REKLAMA

Arkadiusz Cimoch: Czym jest dzisiejsza UE? I czym powinna być?

Dzisiejsza Unia Europejska jest w praktyce tworem-federacją z głównym ośrodkiem kierowniczym w Berlinie.
 Arkadiusz Cimoch: Czym jest dzisiejsza UE? I czym powinna być?
/ Pixabay.com

Nie ma sensu rozwodzić się nad przykładami potwierdzającymi tę tezę. Każdy nawet średnio zorientowany w arkanach polityki międzynarodowej, wie, iż to oczywista oczywistość. Państwa należące do wspólnoty sukcesywnie tracą atrybuty suwerenności, z prostej przyczyny, w UE obowiązuje konieczność uznawania wyższości prawa „związku europejskiego” nad prawem uchwalanym przez parlamenty państw członkowskich. Powyższy dyktat prawny UE nad państwami wspólnoty kodyfikuje Traktat lizboński, który zastąpił dotychczasowe normy prawne obowiązujące w UE, zawarte w Traktacie w Maastricht. W listopadzie 2018 Angela Merkel otwartym tekstem apelowała do polityków państw unijnych, o zrzeczenie się suwerenności, w uporządkowanej procedurze (nakreślonej w Bundestagu lub gabinecie kanclerz Niemiec?). Oznacza to mniej więcej tyle, że dotychczasowe pozory suwerenności krajów „związku europejskiego” w obowiązujących dogmatach propagandowych, tracą na aktualności. Przechodzimy do kolejnego etapu…

Wielu polityków polskojęzycznych rożnej maści, zapytanych o tożsamość, identyfikuje się jako Europejczycy, a w dalszej kolejności, ewentualnie jako Polacy. Niektóre media, zakompleksieni politycy i gadające głowy w telewizorach przekonują nas, że Polacy „awansowali” do miana Europejczyków w 2004, czyli wtedy, kiedy nastąpiła aneksja do UE. Wynika to albo z ignorancji historycznej, albo ze świadomego odrzucenia katolickich początków tworzenia się polskiej wspólnoty politycznej i zrębów polskiej państwowości w obrębie Europy. Czyli de facto ahistoryczna narracja i fałszywa samoidentyfikacja. Polska, a co za tym idzie, Polacy są w Europie – cywilizcji zachodniej, od 1055 lat, to bezsporny fakt, po prostu. Aktualnie tożsamość europejską uważam za archaiczną. Bo cóż to jest? Wspólne zamieszkiwanie Starego Kontynentu wyznaczonego słupkami granicznymi? Europa do niedawna, prócz nazwy geograficznej oznaczała przywiązanie do określonego systemu wartości, wyrastającego z katolickich korzeni. Dziś w tym konglomeracie erozji moralnej piekielnie trudno wskazać wspólny rdzeń dla narodów europejskich. Co ostało ze starej Europy sprzed rewolucji obyczajowej/seksualnej roku 1968 i ekspansji islamskich przybyszów? Są (jeszcze?) pozostałości architektoniczne (romańska i gotycka architektura), dawne instytucje, uniwersytety i garść symbolicznych właściwie pozostałości po świetności cywilizacji zachodniej. Faktem jest, iż mit założycielski UE odwołuje się do chrześcijańskiej tradycji kontynentu – cywilizacji łacińskiej, na którą wskazywali „ojcowie założyciele”, Robert Schuman, Konrad Adenauer czy Alcide De Gasperi. To akurat bezdyskusyjna prawda (którą próbują negować współcześni „wolnomyśliciele” i „postępowe elity”), bowiem to chrześcijaństwo, z jego jednolitymi zasadami i źródłem wyznawanej wiary, uniwersalną strukturą Kościoła, zakonami religijnymi oraz rycerskimi - będącymi wspólnotami ponadnarodowymi, czy wreszcie uniwersytetami i szkołami kształtującymi ówczesnego mieszkańca Europy - w oparciu o spójny fundament programowy, stały się spoiwem integrującym i kształtującym średniowieczne ludy Europy. Mówiąc krótko, to Kościół katolicki stworzył na gruzach cesarstwa zachodniorzymskiego średniowieczną Europę, przekazując jej mieszkańcom także spuściznę antyku - to, co było w nim najlepsze i nie skażone. Ponadto monarchia Karola Wielkiego (gorliwego katolika), tworząca pierwsze europejskie imperium po upadku Rzymu, wprowadziła na kontynencie wspólny system monetarny, sieć wymiany handlowej i kodyfikację prawa. Taki porządek utrzymywał się do rewolucji protestanckiej, która stała się tragiczną cezurą dziejów, unicestwiając dotychczasową jedność chrześcijańskiej Europy. Później mieliśmy różne próby (skuteczne i kruche) zawierania unii między wspólnotami politycznymi, traktaty i układy międzynarodowe, długoterminowe i krótsze sojusze podyktowane wspólnymi interesami (zwłaszcza militarnymi). Europę doświadczyła katastrofalna w skutkach rewolucja (anty)francuska i wyłoniony po niej okres hegemonii Napoleona Bonaparte. W 1804 wprowadzono we Francji Kodeks Napoleona, który wywarł ogromny wpływ na myśl prawną XIX i XX-wiecznej Europy.

Przejdźmy jednak do czasów mniej odległych. Fuzje chadeckie z XX w. (jakże sprzeczne z koncepcjami chrześcijańskiej demokracji Kościoła katolickiego, rodzącymi się w XIX w.) i dzisiejsze próby integracji polityków o tożsamości katolickiej z politykami o proweniencji heretyckiej czy socjalistami, były i są śmiertelnym zagrożeniem dla narodów europejskich. Do tego konsorcjum wszechwładnych technokratów dołączyli czerwoni, tęczowi i wszelakich odmian rewolucjoniści. I tak pod płaszczykiem owego dialogu i na gruncie wyimaginowanego wspólnego rdzenia chrześcijańskiego (katolików i heretyków), oraz w trosce o sprawiedliwość społeczną obywateli UE – postulaty socjalistów (znane warianty operacyjne każdej rewolucji), prominentni mocodawcy UE forsują prawo kolizyjne z prawem naturalnym, z etyką chrześcijańską, wprowadzają rozporządzenia laicyzujące przestrzeń publiczną, propagują zboczenia seksualne, pod pozorem tolerancji i fałszywie rozumianego chrześcijańskiego miłosierdzia, transferują do europejskich krajów obcych kulturowo i cywilizacyjnie przybyszów z Azji i Afryki. Efekt takiego kombinatu może być jeden: ostateczne pogrzebanie Europy jaką znaliśmy, z kulturalną różnorodnością i dziedzictwem, a zarazem wspólnym depozytem wiary, uniwersalnymi zasadami moralności - ufundowanymi na Dekalogu i katolickiej nauce społecznej. Osią dyskusji czołowych polityków europejskich państw, niegdyś i dziś, było to, czy wspólnotą europejską powinna być federacja, za którą opowiadali się m.in. R. Shumann i Jean Monnet, zwolennik „małych kroków”  w dążeniu do federalizacji, czy raczej „Europą ojczyzn”, za którą opowiadał się Charles de Gaulle (ten sam, który jako jeden z pierwszych decydentów światowej polityki legitymizował komunistyczny marionetkowy rząd B. Bieruta, ze stalinowskiego nadania, i wycofał uznanie dla prawowitego Rządu RP na Wychodźstwie). W 1946 Winston Churchill na otwarciu roku akademickiego w Szkole Politechnicznej w Zurychu nawoływał do stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. W 1948 Kongres Europejski w Hadze (jednym z organizatorów kongresu był Józef Retinger, były doradca gen. W Sikorskiego, szara eminencja Polskiego Państwa Podziemnego, wpływowa postać powojennej polityki europejskiej) postulował podobne pomysły, jednakże koniec lat 40. i początek 50. to nie był okres, w którym entuzjaści „superpaństwa” mogli uzyskać akceptację narodów europejskich, silnie zakorzenionych w swoich tradycjach. Przyjęto strategię „małych kroków” J. Monneta i zaczęto realizować (niestety skutecznie) federację państw, poprzez przedstawienie projektu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, który miał mieć charakter gospodarczy, a de facto przyniósł także ogromne konsekwencje polityczne, stając się podwaliną pod przyszłą UE.

Mimo twardego stanowiska Francji, głównie w osobie Ch. De Gaulle’a, który był nie tylko antagonistą federacji, ale także przeciwnikiem ingerencji USA w sprawy europejskie, podpisywano sukcesywnie układy integrujące czołowe państwa europejskie - traktaty w Rzymie z 1957, konstytuujące kolejne wspólnoty: Europejską Wspólnotę Gospodarczą oraz  Europejską Wspólnotę Energii Atomowej. Kolejne lata przynosiły zacieśnianie integracji i metodyczne zawężania suwerenności państw członkowskich, np. unia celna z 1968, wybory do fasadowego Parlamentu Europejskiego w 1979, porozumienie w Schengen z 1985 – o stopniowym znoszeniu kontroli na granicach i swobodnym poruszaniu się osób będących obywatelami sygnatariuszy porozumienia (umowa została zawarta poza wspólnotowym porządkiem prawnym), aż do Traktatu z Maastricht, ratyfikowanym w 1993 (podpisany w 1992), porozumienie z Madrytu w 1995 – o wprowadzeniu jednolitego środka płatniczego, czyli euro; i Traktatu lizbońskiego z 2007 (wszedł w życie w 2009) obowiązującego do dziś.

Możemy zaryzykować hipotezę, iż to papież Jan Paweł II przekonał ostatecznie Polaków za opowiedzeniem się w referendum o przestąpieniu Rzeczpospolitej Polski do struktur unijnych. Ojciec Święty kładł nacisk na chrześcijańskie korzenie Europy i samej UE, nawoływał do „europejskiej wspólnoty ducha”, licząc z pewnością na to, że naród polski stanie się spirytus movens rechrystianizacji zdegenerowanej moralnie Europy. Wskazywał na to, że Europa powinna oddychać „obydwoma płucami”, czerpiąc z dorobku Wschodu i Zachodu, a Polska będąca przez wieki „przedmurzem chrześcijaństwa” - ostoją katolicyzmu, odegra dziejową rolę. Niestety, kierunek w wielu obszarach okazał się odwrotny, Zachód wskrzesił Lewiatana, który pożera wielowiekowy dorobek cywilizacji łacińskiej, także duchową niezłomność nas, Polaków. Dekadencja panująca w krajach UE, jej kosmopolityczny charakter, konsumpcyjny styl życia większości obywateli UE, i bezdyskusyjny upadek szeregu zasad etycznych, zaczął niczym zgnilizna infekować życie Polaków i przestrzeń publiczną naszej ojczyzny. Potwierdziły się tu prognozy naszego wybitnego historiozofa, Feliksa Konecznego, iż to cywilizacja niższego poziomu, zawsze wyprze tę wyższą, stojącą na wyższym szczeblu organizacji życia społecznego, w naszym przypadku opartej na katolickiej etyce, prawie naturalnym, mówiąc krótko: szlachetniejszą. Trudno precyzyjnie wskazać kiedy nastąpi ostateczny upadek i zgon UE, jednakże możemy ją dziś zdefiniować jako „żywego trupa”, którego koniec nastąpi w niedalekiej przyszłości.  Czy nasz kraj jest przygotowany gospodarczo i militarnie na opuszczenie UE? Raczej nie. W reorganizację obecnego tworu federacyjnego nie wierzę. Mimo zaklinania rzeczywistości i dezinformowania społeczeństwa polskiego przez establishment polityczny III RP, trupa nie da się zabalsamować czy tym bardziej wskrzesić. Należy się raczej zastanowić jak tę iluzję i utopijną „wspólnotę ojczyzn” odesłać raz na zawsze do lamusa. Uważam, że można stworzyć na bazie doświadczeń inne rozwiązania i mechanizmy, które pozwoliłyby odzyskać Europie dawne oblicze świetności, a zarazem zorganizowałyby poszczególne państwa kontynentu w sprawnie działające struktury, ale już bez mrzonek upadłej UE, a raczej na jej gruzach. Jest możliwe zachowanie pełnej suwerenności, własnej tożsamości narodowej przez poszczególne państwa przyszłej(?) wspólnoty, a zarazem współpraca w segmentach ekonomicznych, handlowych, gospodarczych czy w obszarze obronności. Polacy mieli niegdyś wizję silnej i sprawnie funkcjonującej Europy, opartej na koncepcjach „wolni z wolnymi, równi z równymi”, czyli bez dominacji niemieckiej czy dyktatu technokratów brukselskich. Takiej Europy sobie i Czytelnikom w przyszłości życzę.


Ankieta
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Tygodnik

Opinie

Popkultura