Waldemar Żyszkiewicz: Sprawa MIG-ów albo szara mgła wojny zastępczej

O myśliwcach MIG-29 nikt już nie pamięta. W odmętach mgły wojny propagandowej utonęło wiele późniejszych i ważniejszych spraw: wyjazd Czterech do Kijowa, Joe Biden w Jasionce, nadawanie numeru Pesel obywatelom Ukrainy... Ale rozważania Mariana Piłki zasługują na uwagę, choćby ze względu na wyrażoną wprost tezę o obłudnej polityce USA.
MIG-29 w polskich barwach Waldemar Żyszkiewicz: Sprawa MIG-ów albo szara mgła wojny zastępczej
MIG-29 w polskich barwach / Wikipedia GDFL 1.2 Chris Lofting

Zacznijmy od uporządkowania pojęć. Clausewitzowska mgła wojny odnosi się przede wszystkim do niepełności oraz niepewności danych o celach i zasobach przeciwnika w teatrze działań militarnych, ale w dzisiejszych czasach, przy ogromnych możliwościach pozyskiwania precyzyjnej informacji w polu (zwiad satelitarny, drony) uwzględnia zwłaszcza działania dezinformacyjne i propagandowe, obliczone w równej mierze na opinię publiczną stron uczestniczących w konflikcie, jak również na postrzeganie tych zmagań przez podmioty postronne, czyli państwa sojusznicze, wrogie lub neutralne.

Zróżnicowana sieć powiązań między państwami, megakorporacjami czy organizacjami międzynarodowymi, technika umożliwiająca kreację propagandowych symulakrów (tj. obrazów, które nie mają żadnych realnych odpowiedników), oraz występująca systemach demokratycznych konieczność odnawiania mandatu władzy po upływie kadencji – wszystko to sprawia, że uprawianie polityki bez efektywnego systemu totalnej propagandy stało się praktycznie niemożliwe. I wbrew pozorom, w tzw. demokracjach jest to znacznie bardziej niezbędne niż w żywotnej i w miarę sprawnej autokracji.  

 

Wojny są wprost nieprzyzwoite

Trauma dwóch okrutnych i ludobójczych wojen światowych sprawiła, że w drugiej połowie dwudziestego wieku mówienie o wojnie (nawet obronnej, czyli sprawiedliwej) stało się nieprzyzwoite, a dla polityków wręcz kompromitujące i grożące szybką utratą władzy. Ale ponieważ mimo moralnego potępienia wojny jako narzędzia realizacji polityki sprzeczności interesów w świecie wcale nie zniknęły, a także dlatego że mocarstwa oraz państwa do tej ligi aspirujące bez wojny właściwie nie mogą sprawnie funkcjonować, więc pojawiły się w użyciu nieco przyzwoiciej brzmiące nazwy, takie jak: operacje pokojowe, misje stabilizacyjne, ewentualnie interwencje w obronie praw człowieka albo ustanawiania demokracji czy walki z terroryzmem. I to zupełnie przecież wystarcza dla zaspokojenia apetytów lobbies militarno-przemysłowych oraz – co ważne! – pozostaje do zaakceptowania dla antywojennie usposobionych obywateli państw Zachodu.

Po epoce „zimnej wojny” i przy niechęci do pełnoskalowej wojny gorącej, pojawiły się niekoniecznie całkiem nowe, ale jednak nieco odmienne sposoby militarnego ścierania się zbrojnych formacji stron ze sobą walczących. Takie zdecentralizowane i zróżnicowane sposoby prowadzenia walki, w tym w cyberprzestrzeni, albo ograniczone ataki gorące na istotne fragmenty krytycznej infrastruktury przeciwnika, które nie angażują regularnych, umundurowanych oddziałów, noszą miano wojen hybrydowych. Niekiedy biorą w nich udział formacje zawodowych najemników, jak Grupa Wagnera, lub prywatne armie najemnicze, czyli firmy z nazwy ochroniarskie, jak np. Blackwater, dziś Academi, podobno na cześć Platona, której rzutkim założycielem jest Eric Prince, eks-żołnierz Navy Seals.

O wojnie hybrydowej, od zajęcia Krymu w roku 2014 przez ludzi odzianych na zielono „w sorty zakupione wraz z bronią w pobliskim sklepiku z militariami”, aż do najazdu wojsk Federacji Rosyjskiej na Ukrainę w lutym br. mówiło się niemal bez przerwy. Dość podobnie, choć na różne sposoby, Rosja Putina oraz Ukraina przedstawiały sytuację na terytoriach tzw. zbuntowanych republik Donieckiej i Ługańskiej, gdzie bezpośredni konflikt po roku 2014 został niejako zamrożony. Ale o wojnie proxy, wojnie zastępczej, prowadzonej przez pośredników, w związku z działaniami militarnymi na Ukrainie dotąd się właściwie nie mówiło.

 

Starcie Rosja – USA na terytorium Ukrainy

Ciekawie, wnikliwie i kompetentnie o wojnach zastępczych (w anglosaskiej literaturze przedmiotu: Proxy Wars) pisze dr Filip Bryjka, specjalista w zakresie nauk o bezpieczeństwie, którego rozprawę poświęconą tej właśnie problematyce opublikował niedawno Polski Instytut Spraw Międzynarodowych (F. Bryjka, Wojny Zastępcze, Warszawa 2021).

O ile wojny hybrydowe od klasycznych konfliktów zbrojnych różni sposób ich prowadzenia (prócz działań konwencjonalnych, również nieregularne, z wykorzystaniem terrorystów czy przestępców), o tyle istotą wojny zastępczej pozostaje raczej instrumentalizacja konfliktu, która zaspokajając cele oraz interes polityczny stron sporu, przenosi działania militarne na terytorium podmiotu zastępczego, co umożliwia przynajmniej jednej ze stron na uniknięcie bezpośredniego udziału w walkach zbrojnych. Choć oczywiście nieraz bywało, że obie walczące ze sobą strony posługiwały/wysługiwały się siłą żywą różnych podmiotów zastępczych.

Precyzyjna definicja wojny zastępczej musiałaby uwzględniać wiele czynników systemowych, lecz na potrzeby tego tekstu wystarczy przyjąć, że jest to wojna, w której co najmniej jedna z prawdziwie aktywnych stron sporu nie bierze bezpośredniego w nim udziału, ograniczając się do wsparcia sprzętowego, wywiadowczego, logistycznego, finansowego, a także propagandowego walk toczonych na jakimś terenie zastępczym.   

Najczęściej podmiotami sporu są państwa, ale w dobie potężnych korporacji o sile finansowej przekraczającej nieraz wielokrotnie budżety nawet średniej wielkości krajów, zdarzają się również podmioty pozapaństwowe. Co więcej, moc współczesnej, systemowo kontrolowanej propagandy potrafi nie tylko zdemonizować obrazy przebiegu samej „gorącej wojny”, ale także zmistyfikować fakty dotyczące jej realnego charakteru, łącznie z idealizacją czy ukryciem prawdziwych stron sporu, dalekosiężnych celów, jakie sobie stawiają, a nawet – odczłowieczając i demonizując przeciwnika – odwrócić rozpoznanie relacji agresor versus ofiara.

 

Kto może być trollem Putina

Gdy tylko te nieszczęsne MIG-i spadły z medialnej agendy, pojawił się temat salonki jadącej do Kijowa, z delegacją pod przewodnictwem Janeza Janszy, premiera Słowenii, sprawującej niedawno prezydencję w Unii Europejskiej. Ale pojawiły się też mocne zapewnienia, że sprawa rzekomych zlokalizowanych na Ukrainie amerykańskich laboratoriów z bronią biologiczną to zwykły fejk/fake rozprowadzany w sieci przez armię trolli Putina. Nieco mnie to stropiło, bo osobiście dowiedziałem się o tych laboratoriach z rozmowy republikańskiego senatora Marka Rubio, uznawanego za nieformalnego rzecznika lobby wojskowo-przemysłowego w Kongresie, z Victorią Nuland, od blisko dekady szefową Biura ds. Europy i Eurazji w Departamencie Stanu, wcześniej pełniącą funkcję ambasadora Stanów Zjednoczonych przy naczelnym dowództwie NATO w Brukseli.

Warto przy tym pamiętać, że prywatnie pani Nuland jest żoną Roberta Kagana, jednego z czołowych neokonserwatystów, który zachęcał prezydenta Busha Jr. do ataku na Irak, a swe polityczne poparcie dla Republikanów wycofał dopiero w roku 2016, gdy nominację tej partii otrzymał Donald Trump. Szafowanie określeniem „rosyjskie trolle” wobec Victorii Nuland i senatora Rubio nie wydaje mi się stosowne ani roztropne. Tym bardziej że aktywne zainteresowanie pani Nuland sprawami ukraińskiego państwa dało się już zauważyć w roku 2014, gdy nagrano jej rozmowę telefoniczną, w której dezawuowała kompetencje i ambicje Witalija Kłyczki, aspirującego do stanowiska premiera rządu w Kijowie. W rozmowie z ówczesnym tamtejszym ambasadorem USA żona Roberta Kagana z trójki potencjalnych kandydatów: Kłyczko – Tiahnybok – Jaceniuk jasno wskazała na Arsenija Jaceniuka, który faktycznie premierem Ukrainy został.  

Niezręczność telefonicznej konwersacji sprzed ośmiu lat można było zbyć, przemilczeć, wreszcie złożyć na karb kobiecej opryskliwości. Tym razem jednak nie mieliśmy do czynienia z „prywatną rozmową dyplomatyczną”, lecz z oficjalnym wysłuchaniem pani Nuland przed senacką komisją ds. polityki zagranicznej. Sprawozdanie z bieżącej aktywności USA na Ukrainie, zwłaszcza w kontekście trwających tam działań wojennych pozostaje raczej w domenie informacji publicznej. Zwłaszcza wobec nasilających się w światowych mediach informacji o pewnej liczbie zlokalizowanych tam bio-laboratoriów o niejasnym profilu oraz przynależności.    

Zapewne właśnie dlatego senator Rubio zadał Nuland pytanie: Czy Ukraina dysponuje bronią chemiczną lub biologiczną?

 

Kłamstwo grozi śmiercią cywilną

Senator z Florydy, eksponent interesów ludzi twardych, niedzielących włosa na czworo, spodziewał się raczej prostego i zdecydowanego zaprzeczenia. Czegoś w rodzaju: Nie, nie ma na Ukrainie takiej broni. Tymczasem Victoria Nuland zaczęła mówić o czymś innym, niejako ignorując jego pytanie. Powoli, zacinając się i wahając, w sposób ostro kontrastujący z właściwym jej stylem wypowiadania się oraz z rzucającym się w oczy brakiem asertywności, mówiła o „obiektach” na Ukrainie, które służą do badań, i które nie powinny wpaść w ręce wojsk rosyjskich, i że Amerykanie wspólnie z Ukraińcami robią wszystko, żeby do tego nie dopuścić, bo gdyby te materiały badawcze wpadły w ręce Rosjan, to ho, ho...

Zaskoczony tymi wywodami senator Rubio przerwał nieoczekiwaną i raczej szkodliwą dla amerykańskich interesów szczerość pani Nuland, pytając, czy w jej ocenie, gdyby doszło do użycia broni chemicznej lub biologicznej, to ze stuprocentową pewnością zrobiłaby to strona rosyjska? Po czym z wyraźną ulgą wysłuchał zapewnień pani polityk, że tak właśnie by było, że absolutnie ma rację.

Jak objaśnić ten wypadek przy pracy osoby, która niewątpliwie dużo wie, a jednocześnie nie ma problemów z ekspresją swoich poglądów? To proste. Victoria Nuland zacukała się, usiłując w dość niezbornej wypowiedzi zagadać prawdę, ale jednak nie skłamać. W Warszawie politycy już tego nie rozumieją, w Stanach to wciąż obowiązuje: osoba publiczna złapana na ewidentnym kłamstwie traci zaufanie publiczne, a wraz z nim prestiż i pozycję. Można by ten fenomen określić mianem pragmatycznie pojętego honoru, ulokowanego nie tyle pośród imponderabiliów, lecz w szeroko pojętej materii życia publicznego.

Słynna pierwsza poprawka do Konstytucji zapewnia obywatelom USA m.in. prawo do ekspresji poglądów i opinii, jednak przyłapanie na kłamstwie co do faktów, w tym zwłaszcza faktów związanych z funkcjonowaniem agend federalnego państwa, pełnieniem funkcji czy sprawowaniem urzędów publicznych – grozi wciąż śmiercią cywilną, jest po prostu niedopuszczalne. No, prawie niedopuszczalne, bo dr. Fauciemu, przyłapanemu wiele razy na oszczędnym gospodarowaniu prawdą, wciąż uchodzi to na sucho. W tej sprawie Donald Trump niestety zawiódł!      

 

Fact-checkerzy, Fauci i tęczowa propaganda

W erze przedinternetowej niekorzystne dla władzy czy służb przecieki neutralizowano etykietką „teoria spiskowa”. Dziś to za mało, dlatego powołuje się grupy zadaniowe mające siać dezorientację w sieci. Nie ma większych i bezczelniejszych kłamców niż ci różni fact-checkerzy. Przez dwa lata nie odkryli tak oczywistej sprawy, jak fakt, że wirus został laboratoryjnie uzłośliwiony, a Tony Fauci za blisko 9 mln USD kupił u renomowanego wirusologa poświadczenie nieprawdy. Nie odkryli też, że testy PCR RT nie mają żadnej wartości diagnostycznej, choć mówił od tym od razu ich wynalazca. Nie zauważyli, że świat został sparaliżowany (o)błędnymi dyrektywami WHO... Wielu jeszcze faktów nie odkryli, bo nie było na to płatnego zlecenia.

Aha, miało być przecież o MIG-ach. Marian Piłka (nie on jeden zresztą) uważa, że winniśmy byli je Ukraińcom dostarczyć. Pomijam fakt, że przy używaniu i serwisowaniu tych maszyn z wykorzystaniem polskich lotnisk, orzeczenie tzw. casus belli, nie wymagałoby wcale arbitralności Putina. A do wojny, wbrew temu co się roi niektórym krajowym jastrząbkom, Polska naprawdę nie jest dziś zdolna. Sami do tego stanu przez trzydzieści lat kraj doprowadzili.

Ale gdyby nawet dać po cichu, pod stołem, te nasze MIG-i, bez tromtadracji i pośrednictwa Josepa Borrella, to maszyn z NATO-wską awioniką Ukraińcy wcale nie mogliby od razu wykorzystać. Równo rok temu wojskowi doradcy Białego Domu sugerowali zaopatrzenie lotnictwa Ukrainy w te posowieckie myśliwce... Byłby czas na ich dostosowanie lub przeszkolenie pilotów. I co? Obecna administracja zignorowała te zalecenia.

Na wewnętrznym dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie prezydent Stanów Zjednoczonych niezwykle ekspresyjnie domagał się kresu rządów Putina. Ale jego sztabowcy wkrótce to zdementowali. Kłania się książę Aleksander Gorczakow. Natomiast parę tygodni wcześniej Joe Biden nie widział problemu w „małym wtargnięciu” wojsk Federacji Rosyjskiej na terytorium Ukrainy. I te rewelacje POTUSA Biały Dom również dementował. Pytanie, które dementi obowiązuje teraz. A które będzie ważne jutro?

W jednym Marian Piłka z pewnością ma rację: polityka mocarstw zawsze jest obłudna. Jeżeli dziś chwali Polaków była ambasadorka USA w Warszawie, która dotąd na nas tylko pokrzykiwała albo natarczywie wymachiwała tęczowym banerem, to powinniśmy się poważnie nad sobą zastanowić.

 

Waldemar Żyszkiewicz

(2 kwietnia 2022)    

 

pierwodruk: Obywatelska. Gazeta założona przez Kornela Morawieckiego, przywódcę Solidarności Walczącej nr 268, 8 do 21 kwietnia 2022

 


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe