REKLAMA

[Z Niemiec dla Tysol.pl] Osiński: "No nareszcie". Pandemia jest dla UE okazją, by znów przyłożyć słabszym

Wydaje się czymś oczywistym, że ferowanie fałszywych ocen w sprawie Polski, przy jednoczesnym zatajaniu wypaczeń na własnym niemieckim podwórku, ma być rozbiegiem do kolejnych odsłon tlącego sporu, który będzie się dalej rozpalał.
 [Z Niemiec dla Tysol.pl] Osiński: "No nareszcie". Pandemia jest dla UE okazją, by znów przyłożyć słabszym
/ EPA/OLIVIER HOSLET Dostawca: PAP/EPA
Dwa dni temu rząd federalny oraz premierzy wszystkich 16 krajów związkowych przedstawili plan sukcesywnego powrotu Niemiec do względnej normalności po koronakryzysie. I nawet jeżeli system federalistyczny narzuca swoją nieodzowną dynamikę, można przypuszczać, że od początku maja całe Niemcy będą stopniowo odmrażać swoją gospodarkę. Natomiast jeśli ktoś przypuszczał, jakoby pandemia odmieniła w jakimś stopniu geopolityczną szachownicę Unii Europejskiej, zmusiła jej niemiecki dyrektoriat do odrobiny pokory lub złagodziła nieco retorykę brukselskich szermierzy 'politycznej poprawności', to ostatnie dni dostarczyły niewątpliwie świeżych kontrargumentów.
 
Owszem, pod względem ekonomicznym na pewno się coś zmieniło. Niemcy, których gospodarka dzięki wspólnej walucie przechodziła dotąd 'tłuste' lata bezprecedensowego rozwoju, muszą się do tego przyzwyczaić, że jej oparty na eksporcie 'kręgosłup' został chwilowo mocno przetrącony. Jak zaznaczają niemieccy ekonomiści, koronawirus przyspieszył niechybnie proces deglobalizacji, a czołowi gracze zaczynają prężyć swoje 'protekcjonistyczne' mięśnie, wycofując z wolna rodzimą produkcję przemysłową z zagranicznych rynków. O własną suwerenność ekonomiczną zadbają więc przede wszystkim także Niemcy, mimo (lub dzięki) uporczywie podtrzymywanej przez nich narracji o 'solidarności' i 'wspólnocie za wszelką cenę'. Ów rzekomy paradoks sprowadza się bowiem do prostego jak cep przesłania: 'dobra, w okresie pandemii musimy zabezpieczyć naszą własną gospodarkę, ale czemuż mielibyśmy zrezygnować z kontroli innych?'
 

"Niemcom będzie się dobrze powodziło tylko wtedy, gdy Europie będzie się powodziło. Wobec tego odpowiedź na koronakryzys musi brzmieć: 'więcej Europy'! W każdym razie Niemcy są gotowe wnieść swój wkład"

 
- przekonywała kilka dni temu Angela Merkel.
 
Trudno się nie zgodzić z niemiecką szefową rządu, choć wydźwięk jej wypowiedzi wywarł zupełnie inne wrażenie, niżby chciała. Zresztą obserwatorzy mediów niemieckich uzyskali w ostatnich dniach wystarczająco materiału, by pokusić się o odczytanie dalszych zamiarów 'przyjaciół' z Berlina i Brukseli. Ze swojej 'wzniosłej' retoryki nie rezygnują choćby ministrowie z SPD. Wicekanclerz Olaf Scholz już zapowiedział, że po przezwyciężeniu koronawirusa zamierza uruchomić pakiet środków ukierunkowanych na międzynarodowe cele klimatyczne. Wszystko wskazuje zatem na to, że socjalistyczny 'klimaszwindel' będzie trwał w najlepsze, a niemiecka dominacja w narzucaniu nam jedynie 'słusznych wytycznych' nie zostanie zawieszona. To samo dotyczy zresztą też kontynuacji polityki migracyjnej UE oraz chłostania słabszych państw członkowskich za 'łamanie konstytucji i praworządności'. Przy czym szczególnie ten ostatni zarzut trąci na kilometr hipokryzją.
 
O tym, że mimo wciąż podejmowanych prób złagodzenia temperatury praktycznie nic się nie zmienia i unijna maszyna jest nadal 'dobrze' naoliwiona, świadczą choćby ostatnie wyroki i orzeczenia TSUE przeciwko 'nieposłusznej' Polsce - w sprawie relokacji uchodźców oraz Izby Dyscyplinarnej. I tym samym uruchomione w ślad za nimi medialne hufce nad Sprewą.  
 

"No wreszcie, najwyższy czas, że TSUE udzielił reprymendy niektórym państwom członkowskim, które nie chciały przyjąć uchodźców. Ich rządy zachowywały się tak, jakby w 2015 r. kryzys migracyjny w ogóle nie miał miejsca"

 
- czytamy w hamburskim dzienniku 'Die Welt'.
 
I chociaż niemieckie gazety zauważają, że wyrok w sprawie relokacji imigrantów po tylu latach znaczy tyle, co przysłowiowa 'natka pietruszki', to nie ukrywają swojego upojenia własną wyższością i przekonaniem, że to 'my mamy ostatnie słowo'.
 
Co zresztą znamienne, media w Niemczech skrzętnie pomijają, że dziś - kiedy na turecko-greckiej granicy odbywają się powtórnie dantejskie sceny - prawie wszystkie środowiska polityczne w Bundestagu są sceptyczne wobec przyjmowania uchodźców (no może poza niereformowalnymi socjalistami z Die Grünen). A nawet ówcześni 'twardzi' zwolennicy relokacji jak choćby były minister spraw wewnętrznych Thomas de Maizière (CDU) dziś już poważnie powątpiewają, jakoby próba narzucenia innym państwom UE przymusowych kwot była słuszna. O co więc chodzi? Spójrzmy dalej:
 

"Rządy Węgier, Polski i Czech bezczelnie zignorowały prawo europejskie. Dlatego bez względu na to, że mechanizm relokacji wygasł, decyzja TSUE ma istotny wymiar symboliczny. Podobny problem może się bowiem pojawić zawsze, choć nie zawsze będzie dotyczył uchodźców. Solidarność, o którą słusznie apeluje Unia także w okresie epidemii koronawirusa, nigdy nie może oznaczać wydłubywania rodzynek"

 
- pisze 'Frankfurter Allgemeine Zeitung'.
 
Redaktor frankfurckiego dziennika sam zarzuca wszelkie pozory i 'prawidłowo' odczytuje 'historyczny moment' nieuchronności ponownego 'zwarcia szeregów'. Wszak kolejne 'symboliczne reprymendy' UE przeciwko Polsce, podparte 'argumentami' niemieckich dziennikarzy nieskorych do weryfikowania zasłyszanych bredni, pojawiają się nieprzypadkowo w okresie pandemii. Zwłaszcza teraz trzeba się znów przedzierzgnąć w rolę wyraziciela 'twardej linii', która oczyści 'niegrzeczne' państwa z 'patologii'. Nieprzypadkowo też TSUE nakazał w ubiegłym tygodniu natychmiastowe zawieszenie polskiej Izby Dyscyplinarnej.
 

"Jeśli Warszawa się nie podporządkuje i nie zamrozi Izby Dyscyplinarnej, Unia Europejska dozna poważnego uszczerbku. Tymczasem Niemcy i Francja postawili sprawę jasno: środki z UE powinny być w przyszłości zależne od przestrzegania praworządności"

 
- ocenia redaktor 'Spiegla' Jan Puhl, który powołując się na 'ekspertyzy' Marcina Matczaka zapewnia, jakoby polska partia rządząca z uporem dążyła wyłącznie do jednego celu - 'polexitu'.
 
Co jednak ciekawe, o ile w sprawie polskiej reformy sądownictwa niemieccy politycy i publicyści pokazują nieprzejednanie oraz determinację w udaremnieniu 'dyktatorskich zapędów' PiS, o tyle w kwestii własnego wymiaru sprawiedliwości wykazują się daleko idącą powściągliwością. Tymczasem 'niezawisłość' sądów pomiędzy Odrą a Renem budzi od lat wiele wątpliwości. Mimo że w powoływaniu choćby sędziów federalnych obowiązuje wpisana do konstytucji zasada 'wyboru najlepszych' ('Bestauslese'), w rzeczywistości sposób wyboru pozostaje nadal nietransparentny. W przeszłości wielu kandydatów o wysokich kwalifikacjach przegrywało ze słabszymi konkurentami, którzy na chwilę schowali swoje polityczne afiliacje pod dywan. Niektóre były tak oczywiste, że zaczynały spod niego wychodzić, ale to już nic nie dało.
 
I chociaż na półkach w kancelariach adwokackich znalazło się już mnóstwo pełnych oczywistych dowodów akt, które obnażają łamanie zasad przy powoływaniu sędziów, niemieccy politycy dalej w bezczelny sposób kierują się zakulisowymi targami. I właściwie nawet tego nie ukrywają: o obsadzeniu stanowisk w sądach decyduje się często na podstawie dokumentów, bez rozmów kwalifikacyjnych. Nieufność co uczciwszych prawników budzi również obowiązek zachowania w tajemnicy 'szczegółów konkursu'. Natomiast ci kandydaci, którzy wątpią w obiektywizm decyzji komisji ds. wyboru sędziów i ośmielają się przed sądami zaskarżyć owe decyzje, najczęściej przegrywają.
 
A także dziennikarze, próbujący zasiać w czytelnikach słuszne wątpliwości i żądający reformy niemieckiego systemu sądownictwa, są wypychani z debaty publicznej. Natomiast wniesione zarzuty spływają po oskarżonych osobach bez zauważalnego wizerunkowego skutku. Dlatego też niszowe manifestacje nie mają szansy rozrosnąć się do ulicznego protestu. Każdą próbę sprzeciwu we własnym kraju należy zdusić w zarodku, bo tylko w ten sposób główne niemieckie gazety są w stanie podtrzymać ogólnikowe pretensje do Kaczyńskiego i Orbána, oskarżając ich w UE o sprawstwo kierownicze wszelkiego 'zła'. W brukselskiej 'centrali' pokusa sięgania po środki dyscyplinujące wobec 'państw skolonizowanych' jest znacznie większa niż wobec tzw. 'głównych płatników'.
 
Niestety ogromny zasięg wysokonakładowych mediów w Niemczech sprawia, że ich przeżuwacze często bezkrytycznie wierzą w czarno-białą narrację o 'autorytarnych' rządach w Warszawie, bez względu na to, czy medialne donosy polskiej opozycji mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Kiedy próbowałem uzmysłowić jednemu z moich znajomych, którego wyobrażenie o Polsce ukształtowały kolejne banialuki z 'Berliner Zeitung', że to niemieckie sądy są najeżone politykami wiodących partii, oburzony odparł: 'Tak, ale przecież oni wszyscy studiowali prawo'. Gdy zaś twierdzę, że również polscy sędziowie posiadają stosowne dyplomy, niemiecki kolega nagle zaczyna się rozwodzić o pogodzie.
 
Wydaje się więc czymś oczywistym, że ferowanie fałszywych ocen w sprawie Polski przy jednoczesnym zatajaniu wypaczeń na własnym podwórku ma być rozbiegiem do kolejnych odsłon tlącego sporu, który będzie się dalej rozpalał. Za miesiąc Komisja Europejska zgłosi pewnie ponowne wątpliwości w sprawie Izby Dyscyplinarnej. A dziś dla odmiany pojawia się kolejna rezolucja Parlamentu Europejskiego z zapisami wymierzonymi w Warszawę i Budapeszt, które rzekomo 'wykorzystują' pandemię do dalszego 'ograniczania praw człowieka'. Przy czym doprecyzowano, że w Polsce chodzi o wybory prezydenckie, które mogą 'narazić zdrowie' obywateli. To nic, że w samym apogeum zarazy władze Bawarii (tylko tam zaraziło się wirusem ok. 37 tys. osób) przeprowadziły wybory korespondencyjne, zasłaniając się argumentem, jakoby koronawirus nie powinien zatrzymywać 'procesów demokratycznych'. Kto więc 'wykorzystuje' pandemię? Powiedzmy wprost: pandemia jest doskonałą okazją, aby znów przyłożyć 'słabszym'.
 
Przy czym trudno nie podejrzewać, że swój mało chlubny udział w podkręcaniu histerii w UE ma znowu polska opozycja, która po wypaleniu każdego kolejnego tematu chwyta się następnej 'szalupy ratunkowej'. Wczoraj 'wybory', dzisiaj 'maseczki', a jutro 'ustawa antyaborcyjna'. Gorzej, że groteskowe występy Sadurskich, Matczaków et consortes są szeroko relacjonowane w zachodniej prasie, podtrzymując skupienie uwagi Unii na Polsce oraz przekonanie, jakoby sytuacja nad Wisłą ulegała pogorszeniu. Niemieckie media z zamiłowaniem włączają się w ten chór oburzonych. Oliwy do ognia dolewa także Donald Tusk, który w nowym wydaniu 'Spiegla' znów odziera prezesa PiS z szacunku i dobrego imienia. 

I mimo że niekiedy autorzy wiodących gazet zdobywają się na trzeźwą ocenę choćby sytuacji w polskich sądach (jak ostatnio w przypadku uchybień w sprawie 'mafii wnuczkowej'), to przeważnie ma to jakiś związek z interesami niemieckimi. Poza tym nic nie ma prawa zakłócić 'obowiązującej linii' przekazu. Jest bowiem czymś skłaniającym do zadumy, że ten sam niemiecki tygodnik, który jednego dnia potępia polskiego sędziego za umorzenie sprawy 'Hossa', dwa dni później przyjmuje jego wrzaski o 'autorytarnych rządach PiS' bez sprzeciwu i traktuje je jako obiektywną wiedzę. Choć właściwie nie jest to już niczym zdumiewającym.
 
Wojciech Osiński

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura