badaniami. Według sondażu przeprowadzonego przez instytut Infratest Dimap blisko 70 proc. wyborców AfD w Hamburgu ubolewa nad tym, że ich partia nie zdystansowała się wystarczająco od 'wschodnich radykałów'. Podziały w AfD mogą się więc pogłębić. Politycy 'Skrzydła' Björna Höckego, którzy pewnie jako pierwsi zostaną odsunięci w ramach odbywających się czystek, zaczną wynosić na zewnątrz brudy, które mogą osłabić partię Gaulanda.
 
Chadecy mieliby wtedy wiele powodów do radości, bo tak naprawdę odwołują się do tego samego elektoratu, który dotąd wolał jednak stawiać krzyżyki obok nazwisk wyszydzanych przez nich 'faszystów'. Toteż nie jest szczególnie zaskakujące, że akurat politycy bawarskiej CSU (poniekąd bardziej konserwatywnej niż siostrzana CDU) atakują AfD ze szczególną zajadłością. Przy bliższym spojrzeniu oba ugrupowania cechuje bowiem ogromna zbieżność programowa.
 
Przypomnijmy, że Alternatywa dla Niemiec została założona głównie przez chadeków sfrustrowanych polityką Merkel. Niektórzy wtedy wręcz twierdzili, że do AfD przeszedł 'kwiat intelektualny' CDU. Nowe ugrupowanie cieszyło się wówczas faktycznie estymą 'partii profesorów', dla których politycznym paliwem do buntu był sprzeciw wobec wprowadzenia waluty euro. Krytykując politykę migracyjną rządu RFN, posłowie AfD wskazywali przede wszystkim na skutki ekonomiczne zaostrzającego się kryzysu. Nazywanie 'faszystą' choćby profesora ekonomii Jörga Meuthena jest, najdelikatniej mówiąc, zdecydowaną przesadą. Przeto wiele sensownych osób z tej partii nie potrafi zrozumieć ostracyzmu, którym otaczają ją politycy CDU. 
 
Wprawdzie oficjalnie chadecy wykluczają również współpracę z postkomunistami z Die Linke (co zresztą doprowadziło do patu w Turyngii), choć trudno nie odnieść wrażenia, że Merkel i jej kibice traktują niereformowalnych pasjonatów 'sierpa i młota' pobłażliwiej niż naukowców z AfD. I nie przeszkadza im bynajmniej, że poszczególni politycy Lewicy znaleźli się na celowniku niemieckiego kontrwywiadu.
 
Tyle tylko, że te wieloletnie umizgi chadeków do socjalistów, które wprawiają w konfuzję nawet tych, którzy z CDU w najmniejszym stopniu nie sympatyzują, mogą się niebawem odbić rykoszetem. Analitycy instytutu Forsa ustalili, że gdyby dziś już odbyły się wybory do Bundestagu, partie SPD, Zieloni i Lewica mogłyby liczyć na większość niezbędną do rządzenia - mimo zwycięstwa CDU/CSU. Scenariusz lewicowej koalicji rządowej z 'zielonym' kanclerzem na czele rozpalił już na dobre wyobraźnię szefa Die Grünen Roberta Habecka, wyznawcy polityki Emmanuela Macrona oraz otwartych granic dla imigrantów.

Dlatego z polskiego punktu widzenia pozostaje mieć nadzieję, że chadecy wybiorą nowego szefa kierując się najlepiej pojmowaną troską o tradycję własnej partii.
 
Wojciech Osiński

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura