REKLAMA

[„TS” Nr 6/2006] Bohdan Cywiński: Łukaszenka nie reprezentuje Białorusi, tak jak Polski nie reprezentował Bierut

Tekst Bohdana Cywińskiego ukazał się w nr 6 "Tygodnika Solidarność" w 2006 roku pt. "Myśląc o Białorusi". Było to niedługo przed wyborami prezydenckimi na Białorusi.
Nieuznawana przez reżim Łukaszenki biało-czerwono-biała flaga Białorusi z herbem [„TS” Nr 6/2006] Bohdan Cywiński: Łukaszenka nie reprezentuje Białorusi, tak jak Polski nie reprezentował Bierut
Nieuznawana przez reżim Łukaszenki biało-czerwono-biała flaga Białorusi z herbem
Wikipedia domena publiczna

Nad naszym obrazem Białorusi dominuje dziś paskudna postać Łukaszenki i jest w tej koncentracji spojrzeń na nim samym oczywisty błąd. Nie reprezentowali rzeczywistej Polski Bierut, Gierek czy Jaruzelski - i podobnie jest z Łukaszenką. Białoruś, to co innego, niż jego państwowy folwark.


Dziewiętnastego marca mają się odbyć wybory prezydenckie na Białorusi. Okoliczność ta sprawia, że temat białoruski odżywa ostatnio w naszej prasie, a może nawet - oby! - w naszym myśleniu. Życzymy Białorusinom dobrze, naszych relacji nie komplikują trudne wspomnienia historyczne, jak to było w przypadku Ukraińców czy nawet Litwinów. Smutkiem i niepokojem napawa nas natomiast ich aktualna sytuacja polityczna. Nad naszym obrazem Białorusi dominuje dziś paskudna postać Łukaszenki i jest w tej koncentracji spojrzeń na nim samym oczywisty błąd. Nie reprezentowali rzeczywistej Polski Bierut, Gierek czy Jaruzelski - i podobnie jest z Łukaszenką. Białoruś, to co innego, niż jego państwowy folwark. Białoruś to ziemia, naród i kultura, których miało nie być od dwustu trzydziestu czterech lat - to jest od pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Odrębna ziemia, naród i kultura, przeszkadzały - i nadal przeszkadzają - Rosji. Miało ich więc nie być, a jednak są. Kosztem wysiłku wielu kolejnych pokoleń. Wiemy i my, co to znaczy. Dlatego przede wszystkim życzymy Białorusinom prawdziwej swobody i niezależności.

Po drugie - życzymy im demokracji. Tu jednak nasze życzenie jest mniej jednoznaczne - bo tę pożądaną dla siebie i dla nich demokrację rozumiemy różnie i w konsekwencji rozmaicie postrzegamy jej najważniejsze cechy i warunki. Najpowszechniej uważamy ją za cechę systemu władzy, która albo rządzi demokratycznie, albo jest autokratyczna i robi, co chce. W tym drugim przypadku bardzo jej nie lubimy, mówimy o niej brzydko i staramy się jej możliwie szybko pozbyć. W zasadzie mamy rację, ale czasem okazuje się, że dopiero po obaleniu władzy niedemokratycznej zaczynają się nie przewidziane wcześniej schody. Porównajmy sytuację ostatniego roku na Ukrainie, bo o kilkunastu minionych latach polskich mówić tu nie zamierzam...

Rzecz w tym, że demokracji nie da się wprowadzić odgórnie, nie zrobi tego ani urzędujący prezydent, ani obalający go rewolucjonista. Do demokracji potrzebny jest demos, czyli dojrzały podmiot społeczny - zbiorowość obywateli. Póki go nie ma, demokracji nie będzie, choćby jakiś zbieg okoliczności usunął tyrana i wszystkich jego ewentualnych następców. Zbiorowość obywateli, czyli ludzi zdolnych podjąć współodpowiedzialność za zbiorowy los, nigdy nie będzie tak szeroka jak naród ani nie będzie stanowić w nim większości. Ciemniaków i egoistów zawsze jest więcej. Niemniej jakaś częstotliwość występowania ludzi o mentalności obywatelskiej wśród ogółu ludności jest dla budowania demokracji konieczna. Bez nich cała budowla będzie fikcją, a co najwyżej domkiem z kart. Czy więc należy sugerować Białorusinom, by obok obalenia Łukaszenki stawiali sobie cel drugi - historycznie nawet ważniejszy: budowanie społeczności obywatelskiej, zbiorowego podmiotu, zdolnego do przyjęcia rzeczywistej odpowiedzialności za to, co się dokonuje w kraju i narodzie? Tak by wynikało z przedstawionego tu toku myślenia, ale chciałbym posunąć się jeszcze o krok głębiej.

Przed państwem jest społeczeństwo, przed społeczeństwem - człowiek. Osoba ludzka, podkreśliłby z naciskiem Jan Paweł II. Otóż na początku białoruskiej drogi ku demokracji jest osoba Białorusina, który po stu pięćdziesięciu latach niewoli rosyjskiej i ponad siedemdziesięciu - koszmaru sowieckiego musi sobie na nowo postawić pytanie o swoją własną tożsamość. Jeszcze niedawno był „sowieckim człowiekiem”, którego „ojczyzna” rozciągała się od Rygi i Lwowa do Kamczatki i Sachalina, dziś ma zdać sobie sprawę z tego, czym jest dla niego własna Białoruś, jej naród, język i kultura.

Był sowieckim poddanym, pozbawionym szansy publicznej inicjatywy i zagrożonym represją, dziś oczekuje się, że zacznie nagle zachowywać się jak obywatel, świadomy swych praw i obowiązków w systemie demokracji parlamentarnej. W dziedzinie pracy zawodowej jeszcze niedawno - od kołchozu do instytutu naukowego - był uczony biernego posłuszeństwa nakazowi i parobkowej obojętności wobec wyników, teraz ma stać się przedsiębiorczy, aktywny i samodzielny. Ma wszystkim wokół pokazać, że da sobie radę sam. Mentalność parobka ma zmienić się w mentalność przedsiębiorcy. I wreszcie sprawa fundamentalna, najtrudniejsza: od trzech pokoleń hodowany był w nakazanym, najbardziej prymitywnym pogaństwie. Nie w świadomym ateizmie, bo on wymagałby osobistej refleksji i samodzielnego wyboru, ale właśnie w niewolniczym pogaństwie, tępiącym wszelkie pytanie o Boga, a niechętnym nawet wobec pytań o człowieka. Dziś obie te dziedziny pytań ujawniają się w tamtejszym społeczeństwie z intensywnością zaskakującą. Od pytań do odpowiedzi droga jest jednak daleka.

Człowiek na Białorusi zmienia się szybko. Minione piętnastolecie oznacza przemianę, o której rozmiarze nie mamy w Polsce pojęcia. Niewątpliwie jednak proces ten jest jeszcze w toku i potrwa zapewne jeszcze jedno-dwa pokolenia.
Białorusin XXI wieku jest jeszcze dzisiaj zagadką. Wiadomo już, że nie będzie kopią Rosjanina ani Polaka, Ukraińca ani Litwina. Mam za sobą pięć lat pracy na paru uniwersytetach białoruskich w różnych częściach tego kraju w okresie 1999-2004, przedtem pracowałem na Ukrainie i na Litwie. Nigdzie poza Białorusią nie spotkałem tylu cech pogranicza kultur różnych, istniejących obok siebie i jakoś od siebie niezależnych. Rusyfikacja językowa Białorusinów, wbrew często spotykanym opiniom cudzoziemców, nie oznacza bynajmniej dominacji kultury rosyjskiej na Białorusi. Przeszkadza temu bardzo szeroko rozpowszechniony stereotyp Rosjanina, jako niedawnego i wciąż groźnego ciemięzcy, reprezentującego „Wschód” i utrudniającego Białorusinom kontakty z wyśnionym, bogatym i kulturalnym „Zachodem”.

I tu odsłania się rzadko u nas dostrzegany aspekt tożsamości Białorusi i specyfiki jej drogi w wyobrażalny dziś wiek XXI. Na świetnej skądinąd konferencji, zorganizowanej 25 stycznia 2006 roku w Centrum Stosunków Międzynarodowych i poświęconej współczesnym szansom demokracji na Białorusi, główny nacisk położony został na problematykę gospodarczą i na wpływ ekonomii na białoruską politykę wewnętrzną i zagraniczną. Było to niewątpliwie ważne i pouczające.

Niemniej odnoszę wrażenie, że największą szansą - i zarazem najtrudniejszym problemem - przyszłej, ale bliskiej już, historii Białorusi okaże się typ jej tożsamości kulturalnej.

Białoruś wyrosła i trwa na pograniczu dwóch wyrazistych i bardzo potężnych kultur: rosyjskiej i europejskiej, która w tym regionie jest reprezentowana głównie przez kulturę polską. Wzajemnie kontrastowe, wyrosłe w odmiennych wspólnotach wyznaniowych i w toku dziejów nastawione do siebie nieprzyjaźnie kultury polska i rosyjska były i są na swych terytoriach narodowych dość jednorodne i pozbawione doświadczeń życia w pluralizmie. W odróżnieniu od nich obu Białoruś zawsze była i dziś jest krajem kultury wielobarwnej, niejako dwuwartościowej - wschodniej i zachodniej, wymieszanej w proporcjach różnych, zależnych od przestrzeni i czasu. Ta sytuacja oznacza nieuniknioną historyczną alternatywę: walka lub współistnienie. Walka - wobec istniejącej proporcji sił - jest dla Białorusi oczywistą tragedią. Współistnienie jest sztuką ciągle trudną, wymagającą mądrości i otwartości na różne sposoby wyrażania wspólnych w istocie wartości. W tym sensie los Białorusi zależy od jej zdolności do współistnienia kultur, a także i do ekumenii żywych na jej terenie wyznań.

Narodów się nie programuje, ich dziejów zaplanować się nie da. Nieskuteczna jest tu jakakolwiek władza polityczna. W szczególnym stopniu odnosi się to do dziedziny kultury i życia ideowego. Poczucie tożsamości kulturalnej społeczeństwa rozwija się częściej i głębiej wbrew tak zwanej polityce kulturalnej, niż zgodnie z jej wezwaniami. Prawda, tyran może ustawiać programy szkolne i plany wydawnicze, ma w ręku telewizję, a do tego za pieniądze podatnika może opłacać bardzo wielu propagandzistów. Może niemal wszystko, ale wynika z tego zazwyczaj niewiele. Najpłodniejsza ideowo, duchowo, okazuje się zazwyczaj oświata zakazana i druk omijający cenzurę. W roku 1998 uczestniczyłem w trzech sesjach „mickiewiczowskich” - w Warszawie, Wilnie i w białoruskim Witebsku. Dwie pierwsze były bardzo uczone i odnosiły się do zamierzchłej, zapominanej już przeszłości. W Witebsku o „Konradzie Wallenrodzie” i o „Dziadach” rozmawialiśmy, jak o literaturze jak najbardziej współczesnej. Znajdowaliśmy tam odpowiedzi na pytania najzupełniej aktualne. Myśląc o białoruskich szansach swobody i demokracji, zawsze przypominam sobie tamto spotkanie. Płynie z niego niełatwy białoruski optymizm - i poczucie bardzo serdecznej bliskości. Cóż, Mickiewicz był przecież stamtąd...
 


Ankieta
Czy Donald Tusk dzieli Polaków?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Donald Tusk dzieli Polaków?
Tygodnik

Opinie

Popkultura