Waldemar Żyszkiewicz: Łuskanie cebuli. Postmodernizm i dezynwoltura

Podczas wystąpień dla mediów kierownictwo resortu przedstawia budzące grozę predykcje, podczas gdy realne dane o faktycznym stanie zmagań z dziwną infekcją SARS-CoV-2 publikują osoby prywatne na Twitterze. I tak od dwóch lat.

Najpierw łódzki maturzysta z roku 2020 Michał Rogalski, zamiast iść na studia zajął się gromadzeniem danych o sytuacji epidemicznej w Polsce. Rozpoczął to, bo – jak sam wyjaśniał – poczuł dyskomfort poznawczy związany z chaosem informacyjnym w mediach. I był taki czas, że zrobiło się o nim dość głośno, że powoływano się na bazę danych, którą wraz z zespołem skrzykniętych na Twitterze wolontariuszy, stale aktualizował na podstawie danych ze stacji sanitarno-epidemiologicznych, z rozbiciem na powiaty, województwa, a także z sumarycznym obrazem sytuacji na terenie całego kraju.

Odwoływali się do zintegrowanych w tej bazie danych dziennikarze, lekarze, badacze, przynajmniej do czasu. Potem sprawa przycichła, ale o przyszłość Michała Rogalskiego martwić się chyba nie trzeba. Jak ujawnił w wywiadzie, udzielonym Gazecie Wyborczej w sierpniu 2020 roku, rezolutny maturzysta-statystyk, pracujący już wówczas dla Lewicy jako grafik komputerowy, zamierzał podjąć studia w zakresie PR i marketingu. Nawet prowadząca z nim rozmowę Miłada Jędrysik nie kryła lekkiego zdziwienia.

 

Propandemiczna propaganda. Jak się to robi

Statystyka, a właściwie infografiki, wykresy, tabelki obrazujące najróżniejsze parametry sytuacji, takie jak liczba wykrytych zakażeń, faktyczne przypadki chorobowe, zgony w odniesieniu do analogicznej liczby mieszkańców, a zwłaszcza do realnego zakresu proliferacji wirusa, przyrosty zakażeń, ciężkich przypadków i zgonów w określonym interwale czasowym – to byłaby naprawdę przydatna wiedza, dająca rozeznanie zarówno ludziom i społecznościom zagrożonym infekcją, jak i tym wszystkim, którzy się z jej skutkami w ramach swych obowiązków zmagają. Byłaby, ale niestety nie jest, bo narzędzi statystycznych używa się nie tyle w celach poznawczych, ile nadużywa w zamiarach propagandowych, np. dla wyprodukowania nieuzasadnionej paniki, dla wytworzenia poczucia bezpośredniego zagrożenia czy wręcz „kowidowej” histerii społecznej.

Jak się to robi? Owszem, zręcznie i perfidnie, ale w zasadzie dość prosto. Wystarczy zamazać różnice pomiędzy różnymi kategoriami: przecież czymś innym jest pozytywny wynik testu PCR RT, który może być zarówno fałszywie pozytywny, jak i fałszywie negatywny, czymś innym – faktyczne, ale bezobjawowe zakażenie (czyli w istocie nosicielstwo patogenu), a czymś jeszcze odmiennym realny przypadek chorobowy, o wielce zróżnicowanych objawach oraz różnym stopniu nasilenia. Natomiast te liczby dziennych „zachorowań”, którymi bombarduje się ludzi od dwóch lat, to są w istocie pozytywne wyniki testu PCR, który ze względu na swą – sygnalizowaną przez producentów! – zasadniczą nieprzydatność do celów diagnostycznych, daje mniej więcej stały odsetek wyników pozytywnych. Toteż zwiększenie wykonywanej dziennie porcji testów produkuje, bo musi, kolejną, entą falę epidemicznych zakażeń. A liczb naturalnych nigdy przecież nie zabraknie.

Tego, co się „robi statystycznie” z liczbą zgonów, żeby utrzymać mit o wysokiej krwiożerczości wirusa, nie powstydziłby się sam mistrz Houdini. Kuriozalne sposoby kwalifikowania powodów śmierci pacjentów, te wszystkie koncepty: „z kowidem, obok kowida, na kowid”... Newsa o kolejnej śmierci tak ustylizowano, żeby wybrzmiał: znana osoba zmarła niestety na ten straszny COVID-19, miała też wprawdzie jakiś niegroźny nowotwór płuc. Albo ten słynny rockman zmarł, bo był antyszczepionkowcem!!! Natomiast info o nadwadze czy zespole Wolffa-Parkinsona-White’a, na który cierpiał od blisko 20 lat słabo się już do opinii publicznej przebija.

 

Globalny Event 2019. Dlaczego się to robi

Potrójna dotacja dla placówki medycznej za zgłoszenie śmierci kowidowej w USA, znaczące dodatki dla lekarzy i części personelu medycznego w Polsce, brak rzetelnej debaty wśród specjalistów wirusologów, epidemiologów, lekarzy, blokada skutecznych leków hamujących namnażanie się wirusa w zainfekowanym organizmie, medialna stygmatyzacja wszystkich, którzy wykazują słabe punkty tej dziwnej zadekretowanej zarazy... Gdyby nie fakt, że idzie o ludzkie życie, o prawo do godnego odejścia w otoczeniu bliskich, o tysiące niepotrzebnych, nadmiarowych śmierci, spowodowanych brakiem dostępu do leczenia, gdyby nie fakt, że idzie o sprawy ostateczne – należałoby kpić z niezdarności promotorów tej globalnej, mocno steatralizowanej „pandemii” oraz ich posłusznych lokalnych imitatorów i wykonawców.

Po dwóch latach – to odnosi się do całego zachodniego świata! – widać wyraźnie, że operacja Event 2019... nie wynika bynajmniej z troski o zdrowie czy życie mieszkańców naszej planety. Nie, to raczej próba obalenia zachodniej cywilizacji, zuchwała próba przekształcenia tradycyjnych państw narodowych, owszem, mocno ułomnych, wciąż niezbyt sprawiedliwych oraz nie dość demokratycznych – w rodzaj globalnej tyranii sanitarnej przez samozwańczą grupkę oligarchów, którzy niczym przyczajona korporacja, w rodzaju Manchurian Global z filmu Jonathana Demme’ego Kandydat (Manchurian Candidate, 2004), toczy z nami niewypowiedzianą, ale przecież dotkliwie odczuwalną i śmiertelnie groźną wojnę.

Po co się to robi? Najwyraźniej po to, żeby wykonać jakiś dziwaczny plan zaaplikowania wielu miliardów dawek eksperymentalnego preparatu przeszło siedmiu miliardom zamieszkujących obecnie Ziemię ludzi. I gdyby promotorom tego „wielkiego resetu” (termin Klausa Schwaba) szło jedynie o niewyobrażalny haracz finansowy, o którym już jakiś czas temu wspomniał szczerze Bill Gates, tłumacząc powody swej biznesowej przesiadki z IT na koncerny farmaceutyczne, żeby szło tylko o to...

Tak, mam świadomość, że dla wielu osób wybrzmi to jak kolejna tzw. teoria spiskowa. Żeby tylko jeszcze polemiści szermujący takim zarzutem, chcieli pamiętać, kto i w jakim celu ukuł i spopularyzował ów epitet dla osłonięcia własnych niecnych spiskowych praktyk. Żeby chcieli wziąć pod uwagę, że powszechne dzieje ludzkości to w sporej mierze właśnie gęsta sieć intryg, spisków, zamachów, przewrotów, rewolucji – niekiedy udanych, innym razem skazanych na fiasko, często zresztą wzajemnie sobie przeciwdziałających. Szczerze? Też wolałbym się móc bez tego obyć... Gdyby jednak było inaczej, czyż potrzebne byłyby państwom wywiady, służby specjalne, terroryści?

 

Szczepionki Gatesa, inwestycje Fauciego, przestrogi dr. Malone’a

Cóż, załóżmy roboczo brak premedytacji, czyste intencje i godną humanisty chęć zmierzenia się z realnym wyzwaniem, które w postaci nietoperza wyleciało z jaskiń chińskiej prowincji Yunnan albo północnego Laosu, by zagrozić istnieniu rodzaju ludzkiego. Tyle że ten wirus cokolwiek nieudany: słabo proliferuje i dość niechętnie zabija. Chyba że się go nie leczy, respektując kolejne zalecenia WHO Ghebreyesusa i czekając na mocne zapalenie płuc u osoby zakażonej. A tę następnie pod respirator. Z mantrą Gatesa / Fauciego na ustach, że tylko skuteczna szczepionka rozwiąże sprawę.

Zaraz, ale czy ten Gates ze swym programem wyszczepiania nie został już pogoniony z Indii, po licznych przypadkach bezpłodności, a nawet śmierci dziewcząt i młodych kobiet po preparatach przeciwko HPV? A Fauci, czy to ten sam, który miał sporo zainwestować w firmy z Chin współpracujące z chińską armią, narażając przez to na szwank bezpieczeństwo narodowe USA? Albo te „bezpieczne i skuteczne” szczepionki koncernu Pfizer? Czy to z nich zrezygnowała Japonia, po otrzymaniu poufnych materiałów z badań, zresztą wewnętrznych badań Pfizera, na temat możliwych powikłań u osób zaszczepionych?

W Wietnamie pod koniec minionego roku zawieszono szczepienie preparatem tej firmy, gdy ponad setka dzieci z powodu trudności oddechowych po zastrzyku mRNA znalazła się w szpitalu. W Hanoi 18 niemowląt pomiędzy drugim a szóstym miesiącem życia zostało podobno przez pomyłkę zaszczepionych antykowidowym preparatem Pfizera. Dzieci zostały przeniesione do innej placówki i wzięte pod obserwację. Ale w tym państwie były również śmiertelne przypadki po zaszczepieniu preparatem Comirnaty: zmarło troje dzieci i kilkoro dorosłych osób. Jednak zwolennicy szczepień twierdzą niezmiennie, że wobec potężnego zasięgu akcji to naprawdę znikomy odsetek.

Wypadki śmierci dzieci i nastolatków wkrótce po szczepieniu miały miejsce w wielu krajach, w tym również w Niemczech. Bywa jednak, że takie przypadki nie są zgłaszane i uwzględniane w oficjalnych statystykach. Dr Robert Malone, wirusolog oraz immunolog, który był współtwórcą technologii mRNA, wzywa teraz rodziców, by chronili swe potomstwo przed tymi szczepieniami, gdyż właśnie w przypadku dzieci oraz ludzi młodych, zdrowych i wysportowanych ryzyko szkód poszczepiennych ze śmiercią włącznie jest o wiele wyższe niż ryzyko zachorowania czy ciężkiego przejścia przez samą infekcję.

Niemal w tym samym czasie, gdy we Wrocławiu zmarło dwoje studentów AWF po wymaganym przez uczelnię zaszczepieniu się przeciw modnemu wirusowi, wiceminister Waldemar Kraska ogłosił, że w Polsce zdarzyły się jedynie 33 przypadki śmierci osób do dwóch tygodni po przyjęciu preparatu, ale brak dowodów, że ich śmierć miała jakiś związek przyczynowy z reakcją na szczepionkę. Ciekawe światło na tę asertywność wiceszefa resortu zdrowia rzuca rozmowa, jaką Klaudia Klinger z Dziennika Gazety Prawnej (15 grudnia 2021, https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/8314447,szczepionka-na-covid-nop-smierc-statystyki.html, dostęp 22 stycznia 2022) przeprowadziła z dr. hab. Iwoną Paradowską-Stankiewicz, profesor Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego Państwowego Zakładu Higieny (NIZP PZH).

 

Po szczepionce jeszcze nikt nie umarł...

Według prof. Paradowskiej-Stankiewicz, nikt w Polsce nie umarł po szczepionce, mimo że raport dotyczący NOP-ów na stronach PHZ wskazuje na 90 takich przypadków. Jak to możliwe? – dziwi się dziennikarka. Pani profesor tłumaczy, że o tych śmierciach „nie wiemy, czy były efektem szczepień. Albo inaczej: nie podejrzewamy związku przyczynowo-skutkowego”. To tylko zbieżność czasowa. A dalej mamy do czynienia z prezentacją dość zaskakującej metodologii: okazuje się bowiem, że przypadki śmierci w tabeli związanej z NOP znalazły się tam jedynie dlatego, że lekarz je zgłosił. A „samo zgłoszenie do tabeli nie przesądza o tym, że dane zdarzenie jest efektem szczepienia”.

„Zbieramy dane, aby je analizować” – deklaruje prof. Paradowska-Stankiewicz. I to jeszcze brzmi całkiem rozsądnie. Ale ponieważ sporej części danych o zgonach towarzyszy uwaga wykluczająca ich związek ze szczepieniem, to dociekliwa Klaudia Klinger pyta o sposób dojścia do tych wniosków. I słyszy w odpowiedzi, że badań, jakie by to umożliwiały, po prostu się nie prowadzi, bo lekarze nie mają stosownych możliwości po temu. No to może Ministerstwo Zdrowia robi badania wykluczające związek zgonów z podaniem preparatów? – nie ustępuje dziennikarka. I w odpowiedzi słyszy: „Ministerstwo prowadziło kontrole w niektórych przypadkach. Żadna nie wykazała związku. Ale oczywiście nie badano wszystkich zgłoszeń”.

Jednym słowem, asertywne wypowiedzi kierownictwa MZ o braku przypadków śmierci poszczepiennej mają swe źródło w postawie skrajnej dezynwoltury badawczej lub postnowoczesnej epistemologii. „Nie mamy pańskiego płaszcza i...”. Na analogicznych podstawach opierają się buńczuczne hasła propagandowe o skuteczności akcji wyszczepiennej. Zastrzyki miały chronić przed zakażeniem i dalszą transmisją wirusa, ale nie chronią. Na Twitterze dr Marek Sobolewski, specjalista od metod ilościowych z Politechniki Rzeszowskiej, na podstawie oficjalnych danych resortu zdrowia klarownie wykazuje, że np. wśród osób zakażonych między 10 a 16 stycznia br. w większości kategorii wiekowych odsetek zaszczepionych przeważa i to sporo – od 12 do 23 punktów procentowych! – nad odsetkiem niezaszczepionych. Tylko w przedziale 65-74 lat przewaga zaszczepionych zmniejsza się do 6 pkt. proc., aby osiągnąć równe wartości w najwyższej kategorii wiekowej: 75-84 lata.

Inaczej mówiąc, oświadczenia ministrów Niedzielskiego i Kraski, że straszny omikron zbiera żniwo głównie wśród niezaszczepionych, delikatnie rzecz ujmując, nie polegają na prawdzie. Co gorsza, preparaty zwane szczepionkami nie tylko nie chronią przed wirusem, lecz – według ustaleń badaczy z renomowanego przecież Instytutu Roberta Kocha – prowadzą do nieuchronnej dewastacji ludzkiego systemu odporności. Nazwa VAIDS, czyli poszczepienny zespół nabytego niedoboru odporności, wydaje się zresztą znamienna.

Sztuczne nadymanie statystyk zakażeń i kowidowych śmierci, przy jednoczesnym ukrywaniu liczby poważnych i definitywnych szkód poszczepiennych, to droga donikąd. Najwyższy czas na zasadniczą zmianę metod radzenia sobie z laboratoryjnie podkręconym, ale humanitarnie słabnącym wirusem.  

 

 

Waldemar Żyszkiewicz

(22 stycznia 2022)

 

pierwodruk: Obywatelska. Gazeta założona przez Kornela Morawieckiego, przywódcę Solidarności Walczącej nr 263, 28 stycznia do 10 lutego 2022


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe