[Tylko u nas] „Zrobiono ze mnie kozła ofiarnego”. Funkcjonariuszka Służby Więziennej twierdzi, że została bezpodstawnie wydalona ze służby

– Wyjście z jednostki to jest takie ryzyko zawodowe, to każdego może spotkać. Ale dla kobiety, matki, człowieka, który wie, że nie złamał prawa, pobyt na dołku jest nie do opisania. A wszystko przez to, że to jest sprawa na skalę całej Polski. Chciano ze mnie zrobić kozła ofiarnego – mówi Katarzyna Lewandowska, przez dziewięć lat pełniąca służbę jako funkcjonariusz Służby Więziennej w Areszcie Śledczym na warszawskiej Białołęce. Pani Katarzyna mówi o kulisach postępowania, które się wobec niej toczy, i jego konsekwencji, czyli utracie pracy, która, według niej, nastąpiła bezpodstawnie.
 [Tylko u nas] „Zrobiono ze mnie kozła ofiarnego”. Funkcjonariuszka Służby Więziennej twierdzi, że została bezpodstawnie wydalona ze służby
/ fot. M. Żegliński

– Przez niemal dekadę pełniła pani funkcję wychowawcy na oddziale mieszkalnym w Areszcie Śledczym na warszawskiej Białołęce.

– W tym roku mija mi 10 lat służby, ale ostatni rok zabrano mi z życiorysu. Służbowego i prywatnego.
Na pewno Pani słyszała, co działo się na warszawskiej Białołęce we wrześniu 2020 roku. Funkcjonariusze CBŚ wyprowadzili z jednostki funkcjonariuszy w ramach afery dotyczącej tzw. zorganizowanej grupy przestępczej. Funkcjonariusze działali w porozumieniu z osadzonymi (w związku z aferą dotyczącą m.in. handlu narkotykami, alkoholem i telefonami komórkowymi w Areszcie Śledczym na warszawskiej Białołęce zatrzymano dwudziestu funkcjonariuszy Służby Więziennej, czterech gangsterów i trzy adwokatki. Mózgiem działalności był m.in. odsiadujący wówczas wyrok na Białołęce Andrzej Z., ps. Słowik, w przeszłości jeden z liderów mafii pruszkowskiej – przyp. BM).
Po tym wydarzeniu dostaliśmy od przełożonych polecenie, żebyśmy prowadzili tzw. nasłuch, czy osadzeni komentują to wydarzenie. Pewnego dnia oddziałowy, z którym współpracowałam na jednym oddziale, przyszedł do mnie do pokoju i przekazał mi informację, że osadzony z innego oddziału powiedział, że inny osadzony utrzymuje, iż jego oddziałowy też jest zamieszany w tę aferę korupcyjną. Kolega zwrócił się o opinię, co ma zrobić. Ja mówię: „Słuchaj, jest coś takiego jak czynności profilaktyczne, my to mamy w obowiązkach. Według procedur w tej sytuacji ja idę do osadzonego i rozmawiamy. Żeby ta informacja była wiarygodna, poprosimy, by osadzony napisał nam oświadczenie z tej rozmowy”. Tak zrobiłam. Z oświadczeniem poszliśmy razem z oddziałowym do przełożonego zajmującego się czynnościami profilaktycznymi w jednostce. Przekazaliśmy informację, przeszła ona również przez ręce dyrektora głównego jednostki.
10 sierpnia 2021 roku, drugiego dnia po powrocie z trzytygodniowego urlopu, ok. godz. 11:30 przyszli funkcjonariusze CBŚ, wyprowadzili mnie z oddziału i z jednostki pod zarzutem próby matactwa. Osadzony zeznał, że ja go zmusiłam do napisania oświadczenia i że go straszyłam, że straci pracę w oddziale mieszkalnym.

– Spodziewała się Pani, że po napisaniu notatki służbowej mogą Panią spotkać takie konsekwencje?

– Absolutnie się nie spodziewałam, proszę pani. Ja miałam kopię tego oświadczenia w swoich dokumentach. Tak się robi w naszym środowisku pracy. W przeszłości były takie przypadki, że notatki były przekazywane przełożonym, a potem ginęły. Dlatego mam całą kopertę kopii swoich notatek służbowych na wypadek takich właśnie sytuacji. Lubię się zawsze zabezpieczać, tak mnie uczyli starsi funkcjonariusze i ja też tego uczę młodszych. Poza tym staram się trzymać regulaminu i nigdy w życiu nie pozwoliłam, żeby na moim oddziale odstąpiono od jakichkolwiek przepisów. Za to osadzeni niezbyt mnie lubili.
Po tym, jak mnie zatrzymano, przeszukano mi pokój i szafkę, w której miałam mundur. Przez cały czas przeszukiwania nikt z przełożonych nie potrafił mi powiedzieć, czy mogą poinformować moją rodzinę o zatrzymaniu, czy nie. Dla mnie to było bardzo ważne, żeby na czas przeszukania mieszkania mąż zabrał dzieci z domu. Mam dwoje dzieci, córka miała wtedy 12 lat, a syn – 5. Na szczęście, kiedy dotarliśmy do mojego miejsca zamieszkania, dom był pusty.
Wie pani, w takiej sytuacji człowiekowi po prostu świat się załamuje. Stres, który przechodziłam, jadąc z jednostki do domu, nie wiedząc jeszcze, co się ze mną dalej stanie, co się w ogóle dzieje, jest nie do opisania.
Przeszukano mieszkanie i wróciliśmy z powrotem do Warszawy. Już jak byliśmy w domu, to pani funkcjonariusz CBŚ poinformowała mnie, żebym sobie zabrała najpotrzebniejsze rzeczy, żebym się przebrała w wygodne dresy, pochowała po sobie rzeczy. „Wie pani, ma pani małe dziecko, a dzieci są mądre i one zauważą, że pani tu była, musi pani tak zrobić, żeby nikt tego nie zauważył” – powiedziała. I poinformowała mnie, że noc spędzę na dołku policyjnym.
Wcześniej trochę już okrzepłam, ale w tym momencie znowu padłam psychicznie. Oczywiście do pracy funkcjonariuszy CBŚ nie mam żadnych zastrzeżeń, oni wykonywali swoje obowiązki z pełnym szacunkiem dla mnie.

– Gdzie Panią zabrano?

– Trafiłam na komendę rejonową na ul. Jagiellońskiej. Kontrola osobista. Musiałam zdjąć biustonosz, z dresów uciąć pasek, cela była monitorowana. Bród, smród i ubóstwo. Pająki. Nie przełknęłam nawet kawałka chleba, bo stres był taki duży. Wie pani, jestem funkcjonariuszem, kobietą, matką… Nawet dziś wspomnienia wzbudzają we mnie silne emocje.
Moja noc na dołku wyglądała tak: płacz, chwila spokoju, łyk wody i ciepłej herbaty. I wiadomo, modlitwa, myślenie, co będzie i czy ja w ogóle wrócę do dzieci. Pani z CBŚ w dniu zatrzymania powiedziała do mnie, żebym sobie zrobiła rachunek sumienia. Bo ja wiem, co zrobiłam, a czego nie.
Wcześniej zapytano mnie, jak wróciliśmy z przeszukania mojego mieszkania, czy czegoś potrzebuję. Mówię, że wypadałoby zadzwonić do męża, bo na pewno się martwi. Wcześniej napisałam mu kartkę, jaka jest sytuacja. Oczywiście sprawdzono mi jej treść. Z jednostki tak naprawdę nikt z przełożonych nie poinformował mojej rodziny, oprócz jednego funkcjonariusza, mojego kolegi, który zadzwonił po prostu do męża i powiedział, jaka jest sytuacja.
Następnego dnia ok. godz. 10:00 zawieziono mnie do prokuratury. Prokurator mnie przesłuchał, oczywiście z hukiem, straszył mnie. Na początku rozmowy nie poinformował, że mam prawo nic nie mówić, że mogę zeznawać w obecności obrońcy. W końcu zaprowadzono mnie do prokuratora głównego, prowadzącego to postępowanie i wraz z dwoma innymi funkcjonariuszami we trójkę zaczęli na mnie huczeć. Żebym się przyznała, żebym powiedziała, jak było, dlaczego ja bronię innych funkcjonariuszy i tak dalej.
Na co dzień pracuję w bezpośrednim kontakcie z osadzonymi i nasłuchałam się, jak takie przesłuchania wyglądają, więc myślałam już tylko o tym, żeby powiedzieć prawdę i nie dać się zmanipulować. Żeby jak najszybciej wrócić do dzieci.
Na końcu przesłuchania prokurator pokazał dokument, który został wysłany faksem krótko przed tymi zeznaniami, że mój mąż ustanowił mi obrońcę z wyboru. I dopiero się ocknęłam: „Boże! Ja mogłam mu w ogóle nic nie mówić!”. Ale człowiek żyje w tym momencie emocjami.
Byłam zatrzymana na 48 godzin. Kolejną noc też spędziłam na dołku. To chyba już tak po złości na dwie nocki mnie przetrzymano, żeby jeszcze bardziej mnie dobić psychicznie. Zresztą prokurator straszył mnie, że już szykują dla mnie miejsce w jednostce. „Zobaczy Pani dzieci po roku czasu, to pani może zmądrzeje, pani nie powinna być funkcjonariuszem służby więziennej” – mówił. Nie wierzyłam, że tak się może zachować człowiek, który pełni to stanowisko. Tego dnia zjawił się też już mój adwokat i mogłam trzeci raz zeznać w jego obecności w siedzibie CBŚ.
Kolejny dzień. Mój adwokat został poinformowany, co się ze mną dzieje, i już wiedział, że mam być o 10:00 w prokuraturze, bo będzie decyzja, czy dostanę tymczasowy areszt, czy środek zapobiegawczy. Czekaliśmy razem z adwokatem na tę decyzję. Wychodzi pan prokurator i śmieje się: „No, to co, Pani Katarzyno, tymczasowy areszt na trzy miesiące?”. Spojrzałam na niego: „Chyba Pan żartuje” – mówię. A on na to: „Tak, żartowałem”.

– Jednak Panią wypuszczono.

– Prokurator jeszcze na odchodnym powiedział do mojego adwokata: „Dobrze, że się pan zjawił, bo już pani Katarzyna była szykowana do jednostki we Wrocławiu”.
Pojechaliśmy po moje rzeczy na dołek, dostałam postanowienie w prokuraturze i wypuszczono mnie za poręczeniem. Dostałam dozór policyjny, raz w tygodniu musiałam się stawić do jednostki w swojej miejscowości. Poza tym zakaz wydawania paszportu, opuszczania kraju i oczywiście zawieszenie w czynnościach funkcjonariusza służby więziennej.
Zaczęliśmy pisać wnioski o uchylenie tego środka zapobiegawczego. Prokurator trzykrotnie nam odmówił. Powoływał się na to, co działo się z funkcjonariuszami z tamtej sprawy korupcyjnej, że oni się poprzyznawali. Podstawa uzasadnienia była słaba. 30 września miałam konfrontację z osadzonym, który się przyznał, że po prostu kłamał. Więc w praktyce te wszystkie moje zarzuty zostały już obalone.
17 stycznia prokurator uchylił mi najdalej idący środek zapobiegawczy, czyli zawieszenie w czynnościach służbowych. Teoretycznie wtedy mogłam wrócić do pracy.
W lutym miałam sprawę o zażalenie na odmowę uchylenia całościowo środka zapobiegawczego przez pana prokuratora. Sąd bez mrugnięcia okiem uchylił cały środek zapobiegawczy, pomimo że częściowo on był już uchylony.
Potem było zażalenie na zatrzymanie, ale ono zostało utrzymane w mocy, ponieważ sędzia stwierdziła, że na tamtą chwilę prokurator miał podstawę do tego, żeby mnie zatrzymać.

– Wróciła Pani w styczniu do pracy?

– Nie. W mojej jednostce nie chciano, bym wróciła, bo przecież wciąż miałam prowadzone postępowanie w prokuraturze. Argumentowano, że to by źle wpływało na funkcjonariuszy i na dobro służby.
Jutro więc mija rok, odkąd jestem zawieszona w czynnościach funkcjonariusza służby więziennej (rozmowa została przeprowadzona 9 sierpnia – BM). W lipcu odwieszono czynności dyscyplinarne wobec mnie, które wcześniej wszczęto, a potem zawieszono. Wezwano mnie na rozmowę. Na niej pojawił się dyrektor jednostki, były rzecznik dyscyplinarny, czyli p.o. kierownik ochrony w AŚ na Białołęce. Ustawa mówi, że czynności dyscyplinarne powinno się prowadzić w taki sposób, żeby zachowana została zasada domniemania niewinności. Tymczasem tak została przeprowadzona ta dyscyplinarka, że nic, co mogło zostać wykorzystane na moją korzyść, na przykład moja konfrontacja z osadzonym, nie zostało wykorzystane. Gdy czekałam na decyzję, kierownik kadr zapytała, czy będziemy się odwoływać. A jeszcze nie wydano oficjalnie decyzji! Zobaczyłam tylko, jaka jest kara, ręce mi opadły, zawinęłam się na pięcie i wyszłam z tej jednostki razem z adwokatem. Dyscyplinarne wydalenie ze służby.
Na szczęście to jeszcze nie jest ostateczna decyzja. W tym czasie nawiązałam kontakt z panem Piotrem Ornochem z NSZZ „Solidarność”. On pomógł mi napisać odwołanie od tej decyzji do dyrektora okręgowego. Poszło wotum zaufania w jednostce. Ludzie podpisywali się pod pismem o treści, że jestem niewłaściwie zawieszona, że dotychczas pełniłam służbę w sposób wzorowy, zgodnie z przepisami dotyczącymi naszej służby.

– Jaki te działania przyniosły skutek?

– Kara wydalenia ze służby na razie jest nieprawomocna i teraz dopiero zaczyna się walka. Została powołana komisja, która ma zbadać sprawę. Z tego, co już nieoficjalnie wiem, jest szansa, że postępowanie zostanie cofnięte do ponownego rozpatrzenia. Walczą o mnie zakładowe związki zawodowe i NSZZ „Solidarność”. Jutro miałam być wydalona ze służby, ale prawdopodobnie to się przeciągnie. Bo w momencie, kiedy składane jest odwołanie od tej kary, zaczyna się proces odwoławczy i decyzja dyrektora jest wstrzymana. Dopiero gdyby dyrektor okręgowy potwierdził decyzję, wówczas byłaby ona prawomocna i byłoby można ją wykonać. Nie wiem, kiedy to może nastąpić.

– Od roku czeka też Pani również na wynik postępowania prokuratorskiego.

– Tak i jest to dla mnie trudny czas. Miesiąc przed zatrzymaniem zdałam egzamin do szkoły oficerskiej. Jeden z najlepszych wyników w naszej jednostce. Straciłam miejsce, a byłabym już teraz oficerem. Straciłam też zdrowie, bo po tym zdarzeniu była mi potrzebna pomoc psychiatry. Wie pani, wyjście z jednostki to jest takie ryzyko zawodowe, to każdego może spotkać. Ale dla kobiety, matki, człowieka, który wie, że nie złamał prawa, pobyt na dołku jest nie do opisania.
A wszystko przez to, że to jest sprawa na skalę całej Polski. Chciano ze mnie zrobić po prostu kozła ofiarnego.
Nadal toczy się postępowanie prokuratora w tej sprawie. Ono od maja właściwie stoi w miejscu. Podobno do zamknięcia brakuje m.in. opinii biegłych psychiatrów na temat osadzonego, który mnie pomówił.
Nie wiem, co będzie dalej. Za te miesiące, w których jestem zawieszona, pobieram połowę uposażenia. A wydatków mam sporo. Bronią mnie świetni adwokaci, ale to jest ich praca i ponoszę koszty z uwagi na ich obronę. W tej chwili to już jest 27 tys. zł.
Ale ja nie odpuszczę. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Będę walczyć do ostatniej sekundy. Jeszcze nie wszystko stracone.

***

Po przeprowadzeniu wywiadu okazało się, że 5 sierpnia dyrektor okręgowy Służby Więziennej w Warszawie karę wydalenia ze służby pani Katarzyny przekazał do ponownego rozpatrzenia. Mimo to pani Katarzyna została zwolniona 11 sierpnia. – Mimo prośby, jaką złożył mój obrońca, wykorzystano inny przepis i zwolniono mnie z uwagi na upłynięcie 12 miesięcy zawieszenia – powiedziała pani Katarzyna. I dodała: – Od zawsze chciałam pracować w SW. Szanowałam mundur i godnie go nosiłam. W dniu, kiedy oddałam legitymację, zrobiłam to z honorem. Zostawiłam kawałek swojego serca. Nie dano mi szansy dalej służyć.

Wiceprzewodniczący Rady Krajowej Sekcji Służby Więziennej NSZZ „Solidarność” Piotr Ornoch na pytanie, czy można wydalić ze służby osobę, która odwołała się od decyzji dyrektora jednostki i wobec której przecież dalej toczy się postępowanie dyscyplinarne, dodał: – Przepisy w tym zakresie są dość niejasne i łatwo wykorzystać je na swoją korzyść. NSZZ „Solidarność” zawsze wybiera dialog. Sądy to ostateczność.

Zapytaliśmy też rzecznik prasową Aresztu Śledczego na Białołęce o okoliczności zatrzymania i zawieszenia pani Katarzyny, a także o jej wcześniejszą pracę, ale do momentu publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Postępowanie przeciwko Pani Katarzynie Lewandowskiej prowadzi Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu Do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Warszawie.

[AKTUALIZACJA] Już po opublikowaniu wywiadu, 18 sierpnia otrzymaliśmy odpowiedzi na pytania dotyczące pracy pani Katarzyny i okoliczności jej zawieszenia od Zastępcy Dyrektora Aresztu Śledczego w Warszawie-Białołęce ppłk Anety Maickiej. Napisała:
„(...) Informuję, że wskazana w zapytaniu osoba była funkcjonariuszem Aresztu Śledczego w Warszawie-Białołęce. Została zawieszona w wykonywaniu obowiązków służbowych na wniosek prokuratora, w związku z postawionymi zarzutami karnymi. Po upływie 12 miesięcy zawieszenia, na mocy ustawy, nastąpiło ustanie stosunku służbowego”.
Nadal czekamy na odpowiedzi od Biura Prasowego Prokuratury Krajowej na temat tego, na jakim etapie znajduje się toczące się wobec p. Katarzyny postępowanie.


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe