REKLAMA

[Z Niemiec dla Tysol.pl] Osiński: "Operacja mająca doprowadzić do politycznych przewrotów w Warszawie i Budapeszcie"

Po tym, jak Polska i Węgry sprzeciwiły się mechanizmowi powiązania wypłat Funduszu Odbudowy UE z mechanizmem praworządności, w niemieckiej prasie posypały się kąśliwe komentarze.
Angela Merkel [Z Niemiec dla Tysol.pl] Osiński:
Angela Merkel / EPA/ANDREAS GORA / POOL Dostawca: PAP/EPA

Dwa "autorytarne" widma krążą po Europie - Polska i Węgry. Takie można odnieść wrażenie, czytając niemieckie reakcje na poczynania "niepokornych premierów" z Warszawy i Budapesztu w sprawie unijnego budżetu. Lecz tak naprawdę czytamy znów te same nużące artykuły, których autorzy w zależności od okazji wymieniają jedynie poszczególne słówka - "media", "LGBT", "sądownictwo", "kobiety". Główny problem polega na tym, że niemieccy korespondenci stronią od ryzyka podjęcia odważnej analizy. Za Odrą rozlega się za każdym razie jedynie pełne niechęci buczenie, niezależnie od istoty decyzji, podejmowanych przez rządzących w Polsce i na Węgrzech. 

W większości materiałów o naszym kraju nie znajdziemy cienia konkretu o powodach, którymi kierowali się Mateusz Morawiecki i Viktor Orbán, gdy odrzucili Fundusz Odbudowy UE. Obcowanie z artykułami "polonoznawców" z "Die Welt", "Süddeutsche Zeitung" czy "konserwatywnego" niegdyś dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung", których nazwisk przez litość nie będę tu unieśmiertelniał, staje się powoli zadaniem doprawdy niewdzięcznym. Ci panowie mielą od lat te same wątki. 

Hamburski dziennik "Die Welt" utrzymuje, jakoby Polska i Węgry wprawiły Unię Europejską w "głęboki kryzys". Korespondent tej gazety dziwi się, dlaczego Morawiecki i Orbán zablokowali wypłatę środków unijnych, skoro ich państwa należą głównych beneficjentów. Z kolei redaktorzy "Süddeutsche Zeitung" uważają, że zapowiedziane weto jest powtórką starych manewrów "autorytarnych rządów". Gazeta "Frankfurter Allgemeine Zeitung" zaś przekonuje, że budżet i tak zostanie przegłosowany. 

Niepokornym panom z Warszawy i Budapesztu zabraknie w końcu powietrza, bo zależy im przede wszystkim na środkach unijnych 

- wnioskuje niemiecki dziennik.

Weto Polski i Węgier w sprawie unijnego budżetu zdominowało zachodnioeuropejski dyskurs medialny do tego stopnia, że skomentował je nawet szef niemieckiej dyplomacji. 

To nie byłoby zbyt inteligentne, gdybym powiedział, co o tym myślę 

- oświadczył dyplomatycznie Heiko Maas. 

Natomiast szef frakcji Europejskiej Partii Ludowej Manfred Weber przekonuje, że mechanizm praworządności wcale nie jest wymierzony w Polskę i Węgry. Podobnego zdania jest niemiecki minister do spraw europejskich Michael Roth, który w wywiadzie udzielonym telewizji "Phoenix" dał wyraz swojemu oburzeniu:

To naprawdę nie czas na to, aby być egoistycznym i blokować tak ważną dla wielu ludzi pomoc.

Wyrazicielem twardej linii wobec Warszawy i Budapesztu jest również premier Holandii Mark Rutte, który już bez jakichkolwiek zahamowań mówi o "przyszłości Unii bez Polski i Węgier". Już we wrześniu szef holenderskiego rządu zachęcił Brukselę do podjęcia dyskusji o tym, czy Unia Europejska mogłaby funkcjonować bez Grupy Wyszehradzkiej. Natomiast dziś wzywa prawie całą Wspólnotę do tego, by uchwaliła budżet unijny za plecami Morawieckiego i Orbána. Można? Można. A niektóre polskojęzyczne tytuły, zasilane niemieckim kapitałem, okraszają wypowiedzi "twardego Marka" gromkim aplauzem. Tyle tylko, że ci, którzy chowają się za zachodnim parawanem szantażu i najdonioślej krzyczą o "autorytarnych" rządach nad Wisłą i Dunajem, powinni najpierw pozamiatać na własnym podwórku.

Holandia jest tu zresztą najlepszym dowodem podtrzymywanej uporczywie w brukselskich kuluarach hipokryzji, jakoby "mechanizm praworządności" nie został wymyślony ze względu na Polskę i Węgry. Gdyby bowiem był rzeczywiście "neutralny" i dotyczył wszystkich państw UE, to Mark Rutte siedziałby cicho niczym mysz pod miotłą. Wszak jego rząd tylko z trudem potrafi zapanować nad własnymi problemami. Niestety dowiadujemy się o nich wyłącznie z medialnych zajawek, oczywiście tylko z odrobiną szczęścia, bo przeważnie są one usuwane z oczu czytelnika. Otóż Holandia od wielu lat wyczerpuje wszelkie znamiona raju podatkowego. Kraj ów czerpie ogromne zyski z półlegalnych procederów, przez które słabsze państwa członkowskie tracą corocznie miliardy euro przynależnego im dochodu z podatku CIT.

Temat wspólnych ram opodatkowania w UE był dotąd w istocie tematem tabu, podejmowanym z niechęcią także w Brukseli i Strasburgu. Tymczasem według ustaleń dziennikarzy monachijskiego tygodnika "Focus" z samych tylko dochodów CIT pozostałym państwom Unii ubywa rocznie ok. 60 mld euro. Problemem europejskich rajów podatkowytch są nie tylko niskie podatki. Niektóre państwa wprowadzają niskie obciążenia fiskalne, choć daleko im od naśladowania wzorców stosowanych w Holandii, która wręcz zachęca zagraniczne firmy do transferowania do siebie ich zysków. Tymczasem Markowi Rutte zdaje się nie przeszkadzać, że jego kraj jest obecnie największym państwem przesiadkowym dla międzynarodowego kapitału na całym świecie. W Brukseli czy Berlinie do dziś skrzętnie pomija się owe "niedociągnięcia" systemów podatkowych, dzięki którym bogatsze państwa UE żerują na uboższych. Starania o elementarne poczucie solidarności w Europie powinny więc najpierw podjąć państwa na Zachodzie, w każdym razie na pewno nie Polska czy Węgry.

Na szczęście pojawiają się w niemieckim medialnym szumie także inne głosy. Publicystka miesięcznika "Tichys Einblick" Krisztina Koenen twierdzi, że w sprawie Polski i Węgier większość niemieckich gazet zmusza swoich czytelników do zawieszenia zdrowego rozsądku. Według niej rządy obu krajów trzymają się wszystkich zapisów zawartych w unijnych traktatach. Nie ma w nich natomiast śladu o wspomnianym mechanizmie praworządności. 

Jest on wykwitem niemieckiej prezydencji w Radzie Europejskiej, zaplanowaną i celową operacją, mającą doprowadzić do politycznych przewrotów w Warszawie i Budapeszcie 

- pisze Krisztina Koenen. 

Jej zdaniem powiązanie Funduszu Odbudowy UE z mechanizmem praworządności odbyło się w atmosferze moralnego szantażu, mającego ściągnąć na Polskę i Węgry jeszcze większą falę niechęci. 

Teraz wielu ludzi na Zachodzie myśli, że w obliczu groźnej pandemii dwóch złośliwych panów blokuje wypłatę środków dla pilnie potrzebujących 

- czytamy. 

Jak tłumaczy niemiecka dziennikarka, powody utworzenia nowego mechanizmu sięgają znacznie głębiej. W obecnej luźnej formie może on bowiem zawierać wszystko, łącznie z kwestiami społeczno-obyczajowymi oraz systemem edukacji. 

Tego rodzaju artykuły w niemieckiej prasie są jednak nielicznymi kroplami w morzu potrzeb. Kraje jak Niemcy czy Holandia już dawno temu zamknęły się starych schematach myślenia. Dlatego obecnie trudno mówić o nadziei na jakiekolwiek zmiany.
 


Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura