[Z Niemiec dla Tysol.pl] Osiński: Nowy kandydat na kanclerza Niemiec. Co to oznacza dla Polski?

Olaf Scholz, obecny minister finansów z ramienia SPD, chciałby w następnym roku zostać kanclerzem. Od lat zapewnia, że jest 'centrystą', choć w rzeczywistości jest prawie równie 'czerwony' jak jego partyjna przełożona Saskia Esken. I czy Scholz ma w ogóle jakąkolwiek szansę na fotel kanclerski?
 [Z Niemiec dla Tysol.pl] Osiński: Nowy kandydat na kanclerza Niemiec. Co to oznacza dla Polski?
/ Wikipedia CC BY-SA 3,0 Frank Schwichtenberg
W ubiegłym tygodniu szefowa socjaldemokratów Saskia Eksen zapoznała niemiecką opinię publiczną z informacją, że obecny minister finansów Olaf Scholz wystartuje w następnym roku w wyścigu o stanowisko kanclerza. SPD jest pierwszą partią w Niemczech, która wystawiła swojego kandydata. Tak wczesna zapowiedź, kilkanaście miesięcy przed wyborami do Bundestagu, opiera się pewnie na założeniu, jakoby z braku liczących się kontrkandydatów Scholz mógł już teraz poprawić sondaże swojego ugrupowania (które dotąd były fatalne). Pytanie tylko, czy pośpiech, z jakim ogłoszono jego nominację, wystarczy na przełamanie pewnych stereotypów, które coraz mocniej do niego przywierają.
 
Dla wielu kandydatura Scholza nie jest szczególną niespodzianką. Pogłoski, że szef resortu finansów czeka na 'pasie startowym', od dawna rozpalały namiętności dyżurnych komentatorów. Niektórych socjalistycznych 'romantyków' ta decyzja mogła jednak zaskoczyć. Zdumienie skrajnie lewicowego skrzydła SPD pogłębia fakt, że Scholz, który wciąż jest ministrem w rządzie Angeli Merkel, kojarzy się zbytnio ze zgraną do cna wielką koalicją, odpowiedzialną za zgubną w ich oczach politykę. Niektórzy lewacy do dziś zarzucają mu, że jest 'centrystą', zdradzającym ich ideały. Ubieganie się o nominację na kandydata SPD w wyborach parlamentarnych w 2021 r. wymusiło więc na obecnym wicekanclerzu porzucenie pozorów 'centrowego' umiarkowania, narzuconego mu jeszcze przez polityków jak Gerhard Schröder czy Franz Müntefering. Młodzi wyznawcy marskizmu-leninizmu, którzy z wolna przejmują stery w partii (31-letni narwaniec Kevin Kühnert od niedawna jest wiceszefem SPD), od lat uporczywie nawołują do 'skrętu w lewo'.
 
I to m.in. właśnie dlatego kilka miesięcy temu Saskia Esken i Norbert Walter-Borjans wygrali z Scholzem w wyścigu o fotel szefa SPD. Szczególnie Esken uchodzi za przekonaną socjalistkę, dla której piętnowanie oczywistych zbrodni bandytów z Antify jest przejawem niedopuszczalnego 'anachronizmu'. Innym wybijającym się wątkiem jej kampanii jest gotowość do zawarcia sojuszu z postkomunistyczną Die Linke, budzącą wśród niektórych starszych socjaldemokratów i konserwatystów z tzw. 'Seeheimer Kreis' słuszną odrazę. Ich zdaniem koalicja rządowa ze spadkobiercami Ericha Honeckera na szczeblu federalnym byłaby dla SPD niezmywalną hańbą, skutkującą utratą umiarkowanego elektoratu. Toteż po ostatnich komunikatach płynących z partyjnej centrali w berlińskim Kreuzbergu trudno usypiać się twierdzeniem, że Scholz jest wciąż zdroworozsądkowym 'symetrystą'. W rzeczywistości jest równie 'czerwony' jak jego przełożona Esken. Albo jest zwykłym politycznym parweniuszem, niechcącym budzić podejrzenia o nielojalność. Wszak już nieraz udowodnił, że potrafi odpowiednio nastawić żagle. Ale czy taki człowiek byłby silnym, samodzielnym kanclerzem? Obecny prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier latami ukrywał się w cieniu innych tuzów SPD, przy czym wizerunek 'wstrzemięźliwego asystenta' nie odkleił się od niego do dziś.
 
Decyzja o nominacji Olafa Scholza na kandydata na kanclerza wynika przypuszczalnie z kilku powodów. Polityk SPD ma nadal pełnić funkcję 'centrysty', spajającego różne skrzydła w swojej partii. Poza tym jest to dlań wymarzony moment na łatwe nabicie sobie popularności, niewiążący się z większym ryzykiem. Podczas gdy inni niemieccy politycy w okresie pandemii nie opuszczają swoich mieszkań, minister finansów nie schodzi z ekranów telewizyjnych, niczym z rękawa sypiąc kolejnymi miliardami dla spółek pogrążonych w koronakryzysie. Zresztą wielu przedsiębiorców z uznaniem oceniło jego zdecydowane działania przygotowujące pakiety pomocowe. W tym świetle chwila ogłoszenia decyzji szefostwa socjaldemokratów wydaje się ze wszech miar logiczna: mimo marnych sondaży SPD, Scholz ma dalej realny wpływ na politykę federalną. Choć z drugiej strony musi się też tłumaczyć z pewnych 'nieprawidłowości'. Socjaldemokrata opuszcza swoje biuro w ministerstwie finansów w atmosferze wyciszanego przez wielką koalicję skandalu, jakim było ujawnienie defraudacji 2 mld euro z kont niemieckiej firmy płatniczej Wirecard. Szum informacyjny, spowodowany pandemią koronawirusa, zdążył już niemal całkowicie przykryć fakt, że mamy tu do czynienia z największą aferą finansową w pozjednoczeniowych Niemczech. Przy czym Scholz miał już wiedzieć o patologiach w bawarskiej spółce, zanim dzięki dociekliwości dziennikarzy 'Financial Times' zdążył o nich usłyszeć cały kraj. Scholz raczej nie dopuści do tego, aby rozpęd jego kampanii się wyczerpał, dlatego odpowiedzialnością za błędy w sprawie Wirecard obarczy pewnie kogoś z Urzędu Nadzoru Usług Finasowych (BaFin), a nie ze swojego resortu.
 
Za nominacją Scholza kryją się jeszcze inne powody. Powrót SPD do lewackiego fanatyzmu zaczął już wprawiać w zażenowanie nawet jej niektórych najgorętszych sympatyków, co poskutkowało dalszym spadkiem notowań i odpływem kolejnych wyborców, którzy woleli poprzeć ugrupowania o podobnych politycznych zabarwieniach. Dodatkowy kłopot polega na tym, że do zamierzonej 'rewolty' w SPD przystępuje coraz więcej zawodników 'lekkiej wagi' (jak właśnie Esken, Borjans czy Kühnert), których neomarksistowskie hasła przywiodły ją na krawędź katastrofy. Te często sprzeczne ze sobą poczynania (najpierw skręt w lewo, potem rzekomy powrót do 'umiaru') dowodzą niezbicie, że niemieccy socjaldemokraci wciąż nie mają stosownej recepty na odzyskanie zaufania swoich wyborców. Zresztą Olaf Scholz i tak nigdy nie zostanie kanclerzem.
 
Obecny wiceszef rządu federalnego jest niezwykle doświadoczonym politykiem, niemniej musi dopiero udowodnić, że potrafi prowadzić kampanię, gdzie liczą się perswazja, emocje oraz wiecowa retoryka, nie zaś chłodne kalkulacje. Szanse Scholza na stanowisko kanclerza zniweczą jednak nie tylko jego słabości retoryczne. Jeżeli w 2021 r. socjaldemokraci chcieliby znów wejść do rządu, co więcej cieszącego się stabilną większością, musieliby zawrzeć koalicję z Zielonymi oraz Lewicą (kolejnej odsłony wielkiej koalicji z CDU już raczej nie będzie). Tyle tylko, że sondażowe trendy się odwróciły, bo Die Grünen już dawno temu wyprzedzili wszystkich swoich lewicowych konkurentów.

Zakładając, że w nadchodzących wyborach do Bundestagu Zieloni znów wylądują przed SPD, to dlaczego mieliby ci pierwsi przyzwolić na kandydaturę Scholza? Tym bardziej, że ich lider Robert Habeck sam chce rozdawać karty? Zieloni rozważają także opcję koalicji z CDU, która najprawdopodobniej znów wygra wybory, choć w roli słabszego partnera musieliby zrezygnować ze swoich marzeń o własnych biurkach w Urzędzie Kanclerskim. Zresztą trudno przypuszczać, że konserwatywni chadecy (wtedy już pod nowym przywództwem) zgodziliby się na sojusz z 'ekoterrorystami'. Dla Habecka wizja bycia pierwszym 'zielonym' kanclerzem w historii Niemiec jest zbyt kusząca, by porzucić ją za cenę kilku 'klimatycznych ustępstw' ze strony CDU. Ale wówczas szef Zielonych potrzebowałby wsparcia socjademokratów, przy czym Esken już oficjalnie potwierdziła, że w razie potrzeby jej partia poprze także kandydata na kanclerza z ramienia Die Grünen. Taka deklaracja okalecza oczywiście kandydaturę Scholza już w jej zaraniu. Jeśli szefowa SPD już teraz osłabia swojego własnego kandydata, godząc się zawczasu na scenariusz klęski z Zielonymi, to co Scholz ma jeszcze w swojej kampanii osiągnąć?
 
Jest to też swoją drogą fatalny sygnał m.in. dla Polski. Scholz jest przynajmniej doświadczonym politykiem, szukającym w polityce międzynarodowej pragmatycznego porozumienia i dyplomatycznych rozwiązań. Natomiast Habeck w wielu kwestiach grzeszy bezmiarem niekompetencji, nie mając do powiedzenia nic poza ogólnikami i banałami. Ponadto jest gorliwym wyznawcą prezydenta Francji i łyka prostodusznie wszelkie bzdury płynące z Brukseli, z kłamstwami o polskiej praworządności włącznie. Wbrew ponawianym przez lewicowo-liberalne media zapewnieniom, jakoby Scholz mógł się okazać ratunkiem dla SPD, jego kandydatura nie rodzi się więc pod szczęśliwą gwiazdą.
 

"Scholz jest chyba pierwszym kandydatem na kanclerza w historii Niemiec, który już rok przed wyborami wie, że nie zostanie kanclerzem"

 
- śmieje się dziennikarz telewizyjny Armin Winter.
 
Z drugiej strony kariera 62-letniego polityka nie kojarzy się jedynie z porażkami. Podczas gdy SPD w niektórych landach odnosiła spektakularne klęski, Scholz w funkcji burmistrza Hamburga latami niepodzielnie dzierżył władzę. Po sromotnej porażce socjaldemokratów w wyborach parlamentarnych w 2017 r. napisał z kolei książkę 'Hoffnungsland' ('kraj nadziei'), kreśląc własną wizję państwa niemieckiego i marząc o 'zjednoczonych stanach Europy'. Nigdy nie ukrywał, że jego ambicje sięgają dalej niż ratusz nad Łabą, chętnie porównując się z byłym kanclerzem Helmutem Schmidtem, z którym jednak ma tyle wspólnego, co Roman Giertych ze swoim endeckim dziadkiem.
 
Jedno zaś wydaje się pewne: Scholz jest obciążony wiedzą i bogatym politycznym doświadczeniem. W wywiadach sprawia wrażenie, jakby nic na świecie nie mogło go wyprowadzić z równowagi. Na pytania odpowiada nieodmiennie spokojnie, chłodno i merytorycznie. Niektórzy się zastanawiają, czy to jeszcze kalkulacja czy już brak talentu medialnego. Nie brakuje bowiem głosów, że Scholz to "Schlaftablette" (tabletka nasenna), co zamykało mu dotąd drogę na szczyty. Z drugiej strony rozsądek podpowiada, że swoje grono sympatyków poszerza ten, kto łagodzi przekaz, kto stara się wyborców do siebie nie zniechęcać.
 
Co ciekawe, szerszej publiczności Scholz jest właściwie znany dopiero od trzech lat, kiedy objął tekę ministra finansów. Przez wiele lat urzędujący wicekanclerz nie był w stanie wyjść z drugiego szeregu, a także w SPD mógł latami liczyć jedynie na podtrzymanie mało prestiżowego stanowiska wiceprzewodniczącego. Był co prawda znany w Hamburgu, choć właśnie na krajowych zjazdach partyjnych wyraźnie było widać, że obóz Scholza jest niewielki - hamburczycy stanowili za jego prezydentury zaledwie 15 z 600 delegowanych. Ponadto Scholz nie uchodzi za polityka, który na wiecach porywa tłumy. Jest wprawdzie znakomitym analitykiem i 'chodzącym kalkulatorem', interesuje się liczbami i statystykami we wszystkich dziedzinach: ilu turystów przyjeżdża codziennie do Hamburga, ile pociągów rusza co tydzień do Chin?  - 177 - mówi Scholz bez chwili namysłu. Ale charyzmy ma tyle, co kot napłakał.
 
Na pewno lubiano go w Hamburgu, choć nawet tam ściągnął na siebie falę ostrej krytyki. Nie trzeba przypominać, co działo się tam podczas szczytu G20 w 2017 r., zanim burmistrz 'zbiegł' do Berlina, aby zostać ministrem finansów. W przededniu szczytu Scholz zapewniał, że 'w Hamburgu będzie tak bezpiecznie i spokojnie, że dopiero po kilku dniach mieszkańcy z niedowierzeniem dowiedzą się z telewizji, że w ich mieście odbyło się spotkanie polityków z całego świata'. Niestety, dowiedzieli się znacznie wcześniej, bo w dzielnicy Schanzenviertel doszło do pożarów i plądrowań. Bandyci ze skrajnie lewicowej Antify zamienili Hamburg w piekło. Natomiast mieszkańcy twierdzili, że Scholz nigdy potem nie zaszczycił ich swoją obecnością, by cierpliwie wysłuchać, co tak naprawdę się stało. Nawet jego hamburscy znajomi oraz oddane mu media zauważyli, że Scholz był w tych dniach zupełnie 'innym człowiekiem'. I po tych wszystkich wydarzeniach teraz zapragnął sobie zostać kanclerzem RFN?
 
Brakuje mu zresztą jeszcze innych 'talentów'. Szef rządu federalnego musi przecież czasami krzyknąć, uderzyć w stół. Owszem, Merkel też nie słynie ze zdolności wiecowych, ale jest w stanie z zimną krwią wyeliminować przeciwnika, choćby i sąsiada z ławy poselskiej. Podobnym manewrem wbicia noża w plecy odesłała w polityczny niebyt Helmuta Kohla i Friedricha Merza.
 

"Merkel potrafi łagodniej wbić nóż w plecy, ale to nie zmienia faktu, że go wbija"

 
- wspominał po latach obecny przewodniczący Bundestagu i legenda niemieckiej chadecji Wolfgang Schäuble, który też miewał przykre doświadczenia z dzisiejszą kanclerz.
 
Tymczasem Scholz nie popełniłby nigdy politycznego ojcobójstwa. Przede wszystkim jednak nigdy jeszcze nie narzucił SPD swojej własnej autorskiej linii, zawsze dostosowując się do tonu nadawanego 'z góry'. Co prawda parę dni temu odważył się odrzucić kilka postulatów potencjalnych sojuszników z Die Linke, lecz jego protest był akurat w tym przypadku zbieżny ze stanowiskiem szefów SPD. Poza tym w przeszłości zdeklarowany 'centrysta' przykładał rękę do prawie każdej fatalnej decyzji. Kiedy niedawno socjalistyczni półinteligenci wykluczyli z partii Thilo Sarrazina, który w przeszłości z profesorską erudycją punktował ich błędy, Scholz siedział cicho niczym mysz pod miotłą.
 
Z polskiego punktu widzenia jest właściwie wszystko jedno, kto w 2021 r. stanąłby na czele ewentualnej koalicji rządowej 'rot-rot-grün'. Koniec końców Niemcy zaserwują nam tę samą 'czerwoną' herbatę, przy czym odrobina 'zielonej' nie zmieni jej gorzkiego smaku. Jeśli ktoś jest innego zdania, to ma niezwykłą zdolność do wypierania rzeczywistości.
 
Wojciech Osiński
 

Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe