[Z Niemiec dla Tysol.pl] Osiński: Kto wygra wybory w Niemczech? Zadyszka Lascheta i "ekologiczny terroryzm" Zielonych

Wyrównany wyścig o fotel kanclerski zachęcił publicystów do snucia rozważań na temat przyszłych konstelacji koalicyjnych. Jedno jest pewne – wtłaczanie rozgrywki o fotel kanclerski w paradygmat wojny ideologicznej nie jest głównym kryterium, jakim kierują się niemieccy wyborcy.
Armin Laschet [Z Niemiec dla Tysol.pl] Osiński: Kto wygra wybory w Niemczech? Zadyszka Lascheta i
Armin Laschet / Wikipedia CC BY-SA 4,0 Raimond Spekking

Wybory do Bundestagu zbliżają się wielkimi krokami. Po ostatniej sondażowej zapaści partii Zielonych media skupiały się już na przyjętej przez bukmacherów za pewnik tezie, że następcą Angeli Merkel zostanie szef CDU Armin Laschet. Tymczasem na finiszu kampanii premier Nadrenii Północnej-Westfalii złapał zadyszkę. Życzliwe mu media piszą wprawdzie tylko o „chwilowym dyskomforcie“, lecz badania nastrojów społecznych nie pozostawiają złudzeń, wskazując wyraźnie na słabnące poparcie dla kandydata chadeków. 

W sondażu przeprowadzonym przez Instytut Civey Laschet ląduje na trzecim miejscu. Zaledwie 17 proc. ankietowanych uważa, że jest on odpowiednim kandydatem na kanclerza. Jest to najgorszy wynik od połowy maja. Na współprzewodniczącą Zielonych Annalenę Baerbock zagłosowałoby 21 proc. W związku z upadkiem popularności szefów CDU i Die Grünen na najwyższym stopniu podium stanął nieoczekiwanie kandydat SPD Olaf Scholz, któremu jeszcze kilka tygodni temu eksperci nie dawali cienia szansy. Obecny wicekanclerz i minister finansów kojarzy się ze zgraną do cna Wielką Koalicją. Obserwatorzy zgadzają się jednak co do tego, że Scholz jest graczem nietuzinkowym, otrzaskanym z arkanami polityki międzynarodowej, nawet jeśli w zderzeniu z rzeczywistością jego postulaty rozpryskują się jak magiczne zwierciadło. Wielu niemieckich wyborców zarzuca mu, że jego partia jest najeżona sympatykami Antify, choć z drugiej strony nie chcą też powierzyć władzy osobom, które przywłaszczają autorstwo cudzych opinii lub nie radzą sobie na własnym odcinku. I co teraz?

Pojedyncze potknięcia Armina Lascheta opinia publiczna traktowała dotąd wyrozumiale, dając mu niejako prawo do rozgrzewki przed odegraniem ważniejszej roli w Kancelarii Federalnej. Kroplą przepełniającą kielich goryczy był zapewne jego bezczelny uśmiech, kontrastujący z zatroskaną miną prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera, który w miejscu katastrofalnych powodzi próbował dodać otuchy dotkniętym nimi ofiarom. Te zdjęcia zniechęciły prawdopodobnie nawet tych, którzy do tamtej chwili nie chcieli dostrzegać wpadek Lascheta. 

W obozie chadecji premier Nadrenii Północnej-Westfalii już od dawna nie cieszy się estymą idealnego następcy Angeli Merkel. Wszak za sprawą wykazania się zdolnością do koncyliacyjnych zabiegów i przeciągania kolegów na swoją stronę złapał w końcu wiatr w żagle. Wyborcy nabrali do Lascheta nieco więcej szacunku, gdy wiosną udało mu się wygryźć chadeckiego konkurenta Markusa Södera, choć walka ta nie była sprawiedliwa. Szef siostrzanej CSU uchodzi wciąż za lepszego kandydata, co potwierdzają nie tylko sondaże, lecz także opinie tuzów CDU jak Wolfgang Bosbach. 

Jednym z dotychczasowych atutów Lascheta w rozgrywce o fotel kanclerski były na pewno jego sukcesy w nadreńskim mateczniku. Ten, kto potrafi kierować tym ważnym krajem związkowym, poradzi sobie również w zarządzaniu całym państwem – przekonywał. Szef CDU powtarzał to zdanie niczym prawdę objawioną, często i niekiedy przy dziwnych okazjach. Co ciekawe, w ostatnich tygodniach z różnych powodów (czytaj: powodzi) już nie padało z jego ust, choć nadal odbija mu się czkawką. 

Odkąd Laschet ubiega się o fotel kanclerza, zapewniał, że Nadrenia Północna-Westfalia to Niemcy w pigułce. Jesli jednak nie radzi sobie ze skutkami powodzi i organizacją pomocy dla poszkodowanych, to staje się zakładnikiem własnej logiki - kto nie radzi sobie w landzie, nie poradzi sobie w kraju. 

- pisze dziennik „Süddeutsche Zeitung”.

Wyczerpanie kredytu zaufania i naznaczony bezradnością wizerunek nie skłaniają Lascheta bynajmniej do rezygnacji z kanclerskich ambicji. Wspólne zdjęcia z Olafem Scholzem w miejscach dotkniętych klęską żywiołową uzasadniają tę pewność na tyle wymownie, że nie trzeba już sięgać po wyjaśnienia politologów. Obaj kontrkandydaci, którzy jeszcze przed dwoma tygodniami nurzali się nawzajem w najostrzejszych polemikach, wysłali wyraźny sygnał – w obliczu topniejących słupków sondażowych nie możemy wykluczyć kolejnej odsłony sojuszu CDU-SPD. Tyle tylko, że tym razem języczkiem u wagi mogą się okazać liberałowie z FDP, którzy nie zamierzają przez kolejne cztery lata przyglądać się poczynaniom rządu z ław opozycji. Wyrównana walka o urząd kanclerski zachęciła więc publicystów do snucia rozważań na temat przyszłych konstelacji rządowych. 

W berlińskich redakcjach można usłyszeć powtarzane z pewnym zaniepokojeniem, na razie szeptem, pogłoski o zawarciu koalicji, która na szczeblu federalnym była do dziś nie do pomyślenia, czyli tzw. „Deutschland-Koalition” (nawiązując do zbieżności barw partyjnych z kolorami flagi Niemiec) z udziałem CDU, SPD i FDP. Nic dziwnego – liderka Zielonych Annalena Baerbock, która dokonała sztuki niepowtarzalnej, przemierzając w ciągu dwóch tygodni drogę od „szarej myszki” do „gwiazdy”, tam i z powrotem, jednych pociąga, a drugich odstręcza. Nie sposób tu ogarnąć całej serii jej błędów – począwszy od bezmiaru niekompetencji w zakresie polityki bezpieczeństwa, a skończywszy na skrajnym braku odpowiedzialności za swój marketing.

Już po wyborach parlamentarnych w 2017 r. FDP odrzuciła opcję rządzenia z Zielonymi, którzy przy stole negocjacji zmienili swój program bez troski o wiarygodność. Projekt niedoszłej „koalicji jamajskiej” nie zostanie raczej ponownie wyjęty z szuflady. To samo dotyczy tzw. „koalicji sygnalizacji” (SPD, FDP, Die Grünen), której jedynym spoiwem byłoby odsunięcie chadeków od władzy. Z drugiej strony w kraju, gdzie poza Alternatywą dla Niemiec (AfD) wszystkie wiodące ugrupowania skręcają w lewo, różnice ideowe czy programowe nie mają już większego znaczenia. W każdym razie nie przeszkadzają w zawiązywaniu egzotycznych sojuszy. Wizję utworzenia „czarno-zielonej” koalicji, w której powodzenie wierzą nadal niezłomnie Laschet oraz Söder, oddalają jedynie sondaże, dające chadekom i Zielonym obecnie minimalną większość, kurczącą się jednak z dnia na dzień.

Swoją niechęć do współpracy z Zielonymi wyraża tymczasem coraz więcej posłów CDU, argumentując, jakoby Annalena Baerbock i Robert Habeck miotali się pomiędzy różnymi skrajnościami – na przykład apelami o redukcję zbrojeń czy graniczącym z naiwnością „terroryzmem ekologicznym”. Radykalnych pomysłów nie szczędzi zresztą sama kandydatka, która kilka dni temu zgłosiła propozycję utworzenia „superministerstwa” ochrony klimatu. Według jej zapatyrywań nowy resort miałby otrzymać środki i narzędzia pozwalające na blokowanie każdego projektu ustawy, który naruszałby zapisy paryskiego porozumienia klimatycznego. Bearbock, która przy aktualnych sondażach przyjęłaby tę tekę z pocałowaniem ręki, nie zainteresowałaby się zbytnio losami polskich czy czeskich firm, które ucierpią wskutek projektu „Fit for 55”. 

Na listach Zielonych widnieją nazwiska najbardziej zacietrzewionych działaczy ruchu Fridays for Future. Po wyborach Armin Laschet musiałby negocjować z frakcją radykałów

- martwi się publicysta Alexander Wendt.

Tymczasem koalicja CDU-SPD-FDP („Deutschland-Koalition”) jest możliwa z kilku powodów. Chadecy i socjaldemokraci współpracują ze sobą nieprzerwanie od ośmiu lat. Niewątpliwie wiele na tym stracili, ale w gabinetach ministerialnych powstały w międzyczasie zażyłe kontakty, przy czym nie brakuje polityków, którzy chętnie pozostaliby w swoich biurach. Natomiast współpracę z FDP ułatwia im fakt, że wśród liberałów znalazło się w ostatnich latach sporo „uciekinierów”. Struktury CDU i SPD znają oni od podszewki, co sprzyjałoby atmosferze przy układaniu przyszłego rządu. Za sygnał zwrotu w nastrojach społecznych uznano zresztą dopięcie analogicznej koalicji w Saksonii-Anhalt, której orędownikiem jest ceniony przez mieszkańców tego landu premier Reiner Haseloff.

Pytanie tylko, czy Olaf Scholz, który sam nie kryje nadziei na objęcie stanowiska szefa rządu federalnego, zgodziłby się na reanimację sojuszu z CDU, gdzie w przeszłości grał zawsze tylko drugie skrzypce. Po marcowych wyborach w Nadrenii-Palatynacie zapewnił, że „przy odrobinie odwagi można stworzyć stabilne rządy bez udziału chadecji”. Od jakiegoś czasu wicekanclerz flirtuje zarówno z Zielonymi jak i postkomunistyczną Lewicą. Scholz już dawno temu stracił nimb „konserwatywnego cudotwórcy”, powstrzymującego rosnące apetyty zagorzałych neomarksistów. Naciski ze strony skrajnie lewicowego wiceszefa SPD Kevina Kühnerta i ubieganie się o stanowisko kanclerza wymusiły na nim porzucenie pozorów pragmatyzmu, narzuconego mu niegdyś przez Franza Münteferinga. Dziś marzy mu się rząd stricte socjalistyczny – oczywiście pod jego przewodnictwem.

Czy jesienią Scholz mógłby się znaleźć w roli gracza rozdającego karty? Aby osiągnąć ten cel, musiałby najpierw obudzić swoją partię z letargu i podnieść jej prestiż, co przy obecnym kierownictwie jest mało prawdopodobne. No i przede wszystkim wyprzedzić Zielonych, którzy mimo wszelkich kryzysów cieszą się nadal dużym poparciem. Rozważania o możliwym sukcesie Scholza nie są jednak zupełnie bezzasadne. Obecny zastępca Angeli Merkel jest jedynym z trojga kandydatów na kanclerza, któremu dotąd nie zarzucono plagiatu. To jeszcze nie wystarczy, by wygrać wybory, choć dowodzi bylejakości niemieckiego życia publicznego. Bylejakości, która prędzej czy później przełoży się na całą Europę. 
 


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe