[Tylko u nas] Rzecznik Praw Dziecka: Nie zgadzam się na „Róbta co chceta”

– Atakujący mnie ludzie pomijają istotę problemu – czyli haniebny, przestępczy proceder nielegalnego polecania czy sprzedawania dzieciom silnych leków. W mojej opinii to przejaw hipokryzji środowiska, które bierze na sztandary walkę o dobro dzieci, a zajmuje się przede wszystkich dbaniem o własne przywileje – mówi Rzecznik Praw Dziecka Mikołaj Pawlak w rozmowie z Agnieszką Żurek.
Materiały RPD

– Wywiad, którego udzielił Pan na antenie TVN24, wywołał burzę. Zapytał Pan wówczas redaktora Konrada Piaseckiego: „Czy zagwarantuje pan, że wpuszczamy edukatorów do 20 tysięcy szkół i że nie będą wprowadzali takich treści, jak chociażby w Poznaniu, że wychwytują dziecko rozchwiane, zaniedbane, któremu dają jakieś środki farmakologiczne, żeby zmieniać jego płeć bez wiedzy i zgody rodziców i lekarzy?”. Czy dziś sformułowałby Pan swoją wypowiedź inaczej? 
– Użyłem jedynie skrótu myślowego w ferworze rozmowy z redaktorem Konradem Piaseckim. A to, o czym rozmawialiśmy, to bardzo poważny temat. Państwa tygodnik opisał proceder nielegalnego handlu środkami farmakologicznymi, lekami hormonalnymi, oferowanymi w Internecie dzieciom przez aktywistów transseksualnych. Na podstawie tego wstrząsającego tekstu złożyłem do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa… 

– I jaka była reakcja? 
– Prokuratura wszczęła już w tej sprawie postępowanie. Próby zdyskredytowania mnie wypowiedziami w rodzaju „Pawlak ma tabletki na zmiany płci” stanowią zagrożenie nie dla mnie, tylko dla tych rodziców, którzy czytając takie komentarze, mogą zlekceważyć poważny problem swojego dziecka. A konsekwencje zażywania przez dzieci bez lekarskiego nadzoru takich hormonalnych środków mogą być katastrofalne.  


– To znaczy?
– Każdy lekarz potwierdzi, że w wyjątkowych sytuacjach faktycznej transpłciowości, zdarzającej się rzadko, ale realnie istniejącej, konieczne jest przyjmowanie pod ścisłą kontrolą medyczną i psychiatryczną hormonalnych środków farmakologicznych, którego celem jest modyfikacja biologicznej płci. Podkreślam jednak – są to sytuacje rzadkie, delikatne, wiążące się z ludzkim cierpieniem i wymagające niezwykłej rozwagi i doświadczenia lekarzy zajmujących się takimi pacjentami. W żadnym wypadku nie można próbować stosować takich środków na własną rękę, na dodatek nabywając je z niepewnego i nielegalnego źródła. Przykładem hipokryzji liberalnych mediów w tej sprawie może być chociażby artykuł pt. „Tabletka na zmianę płci, czyli gdy urodziłem piąte dziecko”, opublikowany na łamach „Gazety Wyborczej” dwa dni po ataku na mnie. W bardzo poważnym tonie jest tam opisany przypadek kobiety, która urodziła pięcioro dzieci, a następnie zdecydowała się na procedurę zmiany płci. Jak widać, procedura ta może być traktowana poważnie bądź wyszydzana – w zależności od tego, kto o niej mówi. 

– Wróćmy jeszcze do Pana wypowiedzi na temat tzw. edukatorów seksualnych. Jaką ich działalność miał Pan konkretnie na myśli? 
– Pozostawiam do oceny rodzicom, czy powierzyliby swoje dzieci choćby grupie Stonewall, która napisała o sobie: „Jesteśmy organizacją LGBT+ działającą na terenie Wielkopolski. Zajmujemy się edukacją, pomocą, kulturą i integracją. Stowarzyszenie Grupa Stonewall organizuje szkolenia równościowe i antydyskryminacyjne dla szkół oraz firm. Szkolenia dla szkół są przeprowadzane bezpłatnie”, a na swoim kanale na YouTubie udostępnia np. instruktaż wykonywania lewatywy przed seksem analnym. W wywiadzie udzielonym redaktorowi Piaseckiemu nie powiedziałem, że wspomniana przeze mnie działalność miałaby odbywać się w szkołach. Wszyscy a priori przyjęli, że edukator to taka poważna funkcja, że musi być związana z działalnością szkolną. Ja zaś mówiłem o działalności środowiska transaktywistów, którzy swoje działania „edukacyjne” dla dzieci mogliby zaczynać – jak np. w poradniku Grupy Stonewall – od słów: „Drogie Osoby, witajcie na kolejnych zajęciach z edukacji seksualnej. Dziś nauczymy się, jak wykonywać lewatywę przed seksem analnym”. Przepraszam za dosadność cytatów, ale trzeba uzmysłowić rodzicom, którzy wybierają zajęcia dodatkowe dla swoich dzieci i którym dzieci przynoszą ładne ulotki reklamujące ofertę „edukacyjną”, z czym mogą mieć do czynienia i na co powinni uważać, jeśli nie chcą dopuścić do krzywdy swoich pociech. I za pokazanie tych faktów jestem teraz atakowany przez niektóre środowiska.  

– Czy atakujące Pana osoby odniosły się do opisywanego na łamach naszego tygodnika nielegalnego sprzedawania dzieciom tzw. selfmedu, czyli środków hormonalnych wspomagających zmiany cech płciowych?  
– Symptomatyczne, że ci ludzie pomijają istotę problemu – czyli haniebny, przestępczy proceder nielegalnego polecania czy sprzedawania dzieciom silnych leków. W mojej opinii to przejaw hipokryzji środowiska, które bierze na sztandary walkę o dobro dzieci, a zajmuje się przede wszystkich dbaniem o własne przywileje.  

– Nie zdenerwowali Pana tymi atakami? 
– Jestem Rzecznikiem Praw Dziecka, żeby stać na straży ochrony dzieci, dlatego takie ataki mnie nie powstrzymają. To mój obowiązek: mówić o trudnych, ale ważnych sprawach. Nie tylko pomagać, ale przede wszystkim ostrzegać. Najważniejsze jest to, żeby przeciwdziałać krzywdzie dziecka, a nie ograniczać się tylko do reakcji post factum…  

– W jaki sposób?
– Choćby poprzez liczne wystąpienia generalne – od początku mojej kadencji było ich w moim biurze już ponad 60. A za chwile będą kolejne. To moje interwencje tam, gdzie państwo źle działa. Oczywiście, trzeba robić jeszcze więcej. Dlatego muszę wskazywać także te miejsca, gdzie dzieciom krzywda jeszcze się nie stała, ale gdzie z dużym prawdopodobieństwem stać się może. Wystarczy prześledzić aktywność różnych grup seksedukatorów, by nie chcieć dopuścić do tego, aby mieli oni styczność z dziećmi. Wywiad udzielony redaktorowi Piaseckiemu w TVN24 odnosił się do konkretów i materiałów, które bada teraz prokuratura. Dla środowisk zagrożonych moimi działaniami były pretekstem do uderzenia we mnie. 

– Z jakiego powodu? 
– Przeszkadzają im moje poglądy i preferowany model wychowania – całkowicie inny od tego, który był w Polsce promowany w poprzednich latach. Nie do przyjęcia jest dla mnie „wychowywanie” dzieci oparte na haśle: „Róbta, co chceta”, w duchu pełnej dowolności, niestawiania dzieciom jakichkolwiek granic. To prowadzi do zachowań niedopuszczalnych. Nie da się także nauczyć wychowywać dziecka, oglądając telewizyjne show z gotowymi rozwiązaniami rodem z taniej telenoweli. To tak, jakby ktoś się chciał nauczyć jeździć na nartach na podstawie reklamowego spotu producenta wiązań. Wychowanie dziecka to długi i ekstremalnie trudny proces, wymagający poświęcenia i wyrzeczeń. I przede wszystkim zaszczepiania w dzieciach wartości, bo to jest fundament ich siły.  

– Które wartości Pana zdaniem tworzą ten fundament? 
– Dla mnie taką wartością jest m.in. patriotyzm, który zaciekle próbują zwalczać zwolennicy totalnego rozmycia się narodów, kultur i tożsamości w społeczeństwie multi-kulti. Dlatego zapytałem, czy idea LGBT jest zgodna z polskim patriotyzmem i przywołałem przykład twarzy tego środowiska, Michała Sz., nazywającego siebie Margot, który w wulgarny sposób bluźnił Polsce kilka dni przed tragiczną i świętą dla nas wszystkich rocznicą wybuchu II wojny światowej. Michał Sz. jest najwyraźniej „wychowankiem” poprzedniego systemu. Dodajmy do tego akceptację promowanej ostatnio w „Gazecie Wyborczej” przez Jerzego Urbana przemocy wobec innych ludzi. Czy chcemy w taki sposób wychowywać nasze dzieci? Czy takie „nowoczesne wartości” pomogą im, kiedy wejdą na rynek pracy, założą rodziny i zaczną się zmierzać z problemami dorosłości? To oczywiście pytania retoryczne. Warto przypomnieć, że jednym z głównych doradców mojego poprzednika Marka Michalaka była dawna telewizyjna gwiazdka pseudowychowawczych show, która domaga się teraz mojej dymisji. Widać wyraźnie, że atak na mnie ma charakter środowiskowy, a nie merytoryczny. 

– Wróćmy do Pana działalności. Jaki cel stawia Pan sobie jako Rzecznik Praw Dziecka? 
– Moim celem jest wychowanie dzieci na prawych ludzi. Prezentuję tradycyjny model rozumienia praw dziecka. Opierając się na treści Konwencji o Prawach Dziecka podpisanej przez ONZ w listopadzie 1989 roku, uważam, że należy najpierw zadbać o zagwarantowanie praw już w tej konwencji zapisanych, zamiast wymyślać nowe.  

– Które prawa ma Pan na myśli? 
– Trzeba zacząć od prawa podstawowego, jakim jest prawo do życia. W kwietniu była w Sejmie rozpatrywana sprawa obywatelskiego projektu „Za życiem”. Przyniosłem wówczas do parlamentu rekwizyt – tablicę z napisem: „Art. 2. Ustawy o Rzeczniku Praw Dziecka”, który obowiązuje w Polsce od 20 lat. Głosi on, że „dzieckiem jest istota ludzka od poczęcia”. Wywołało to wściekłość zwłaszcza lewej strony parlamentu. A ja tylko wypełniam swoje ustawowe obowiązki. Co się z polskimi posłami stało przez ostatnie lata, że przypomnienie obowiązujących przepisów wywołało taki sprzeciw, a z sali padły pod moim adresem wulgaryzmy? Oni nie są w stanie mnie obrazić, wystawiają świadectwo samym sobie. Zabieranie głosu w obronie dzieci w debacie publicznej to jednak tylko niewielka część mojej pracy.  

– To znaczy? Jakie są te codzienne obowiązki Rzecznika? 
– To rozpatrywanie spraw, które dzień w dzień trafiają na moje biurko. Każda jest analizowana i nie ma tu znaczenia, czy rodzice albo dziecko ma taki czy inny światopogląd, jakiego jest wyznania ani czy nosi kolorowe włosy. Jeśli tylko mam taką możliwość i uprawnienia, staram się pomóc każdemu. Moje biuro zajmuje się w zasadzie każdym aspektem dotyczącym praw dziecka – począwszy np. od kwestii budowy masztu telefonii w sąsiedztwie przedszkola, po skomplikowane sprawy sądowe, których jest wciąż niestety bardzo wiele i dotyczą dzieci różnych narodowości. 

– Na przykład? 
– Powstrzymałem deportację dzieci Czeczenów, gdy były już w samolocie. Udało nam się tuż przed startem maszyny przekazać im, jak mogą powstrzymać procedurę deportacji. Wystarczyło, że napisali na kartce jedno zdanie: „Prosimy o azyl”. Dzieci mogły wrócić do ośrodka dla uchodźców. Odwiedziłem później tę rodzinę, a trzeba tu dodać, że oni są związani z Polską od wielu lat i odesłanie ich do Czeczenii byłoby wielką krzywdą dla tych dzieci. Interweniowałem w sprawie szwedzkiego chłopca, który został zabrany od ojca, mimo braku odebrania praw rodzicielskich, i umieszczony w rodzinie dyżurnej, gdzie miał doświadczać przemocy. Ojciec zdecydował się uciec ze Szwecji z synem i poprosił o azyl w Polsce. To samo dzieje się teraz w sprawie rodziny z Holandii, która przyjechała do nas, aby się chronić przed tamtejszą „opieką” społeczną. Wcześniej w podobnej sprawie pomagaliśmy Rosjaninowi. To są sprawy międzynarodowe, ale nie brakuje przecież pracy i na rodzimym podwórku.  

– Jakie sprawy tutaj przeważają? 
– Trafia do nas wiele spraw dotyczących kłótni rozstających się rodziców o dzieci. Dziecko w postępowaniu rozwodowym nie ma swojego pełnomocnika, jest najsłabsze i dorośli decydują o nim często bez patrzenia na jego dobro. Mnie nie interesuje prawo jednego czy drugiego rodzica do kontaktu z dzieckiem. Interesuje mnie prawo dziecka do kontaktu z obojgiem rodziców – oczywiście z wyłączeniem sytuacji, kiedy taki kontakt zagrażałby bezpieczeństwu czy zdrowiu dziecka. Zdarza się, że rodzice próbują wykorzystywać dziecko jako oręż w walce między sobą. Bywa, że składam wówczas wniosek o nadzór kuratora nad obojgiem rodziców albo o terapię dla nich.  Zawsze będę stał po stronie osób najsłabszych, bo tak rozumiem swoją rolę. Przypomnę słowa Konstytucji i ustawy o Rzeczniku Praw Dziecka: „Rzecznik ma stać na straży ochrony dziecka przed okrucieństwem, deprawacją i demoralizacją”. Taką straż pełnię i będę pełnić, niezależnie od skali ataków na mnie. 
 


Ankieta
Czy zagłosujesz w ew. przyspieszonych wyborach?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy zagłosujesz w ew. przyspieszonych wyborach?
Tygodnik

Opinie

Popkultura
Nasi partnerzy: