REKLAMA

[Tylko u nas] Waldemar Krysiak: Powrót socjalizmu, imigranci i LGBT – Niemcy się kończą

Za Niemcami ważny weekend – wybory. Wielkich zmian nie ma, ale prawicowa AfD już nie jest trzecią największą partią, a Zieloni zdobyli 15%, co stanowi najlepszy wynik w ich historii. Dodatkowo berlińczycy zadecydowali w lokalnym referendum, że chcą wywłaszczenia wielkich firm z posiadanych przez nich mieszkań. Oba wydarzenia pokazują jasno kierunek rozwoju naszych sąsiadów: powrót do socjalizmu. Dla mnie jest to żadne zaskoczenie – od lat obserwuję, jak Niemcy się kończą. Najbardziej pomagają im w tym upadku rosnąca bieda, dzika migracja i ideologia LGBT.
grafitti na fragmencie Muru Berlińskiego [Tylko u nas] Waldemar Krysiak: Powrót socjalizmu, imigranci i LGBT – Niemcy się kończą
grafitti na fragmencie Muru Berlińskiego / Pixabay.com

Wychowałem się w Polsce, na Mazowszu, żyłem kilka lat w Szwajcarii, w Bernie, a teraz mieszkam w Berlinie. Czasem tęsknię za Polską, czasem za Alpami i ciągle nie mogę sobie wyrobić zdania o Berlinie. To miasto o dwóch twarzach i ja nie wiem, którą widzę częściej.

Berlin ma niewątpliwie wiele zalet. Już sama wielkość miasta – około 4 miliony mieszkańców – tworzy miejsce, którego nie ma w innych państwach Europy. W Berlinie są fantastyczne muzea, galerie sztuki, zawsze coś się dzieje. Gdyby ktoś chciał, to mógłby spędzić całe wakacje na zwiedzaniu i nadal nie zobaczyłby wszystkiego. Jeżeli chodzi o kulturę, Berlin także staje na wysokości zadania: od pomnika postawionego ku czci legendarnego pierwszego berlińczyka, słowiańskiego kniazia Jaczy von Köpenick, przez zbiory z okresu obu wojen światowych, po wystawy sztuki nowoczesnej – lista Sehenswürdigkeiten nie ma końca.

Berlin jest też miastem, które oferuje wolność – tutaj można być, kim się chce i nikomu to nie przeszkadza. Berlińczycy nie są snobami, nie trzeba więc się nawet stroić na miasto – ulice są pełne eleganckich nowobogackich Deutschrussen i obskurnie obranych studentów z dredami na głowie. Ludzie schodzą sobie z drogi i tylko czasem można się złościć, że jakieś dzieciaki słuchają za głośno muzyki w metrze. Jest pełen luz.

I nawet, jak ktoś nie interesuje się sztuką i historią, to w Berlinie nie będzie się nudził, bo Berlin ma bujne życie nocne. Jakby się uprzeć – i jakby mieć ponadludzkie siły – można by wyjść na imprezę każdego dnia tygodnia. O każdej porze dnia i nocy, bo w niemieckiej stolicy niektóre lokale są otwarte 24 godziny, 7 dni w tygodniu, nawet w niedziele i święta. To miasto nigdy nie śpi.

Wszystko jednak to, co jest zaletą Berliną, jest też jego przekleństwem: w mieście żyje niejeden nieudany artysta, który dawno temu zamienił się w lewicowego aktywistę i marzy o socjalistycznej rewolucji. Przyzwolenie na indywidualizm manifestuje się w obojętności, rozpadających się rodzinach i przyjaźniach, i skazuje ludzi na samotność. Świat imprez zaś, jakkolwiek porywający byłby na początku, prowadzi do uzależnień od seksu i narkotyków. Z jednej strony Berlin jest więc rajem dla głodnych przeżyć turystów i ludzi, którzy potrafią oddzielić się od reszty, z drugiej jednak strony to piekło pełne bezdomnych, którzy wstrzykują sobie meta-amfetaminę do żyły w U-Bahnie. Wszystko karmi tylko ducha socjalizmu/komunizmu, który powoli znowu staje się ciałem i zagraża wolnym mieszkańcom zaodrzańskiej stolicy.

Tego upiora z przeszłości widzę od lat – od ponad sześciu, odkąd mieszkam w Berlinie. I powoli przeraża mnie on coraz bardziej. Przerażają mnie też trzy główne źródła, z których czerpie on swoje siły.


Czerwona zaraza


Berlin i otaczająca go Brandenburgia nigdy nie wyleczyły się z zarazy marksizmu, socjalistyczne idee nadal krążą w umysłach ludzi, a Niemcy – przynajmniej ci dawni obywatele DDR — wspominają z sentymentem minione dekady. Nigdzie nie widać tego lepiej – przynajmniej w czysto intelektualnej formie — jak na uniwersytetach.

Na takich uczelniach jak Universität von Humboldt na korytarzach różnych fakultetów wiszą socjalistyczne plakaty, zachęcające do udziału w lewicowych demonstracjach. To, co jest zbyt radykalne dla znanej uczelni, ląduje natomiast w Poczdamie. Tutaj w drodze do campusów w Neues Palais i leżącym poza granicami miasta Golmie pojawiają się regularnie podobizny Marxa, chwalące walkę z burżuazją i rewolucyjne zrywy. Niektóre części uniwersytetu znajdują się nawet w budynkach, w których za komuny siedziało Stasi. W przerwach między zajęciami nie brak jest też agitacji do lewicowych struktur politycznych. Tutaj młodzież, szczególnie ta okoliczna, jest czerwona. Pierwszy raz zdałem sobie z tego sprawę podczas zajęć... z etnolingwistyki.

Byłem wtedy studentem na pierwszym roku studiów magisterskich. Na seminarium organizowanym wspólnie przez mój uniwersytet i uczelnie z Berlina okazałem się jedynym studentem zainteresowanym badaniem egzotycznych języków. Uniwersytet poczdamski oferował takie tematyczne zajęcia tylko gościnnie, mimo że punkty z nich były konieczne do zaliczenia. Wszyscy inni, którzy trafili ze mną do grupy z etnolingwistyki, byli produktami licencjatu z Poczdamu i obce języki nie były dla nich, lingwistów – paradoksalnie – niczym ciekawym. Oni wszyscy wtłaczaną mieli od lat teorię „wrodzonej gramatyki”, czyli hipotezy socjalisty Chomskiego, który sam włada tylko angielskim i łamanym hiszpańskim.

Większość studentów okazała się studentkami, które były na zajęciach z musu. Spisywanie, tłumaczenie, transliteracja niepoznanych dialektów z amerykańskiej dżungli i rosyjskich stepów okazały się dla nich nudne. Skoro, jak mówił Chomsky, wszystkie języki są niby takie same, to po co badać nowe języki? Ja stałem się więc jedyną osobą, która brała aktywny udział w seminarium. Panienki studentki bawiły się swoimi telefonami i komputerami, a do odpowiedzi zgłaszałem się tylko ja. I nie byłoby w tym może nic dziwnego, jednak... moja aktywność spowodowała gniew jedynego innego mężczyzny w grupie.

Andreas podszedł do mnie po zajęciach i, poprosiwszy mnie na bok, powiedział:

Czy uważasz, że twoje zachowanie było akceptowalne?

Nie wiedziałem, o co mu chodzi, poprosiłem więc o wyjaśnienie. On zaś objaśnił mi wtedy, że... dyskryminowałem obecne w grupie kobiety. Że moje ciągłe „zawłaszczanie głosu w dyskusji” było przejawem „męskiej toksyczności”. Że jako „przedstawiciel patriarchatu powinienem ustąpić i dać możliwość wypowiedzenia się dyskryminowanym kobietom”. Że „wszyscy jesteśmy równi” i że moja aktywność na zajęciach była „problematyczna”.

To był pierwszy raz, kiedy ktoś wprost chciał narzucić mi marksistowską ideologię – urodziłem się za późno, żeby zaznać socjalizmu w PRLu, takie sytuacje znałem więc tylko z opowiadań rodziców. Nie wiedziałem nawet, czy to żart, czy poważna uwaga, odpowiedziałem więc, że „Bozia dała rączki również kobietom i jak chcą, to niech się następnym razem zgłaszają”.

Andreas nigdy już więcej do mnie nie zagadał. Ja jednak nie wiedziałem, że była to dopiero pierwsza konfrontacja z czerwoną zarazą.


LGBT i bezdomni


Parę lat później wiedziałem już, w jakim miejscu się znalazłem i czego oczekiwać od Berlina i okolic. To jednak nie znaczy, że byłem mądrzejszy, ponieważ sam wpadłem w pułapkę innego, choć pokrewnego niebezpieczeństwa: ideologii LGBT. A ideologia LGBT jest w Berlinie nieodłącznie związana z szalonymi imprezami, które pokochałem wtedy autodestrukcyjną miłością.

Tęczowe imprezy odbywają się w niemieckiej stolicy każdego dnia. Wiadomo, nie każdego dnia odbywa się impreza stulecia, ale upić się i naćpać w „wyborowym” towarzystwie można tu dzień w dzień. Szczególnie łatwy jest alkoholizm, bo – zależnie od dzielnicy – jakiś bar zawsze oferuje tzn. two for one, czyli wieczór, w którym pije się za połowę ceny. Szczególnie popularne tego rodzaju wieczory są w tęczowej dzielnicy miasta, ofiarami alkoholizmu padają więc częściej geje. Niektórzy tak organizują sobie tydzień, by codziennie móc się upić i wyrwać kogoś na seks.

Mnie nigdy nie interesował alkohol – wolałem inne narkotyki, szczególnie te, które dawały nieludzkie siły, by przez kilka dni tańczyć do techno. Techno to muzyka, z której słynie Berlin i którą zawsze grają jego kluby.

Imprezy techno znaleźć więc łatwo. A gdzie jest techno, tam jest ecstasy i amfetamina. Wenn alle kauen, doch keiner isst, dann weisst du, dass es Techno ist – jak mówi lokalne przysłowie. Gdy wszyscy żują, lecz nikt nie je, wtedy wiesz, że to techno. Bo amfa powoduje szczękościsk...

Narkotyki imprezowe to jednak tylko pierwsza stacja pociągu szaleństwa – ja na niej wysiadłem, ale wiele osób jedzie dalej. W Berlinie populara jest więc – obok zwykłego „speedu”, „białego” - meta-amfetamina. Jest to narkotyk droższy od wyżej wymienionych, ale starcza na dłużej i mocniej „poniewiera”. Na imprezach widać jest więc narkomanów ze szklanymi fajkami, którzy spacerują po klubowych ogródkach, zaciągając się metalicznym smakiem syntetycznej trucizny. Kiedy narkotyk zacznie działać, te same osoby wracają do klubów, by zapomnieć o swoim nieszczęściu. Z racji tego, że meta-amfetamina pobudza i podnieca, część z tych imprez przeistacza się w orgie na kilkaset lub kilka tysięcy ludzi: jakaś połowa tańczy do ogłupiającego rytmu, a druga kopuluje w kącie lub w specjalnie przygotowanych do tego „dark roomach”. Od czasu do czasu w lokalnych wiadomościach podają, że ktoś zaćpał się na śmierć (ludzie umierają pewnie na prawie każdej większej imprezie, informacje o tym są jednak ukrywane), albo że w mieście wybuchła kolejna mini-epidemia antybiotyko-odpornej kiły. Taka jest cena imprezowego życia i gorzki posmak, który pozostawia w ustach.

Inną ceną jest bezdomność. Raz, że narkotyki kosztują, a dwa — berlińczycy są biedni. W porównaniu z innymi stolicami Europy, niemieckie centrum federalnej władzy wydaje się tylko odrapanym kuzynem. Poza tym ciężkie narkotyki sprowadzają na niejeden umysł szaleństwo. A szalonym trudno ogarnąć podstawy życia. Miasto więc od lat napełnia się bezdomnymi ćpunami. Rano w tych bardziej imprezowych dzielnicach widać, jak brudni, zrozpaczeni ludzie opuszczają imprezowe narkotyki i przesiadają się na brudny crack i substancje go imitujące.

Nietrzeźwy, wykrzykujący wulgaryzmy narkoman, który musiał razem ze swoim kolegą, towarzyszem swojej niedoli, nacinać sobie przedramiona, żeby trafić w żyłę – ten widok kilka lat temu sprawił, że przestałem imprezować. I że zacząłem naprawdę bać się o przyszłość Berlina, gdzie kilka-kilkanaście procent populacji jest na haju raz w tygodniu albo częściej.


Brak mieszkań i Antifa


Moje mieszkanie w Berlinie nie jest duże, ale ja je lubię. Mimo że przeżyłem w nim wiele smutnych chwil, to nikt mi w nim przynajmniej nie przeszkadza – mieszkam sam. Fakt, że mam jakąś prywatność i nie muszę non stop szukać nowego domu, doceniam szczególnie wtedy, gdy znajomi opowiadają mi, jak wygląda w Berlinie szukanie mieszkania.

Przede wszystkim, w Berlinie brak jest mieszkań. Te tereny, które są w centrum i mogłyby być zabudowane, już dawno zabudowane zostały. Jedyne lokale, jakie w strefie A powstają, są nie do opłacenia przez zwykłego zjadacza chleba. Poza tym niewiele się w Berlinie buduje – albo przynajmniej nie buduje się tyle, by sprostać zapotrzebowaniu. Kilka lat temu próbowano nawet zabudować cześć dawnego lotniska Tempelhof, ale stołeczne referendum nie wyraziło na to potrzebnej zgody.

Zmorą berlińczyków są więc tak zwane Gruppenbesichtigungen, czyli grupowe zwiedzania mieszkań. Byłem kiedyś świadkiem takiego zwiedzania:

Nie ma żadnych szans – powiedział wtedy do mnie znajomy, dla którego miałem być na miejscu tłumaczem – Już teraz to wiem.

Na grupowe zwiedzanie mieszkania, które mojego znajomego interesowało, przyszło prawie sto osób. Najpierw wszyscy stali przed budynkiem, potem przyszedł właściciel i wpuścił ich – nas – jednocześnie do środka. Prawie każdy z petendentów miał na twarzy wyraz zrezygnowania, widząc otaczającą go konkurencje.

Mój znajomy mieszkania wtedy nie dostał – nie był zatrudniony na pełen etat i nie mówił po niemiecku. Nie dostały go pewnie też większe rodziny i osoby na zasiłku. Nowo dostępne mieszkania idą – nic w tym, oczywiście, niemoralnego – do tych, którzy mogą zagwarantować stałą zapłatę, trzy czynsze z góry oraz kaucję.

Wieczna pogoń za mieszkaniem albo strach o utratę dachu nad głową to jednak rzeczywistość wielu mieszkańców niemieckiej stolicy. Frustracja, która się z tego rodzi, jest paliwem napędzającym lokalne ruchy socjalistyczne, komunistyczne, anarchistyczne. Najprężniej jedzie na tym paliwie Antifa. I nic w tym dziwnego, bo Antifa obiecuje łatwe rozwiązania, pomoc biednym i całkiem smaczne gruszki na wierzbie. To, że owoce te są zatrute – tego berlińczycy nie wiedzą, albo nie chcą wiedzieć.

Każdego roku więc przez najbardziej lewicowe, najbardziej przestępcze i najbiedniejsze dzielnice miasta przechodzą skrajnie lewicowe demonstracje. Największa jest na 1 maja: Kreuzberg i Neukölln stają się wtedy nieprzejezdne, w sklepach wybijane są szyby, płoną auta. Oprócz lokalnych aktywistów z Antify i organizacji siostrzanych, do rozróbiarzy dołączają tysiące anarcho-komunistów z sąsiednich krajów, często z Włoch i Polski. Podłoga w metrze bębni od ich kroków i okrzyków, a kto krytykuje skrajnie lewicowe organizacje – ten szufladkowany jest jako faszysta.


Inne problemy


Czerwona ideologia, obsesja LGBT i bieda to tylko niektóre z berlińskich problemów. Masowa migracja z Bliskiego Wschodu i Afryki w ostatnich latach przyczyniła się do obniżenia wartości pracy nisko wyspecjalizowanej – w wielu landach problemem są więc niskie zarobki i bezrobocie.

Obcy kulturowo migranci przynieśli też ze sobą przestępczość – blisko 40% tzn. Gewalttaten (gwałty, pobicia, napaści) jest popełnianych właśnie przez obcokrajowców

Swoją rolę w niemieckim upadku odgrywa też niski przyrost naturalny Germanów zza Odry – Niemców rodzi się w Niemczech coraz mniej i kraj, który kiedyś był wzorem świetnej organizacji i przykładem luksusu zamienia się powoli w slums. To nie są już te Niemcy, które znaliśmy i które stawiano nam za wzór.

„Słabe Niemcy to plus dla Polski!” – pomyśli teraz ktoś na koniec, po całej tej liście problemów, z którymi borykają się nasi sąsiedzi. Może tak, a może nie – odpowiem ja. Spadek rangi Niemiec na arenie międzynarodowej może być dla Polski szansą, jasne! Najgorsze jednak pomysły często rodzą się w umysłach najbardziej zdesperowanych i upodlonych. Nie powinniśmy się więc może cieszyć z powiększającej się tragedii Deutschlandu – kto wie, co z tego zła kolejny raz przedostanie się przez Odrę?


Ankieta
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Tygodnik

Opinie

Popkultura