REKLAMA

[Tylko u nas] Waldemar Krysiak: Dlaczego Twitter nie jest prywatną firmą i gdzie teraz znaleźć Trumpa

Każdy już słyszał – Twitter i Facebook postanowiły usunąć sprawującego jeszcze przez ponad dziesięć dni władzę prezydenta Stanów Zjednoczonych ze swoich platform. Powód? Rzekome wspieranie szturmu na Kongres i strach, że obecny POTUS mógłby nawoływać do dalszych zamieszek. Ile jest prawdy w zarzutach stawianych Trumpowi? Czy platformy miały prawo usunąć jego konta? Czy władza ostatecznie przeszła z rąk realnych w wirtualne? Oto moja analiza!
Donald Trump [Tylko u nas] Waldemar Krysiak: Dlaczego Twitter nie jest prywatną firmą i gdzie teraz znaleźć Trumpa
Donald Trump / EPA/MICHAEL REYNOLDS *** Local Caption *** 55005259 Dostawca: PAP/EPA

Zarzuty wobec Trumpa


Nie będę się krył z moją sympatią dla jednego z trzech najbardziej znanych Donaldów. Gdybym nie bał się, że ktoś mi za to w liberalnym Berlinie, gdzie mieszkam, kości połamie, to nosiłbym czapeczkę MAGA. Jego zwycięstwo kilka lat temu śledziłem z wypiekami na twarzy – była to dla mnie noc nieprzespana, ale pełna euforii. Kiedy zdewastowane emocjonalnie, zasmarkane od płaczu feministki krzyczały w bezsilnym gniewie „nooo!”, ja krzyczałem „yesss!”. Trump był moim prezydentem. I był nim mimo swojego okazjonalnego prostactwa, narcyzmu, mimo wszystkich swoich wad. Najbardziej podobało mi się w nim to, że umiał przeciwstawić się nienawidzącym go ślepo i wiecznie próbującym go zniszczyć mediom.

Kiedy więc cierpiące na ostry „Trump derangement syndrome” media zaczęły kolejny raz w ostatnich tygodniach obwiniać go o nawoływanie do przemocy, nie byłem zainteresowany ich wersją wydarzeń. Dopiero po szturmie na Kapitol zacząłem się zastanawiać, czy może Trump faktycznie gdzieś przegiął, a ja zwyczajnie o tym nie wiedziałem. Zacząłem więc szukać wypowiedzi, gdzie Donald miał popierać bezprawie, przemoc i gdzie organizował niby swoją retoryką zamach na demokrację. Nie znalazłem NIC.

No ok, może znalazłem więcej niż nic. Znalazłem jego wypowiedzi, gdzie twierdził, że wybory, w których przegrał, były sfałszowane. Obejrzałem filmiki, gdzie mówił, że się nie podda. Przeczytałem jego posty, w których miał pretensje, że lewicowe media na czele z CNN wyciszają potencjalne oszustwa znad urn. To wszystko co znalazłem przeciw niemu. I ja rozumiem, że umysły przeżarte nienawiścią do Trumpa - „faszysty”, „dyktatora”, „Hitlera 2.0” - interpretują to jako nawoływanie do nienawiści. Ta interpretacja jest jednak prawdziwa tylko w ich głowie.

O wiele łatwiej, niż nieistniejące dowody przeciw niemu, znalazłem takie za nim. Na przykład, przemówienie, w którym absolutnie potępia zamieszki wokół Kapitolu. W przeciwieństwie do lewicowych ideologów, którzy fikali fikołki wokół zamieszek Black Lives Matter, Trump szybko i jednoznacznie odciął się od łamania prawa.

Szybko pobrałem nagranie z tym przemówieniem, przetłumaczyłem je na polski i wrzuciłem na swojego bloga na FB. FB zablokował post po 5 minutach. Nawet się zbytnio nie wyjaśniali – napisali, że video jest niedostępne i tyle. Ci, którzy zdążyli się postem podzielić, pisali mi później z zapasowych kont, że dostali bana.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ale dzielenie się tym nagraniem – tym, gdzie Trump nawołuje do porządku, gdzie potępia przemoc, w którym zaprzecza narracji mediów – było zakazane. Verboten.

Media ustaliły już, jaka miała być rzeczywistość i żadne fakty nie mogły tego zmienić.


To nie są prywatne firmy


Ostatnie dni były dniami cudu. Może nie tak wielkiego, jak niedawny cud Bożego Narodzenia, ale również imponującego: oto komuniści i Julki uwierzyli w świętość własności prywatnej! „Twitter to prywatna firma, może kasować, co i kogo chce!”, „Trump wiele razy łamał zasady na Facebooku, mieli prawo go usunąć!”. Ile razy słyszeliśmy to w ostatnich dniach od ludzi, którzy normalnie uważają, że za drugie, „nadprogramowe” mieszkanie, czy „zbędny” samochód powinno się lądować w gułagu? Ile razy w ostatnich dniach widzieliśmy, jak ci, którzy uważają własność prywatną za burżujski wymysł, wychwalali nagle... własność prywatną? Za wiele!

Bo każdy z tych argumentów to jest błędny. Ignorując smród hipokryzji, otaczający te kapitalistyczne nawrócenie, jest to zwyczajnie nieprawda. Dlaczego?

Facebook, Twitter i podobne im strony, na których każdy może publikować teoretycznie (!) to, co chce, cieszą się federalną ochroną przed odpowiedzialnością prawną za zamieszczane na nich treści. Innymi słowy, nikt nie może zaskarżyć Facebooka czy Twittera za posty, które ktoś na ich stronach umieścił. FB i TT mają bowiem status "common carriers" - powszechnych nośników (informacji) - i nie muszą przyjmować odpowiedzialności za treści swoich użytkowników.

W momencie jednak, gdy:


- zasady platformy są uprzedzone wobec jakichś światopoglądów, np. faworyzują posty progresywne i lewicowe, a cenzurują te konserwatywne

- platformy wprowadzają system waloryzacji/oceny postów (wybiórczy „fact”-checking)

- uniemożliwiają głowie państwa komunikację z obywatelami


w tym momencie platformy przestają być "common carriers", a stają się "publishers" (wydawnictwami), tym samym pozbawiając samych siebie dotychczasowej ochrony prawnej.

Od zeszłego roku socmedia znajdują się w USA w stanie zawieszenia. Wydany w 2020r. dekret prezydencki zmieniał teoretycznie ich status na edytorialny, jednak z powodu biurokracji i Facebook, i Twitter nadal korzystają z przysługujących common carriers przywilejom. Nie mogą więc blokować głosu najważniejszego polityka w kraju. Teoretycznie.


Gdzie jest Trump?


Najlepsze prawo pozostaje martwe, gdy żyje tylko na papierze. Ostatecznie, czy Facebook to nośnik informacji, czy Twitter to wydawnictwo, Trumpa już na nich nie ma. Gdzie więc siedzi Orange Man?

Na Parlerze i Gabie, bo to platformy promujące wolność słowa. Platformy konserwatywne, prawicowe... więc oczywiście znienawidzone przez mainstramowe media.

„Ok, ale czym one się różnią?” - zapyta teoretyczny czytelnik. „Rozmachem!” - odpowiem ja. Parler istnieje od 2018r. i to przede wszystkim apka i socplatforma. Taki czerwono-biały (sic!) odpowiednik biało-niebieskiego Facebooka. Można wrzucać krótkie posty tekstowe, śledzić znane i lubiane osoby, dzielić się obrazkami i nie bać się, że ktoś nas skasuje za jakąś myślozbrodnię.

Gab (2017r.) natomiast to większe, ale też ryzykowniejsze przedsięwzięcie, bo oprócz tego, że na gab.com można wejść od tak – bez apki – to ambicje co do strony są większe. Jej twórca, Andrew Torba, zapowiedział, że portal społecznościowy to nie jedyna jego inicjatywa. W planach jest stworzenie alternatywnego internetu, a nawet produkcja własnych smartfonów.

I Parler, i Gab mają potencjał. Parler jest właśnie przenoszony na prywatne serwery (dotąd był na serwerach Amazona, ale z nich wyleciał; podobny los spotkał instalkę Parlera, która została usunięta z apkowych sklepów, ale nadal dostępna jest na stronie platformy). Gab jest za to agresywnie atakowany jako strona rzekomo antysemicka. Na obu jest Trump. I coraz więcej Polaków.

Co będzie dalej? Co się stanie z Trumpem w momencie, gdy przestanie go chronić sprawowany urząd? Co z walczącymi o wolność słowa Gabem i Parlerem? Czy przetrwają? Czy samowolka socplatform sprawi, że zostaną na nie nałożone rozsądne regulacje? Pożyjemy, zobaczymy!


Ankieta
Czy wziąłbyś udział w Powstaniu Warszawskim?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy wziąłbyś udział w Powstaniu Warszawskim?
Tygodnik

Opinie

Popkultura