[Tylko u nas] Osiński: ""Gdy czar zjednoczenia prysł..". Trzy dekady po zjednoczeniu Niemcy podzielone

Trzy dekady po zjednoczeniu państwa Niemcy nadal są podzielone - przede wszystkim 'murem' politycznej poprawności.
 [Tylko u nas] Osiński: ""Gdy czar zjednoczenia prysł..". Trzy dekady po zjednoczeniu Niemcy podzielone
Pixabay.com
Przypadającej za kilka tygodni 30. rocznicy zjednoczenia Niemiec miały towarzyszyć liczne imprezy oraz wydarzenia. Pandemia koronawirusa pokrzyżowała nieco te plany, choć na pewno też wydobyła ze zbiorowej pamięci 'nowe/stare' podziały. Parę dni temu na ulice Berlina wyszło kilkanaście tysięcy osób niezadowolonych z działań rządu federalnego w obliczu koronakryzysu. Wśród skończonych idiotów pojawili się również przytomni ludzie, którzy po prostu już nie chcą być terroryzowani polityczną poprawnością, dając przy okazji wyraz swoim marzeniom o mediach, które nie zakrzykują demokratycznej debaty i są wolne od nadużyć, przekłamań i fałszów. W każdym razie kiedy w październiku 1990 r. kanclerz Helmut Kohl obiecywał 'kwitnące krajobrazy', chcąc nadać zjednoczeniu RFN wzniosły sens, nie miał zapewne ma myśli 'piekiełka', jakie później zgotowała mu jego następczyni. Różnice pomiędzy wschodnimi a zachodnimi landami są nadal widoczne, zresztą nie tylko w mentalności Niemców.
 
W centrum dzisiejszego Berlina tychże różnic oczywiście już nie widać. Trudno dziś uwierzyć w to, że w okolicach szczodrze ozdobionego Bramą Brandenburską Placu Paryskiego znajdowała się kiedyś strzeżona przez enerdowskich funkcjonariuszy 'ziemia niczyja', wyznaczona dwoma ponurymi pasami muru. W miejscach, gdzie niegdyś stały budki wartownicze, po 1990 r. niczym grzyby po deszczu wyrosły szklane biurowce. Na nieodległym Placu Poczdamskim, jeszcze nie tak dawno rozerwanym granicą okrytą zasiekami, stoją dziś lokale gastronomiczne i obiekty rozrywkowe.
 
Do dziś nie usunięto ze wschodniej części sródmieścia szpetnych socrealistycznych reliktów komunistycznych architektów, choć niektórym niemieckim 'idealistom', wciąż bliskim 'szczytnym' ideałom marksizmu-leninizmu, wcale to nie przeszkadza. Natomiast ceny wynajmu nieustannie rosną, bijąc wszelkie rekordy i wypychając mniej zamożnych mieszkańców z centrum na mniej atrakcyjne obrzeża lub do zubożałych miejscowości Brandenburgii. Najpóźniej wtedy zauważamy, że wbrew podtrzymywanym w mediach złudzeniom zjednoczenie RFN nie było jednym wielkim pasmem sukcesów.
 
O ile więc w centrum stolicy blizny zarosły, o tyle już kilkanaście kilometrów dalej widać je tym wyraźniej. Jeśli pojedziemy miejską kolejką S-Bahn do wcale nie tak odległych od śródmieścia dzielnic jak Lichtenberg, Marzahn czy Ahrensfelde, zobaczymy już jak na dłoni wszystkie różnice między wschodem a zachodem, niedające się zakłamać obrazkami, jakimi karmią codziennie przeciętnego Niemca stacje telewizyjne ARD i ZDF. Mimo ogromnych ambicji, wysokich oczekiwań oraz setek miliardów euro inwestycji do dziś nie pojawiły się na wschodniej prowincji obiecane 'kwitnące krajobrazy'. Z kolei zachodnioniemieckich polityków, przenoszących się w latach 90. z Bonn do Berlina i znieczulonych na wszelkie wątpliwości przekonaniem, że 'jakoś to będzie', zastały gigantyczne problemy w reformowaniu gospodarki byłej NRD.
 
Najdobitniej różnice między wschodem a zachodem pokazują statystyki bezrobocia. Kiedy Niemcy się jednoczyły, RFN zamieszkiwało ok. 63 mln osób, NRD zaś - ok. 16 mln. Już rok po zjednoczeniu milion ludzi w nowych landach nie miało pracy. W 2005 r. bez pracy pozostawało ok. 5 mln ludzi, przy czym co trzeci bezrobotny był mieszkańcem jednego z sześciu nowych krajów związkowych. Obecnie średnia stopa bezrobocia na terenie byłej NRD jest wciąż wyższa niż na zachodzie, przy czym wybuch pandemii położył kres krzewieniu nadziei, że ta sytuacja może kiedyś ulec zmianie.
 
Te różnice odzwierciedlają dziś również przeciętne zarobki 'Ossis' i 'Wessis'. Statystyczny mieszkaniec wschodniego landu nadal zarabia ok. 800 euro mniej niż jego rodak na zachodzie. W 'starych' landach wciąż działa 90 proc. najważniejszych koncernów, napędzających gospodarkę krajową. W indeksie DAX, który jest głównym wskaźnikiem opisującym sytuację na giełdzie we Frankfurcie, nadal nie ma ani jednego koncernu ze wschodnich landów, który znalazłby się na liście 30 najważniejszych spółek niemieckich. Natomiast większe miasta na zachodzie, Monachium, Stuttgart czy Hamburg, po 1989 r. zaczęły przyciągać miliony młodych i wykształconych mieszkańców byłej NRD. I to przede wszystkim te zmiany demograficzne zadały kłam teoriom, snutym przez zachodnioniemieckie elity u początków zjednoczenia RFN. Odpływ 'najlepszej krwi' oraz mylne prognozy tzw. 'ekspertów', którzy w 1990 r. uważali potencjał gospodarczy wschodnich landów za znacznie wyższy, niż był naprawdę (komuniści do końca z ostatkiem sił ukrywali rzeczywiste problemy), rozwiały niebawem nadzieje na 'kwitnące krajobrazy'. Przy czym już w połowie lat 90. nagłaśnianie tych faktów było niedopuszczalną 'przesadą', mogącą uczynić każdego obiektem medialnej nagonki.
 
Tymczasem sytuacja na wschodzie była wówczas fatalna. Tętniące życiem miasta w dawnej NRD gwałtownie zaczęły się wyludniać. W saksońskim mieście Hoyerswerda, zamieszkanym przez robotników elektrowni Schwarze Pumpe, w chwili upadku żelaznej kurtyny żyło ponad 70 tys. ludzi. Wkrótce połowa wyjechała na zachód, a blokowiska z wielkiej płyty zostały zburzone. Dziś w tym miejscu znajduje się wielki park. Transformacja 'made in Germany' przyniosła zatem skutki odwrotne do zamierzonych. Zamiast przepływu na wschód części zachodniego kapitału społecznego, mającego zasilić tamtejszą gospodarkę, 'stare' landy wyssały najlepszych ludzi z dawnej NRD. Natomiast ci, którzy ośmielili się pozostać na wschodzie, dzisiaj czują się oszukani i chcą oczywiście usłyszeć odpowiedzi na pytania niestawiane w mediach głównego nurtu.
 
"Gdy czar zjednoczenia prysł, mieszkańców byłej NRD ogarnęła nostalgia. Do dzisiaj nie ma odpowiedzi na niezadowolenie, które pojawiło się wskutek dewaluacji życiowych osiągnięć wielu osób"
 
- tłumaczy berliński politolog Herfried Münkler.
 
Pod względem emocjonalnym podziały między wschodem a zachodem wydają się więc coraz głębsze. Jak wynika z ustaleń stołecznego dziennika 'Der Tagesspiegel', ok. 60 proc. wschodnich Niemców czuje się obywatelami drugiej kategorii. Połowa 'Ossis' ma zastrzeżenia do dzisiejszego oblicza niemieckiej demokracji oraz środków przekazu, finansowanych po części przez ich własne pieniądze.
 
"Mieszkańcy wschodnich landów mają o wiele mniejsze zaufanie do swojego państwa niż ich rodacy z zachodu. Są na ogół bardziej krytyczni wobec elit rządzących oraz mediów. Dlatego też tam szybciej powstał ruch protestu"
 
- wyjaśnia psycholog Hans-Joachim Maaz.
 
A zatem nic dziwnego, że szable rozjuszonych 'Ossis' zwracają się dziś głównie przeciwko 'czerwono-zielonym' propagandystom, niesięgającym wzrokiem dalej, niż każą wymogi telewizji publicznej. Bo to właśnie oni okraszają najczęściej niezadowolenie wschodnich Niemców wzgardliwą etykietką 'faszyzm'.
 
"Przypinanie łatki nazistów wszystkim wschodnim wyborcom AfD jest zwyczajnie niesprawiedliwe"
 
- uważa Maaz.
 
W istocie, w przeszłości można było odnieść wrażenie, że wypowiedzi niektórych zachodnioniemieckich polityków pogłębiały podziały pomiędzy wschodem a zachodem. Kiedy współprzewodniczący Zielonych Robert Habeck na początku 2019 r. posunął się do stwierdzenia, jakoby w obliczu rosnącej w siłę AfD demokracja w Turyngii była zagrożona, wielu mieszkańców nie kryło swojego oburzenia. Wypowiedź lidera Die Grünen brzmiała tak, jakby cała Turyngia nie była demokratycznym landem.
 
"W jakim więzieniu siedziałem przez ostatnie lata?"
 
- ironizował wtedy pochodzący z Turyngii poseł SPD Carsten Schneider. 
 
Natomiast Maaz uważa, jakoby niezadowolenie wschodnich mieszkańców RFN wynikało nie tylko z ich sytuacji finansowej.
 
"Chodzi właśnie o to, że większość mieszkańców byłej NRD chce wreszcie zdjąć z siebie odium 'wiecznej ofiary'. Oni nie potrzebują pocieszenia. Niezależnie od wszelkich zaszłości historycznych zawsze bowiem brali sprawy w swoje ręce i jakoś sobie radzili. Oni tylko nie chcą już być traktowani z góry"
 
- przekonuje psycholog.
 
Te argumenty zbiegają się zresztą z ekspertyzami ekonomistów.
 
"Różnice ekonomiczne na pewno nie wynikają ze słabości czy bierności wschodnich Niemców. 30 lat to po prostu zbyt krótko, aby nadrobić wszystkie zaległości, przy czym wschodnie kraje związkowe zrobiły już duże postępy, jeśli uświadomimy sobie, że RFN przed pandemią cieszyła się bezprecedensową koniunkturą gospodarczą. Jest wręcz czymś zdumiewającym, że w okresie rosnącej prosperity wschodnie landy nadążały za zachodnimi"
 
- ocenia prof. Joachim Rangnitz, wiceszef drezdeńskiej placówki Instytutu Badań nad Gospodarką (IFO).
 
Niemiecki ekonomista jest przekonany, że różnice wynikają przede wszystkim z błędów niekompetentnych polityków.
 
"Państwowe subwencje są uzależnione od tworzenia nowych miejsc pracy. To cele niezwykle szlachetne, ale w rzeczywistości powstawały często zupełnie niepotrzebne stanowiska. Tego rodzaju zabiegi pomagają wschodniej gospodarce tylko doraźnie, a dalekosiężnie szkodzą konkurencyjności tamtejszych firm. W ten sposób nigdy nie ujrzymy kwitnących krajobrazów"
 
- przekonuje Rangnitz.
 
Przy czym mimo topniejących słupków sondażowych Wielka Koalicja jest nadal uśpiona błogim przekonaniem, że ten 'wschodni bunt' jest zjawiskiem 'marginalnym', a w każdym razie mniej istotnym, niżby można sądzić po komentarzach w mediach konserwatywnych. To zwyczajna nieprawda - niezadowolenie wschodnich mieszkańców jest realne, choć na pewo nie tak groźne jak rozpętana w niemieckiej telewzji histeria strachu przed 'saksońskimi faszystami'.
 
Wojciech Osiński

Ankieta
Czy Amy Coney Barrett powstrzyma neomarksistów?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Amy Coney Barrett powstrzyma neomarksistów?
Tygodnik

Opinie

Popkultura