loading
Proszę czekać...
avatar
Waldemar Żyszkiewicz

Waldemar Żyszkiewicz: Szamani na wulkanie. Zarządzanie dysonansem poznawczym
08.12.2017
Newsy w rodzaju „Piąty szczyt unijny europejsko-afrykański w Abidżanie” odpuszczam zwykle blotką trefl, bo jeśli nawet podczas takich wyjazdów integracyjnych zdarzy się coś naprawdę ciekawego, to i tak nie przebije się w doniesieniach oficjalnych mediów. Tym razem stało się inaczej, w czym niewątpliwa zasługa przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska.

Donald Tusk, screen YT
To właśnie Donald Tusk, grasejując w charakterystyczny dla siebie sposób i odnosząc się do ustaleń szczytu w sprawie jak najszybszej likwidacji targu niewolników, podobno gdzieś na przedmieściach Trypolisu, zapowiedział nie tylko ewakuację jednego z 43 zlokalizowanych w Libii obozów z migrantami, ale także pilne ukaranie zarabiających na tym procederze handlarzy żywym towarem.

Zagrożonych utratą wolności ochronić, sprzedanych już w niewolę uwolnić, handlarzy i przemytników dopaść i przykładnie ukarać. Ręce same składały mi się do oklasków, ale coś mi w tym przeszkodziło... Uświadomiłem sobie bowiem, że brak w tej wypowiedzi naprawdę istotnego elementu, że informacja jest daleko niepełna.
 
CNN nadało impet politykom
No, bo proszę: są ofiary działań przestępczych, czyli zwykle młodzi, zdolni do wysiłku fizycznego mężczyźni, ewentualnie młode, mogące stanowić erotyczną atrakcję kobiety. Są jacyś twardziele (bojówkarze? przemytnicy? pośrednicy?) czerpiący profity z zawsze zyskownego handlu ludźmi i... Problem w tym, że o nikim więcej nie zająknął się ani przewodniczący Tusk, ani nie wspominały też komunikaty w mediach.
Czego zabrakło w tej dość sensacyjnej informacji? To oczywiste, zabrakło mi choćby najkrótszej wzmianki o nabywcach, bez których handlarze nie mogliby prosperować. Jeśli w demoliberalnym, opartym na regule transakcji świecie nie byłoby klientów zainteresowanych kupnem niewolników, to nie byłoby procederu. Podaż pozbawiona popytu nie ma przecież sensu.

Filmik wyemitowany przez CNN robi dziwne wrażenie. Niewiele widać, słychać wypowiadane liczby, które mogą być odgłosami licytacji. Ale czego licytacja dotyczy i co w istocie owa scena przedstawia, raczej nie odważyłbym się przesądzać. Czy to naprawdę sprzedaż ludzi gdzieś w Libii? Grozę rodzą dopiero komentarze oraz wykładnie zewnętrzne w stosunku do oglądanych obrazów. A jeśli 37-sekundowa sekwencja to tylko inscenizacja, rodzaj teatru telewizji na świecie, ilustrujący zresztą realny, wcale nie wydumany problem?

Wspominam o tym, bo przecież na tej przesłance zgromadzenie ludzi odpowiedzialnych, było nie było, za całą Afrykę oraz sporą część Europy, oparło swoje skądinąd potrzebne decyzje. Może szkoda tylko, że decyzja o szybkiej ewakuacji dotyczy zaledwie ułamka marzących o cywilizacyjnym awansie migrantów, gromadzących się w Libii przed próbą dość desperackiego desantu stamtąd do Europy.
 
Szamani od symulakrów
Coś dziwnego stało się z mediami w ciągu kilku ostatnich dekad. Zamiast przykładnie, tak jak u swych początków, zdawać relację z tego, że coś istotnego gdzieś się stało, wyciąganie wniosków, a zwłaszcza konstruowanie osobistego poglądu na świat zostawiając odbiorcy newsów, współczesne media, a raczej ich właściciele, stawiają sobie znacznie ambitniejsze zadanie.

Wiąże się to oczywiście z relatywnym zmniejszeniem się globu ziemskiego (łatwość i szybkość podróżowania) oraz tzw. bombą informacyjną, czyli skokowym wzrostem liczby oraz szybkością transferu informacji. Ten informacyjny nadmiar danych (redundancja) wymusza ostry ich przesiew, a co zatem idzie – przy odejściu od rzetelnych i merytorycznych kryteriów wyboru – umożliwia arbitralne tworzenie z nadmiarowych zbiorów zupełnie różnych obrazów rzeczywistości.

Świat, jaki jawi się czytelnikowi polskiej edycji „Newsweeka” czy „Wyborczej”, w niczym nie przypomina Polski z „Naszego Dziennika” czy choćby „Tygodnika Przegląd”, lecz stanowi wręcz antypody opisu rzeczywistości rekonstruowanej po lekturze „Tygodnika wSieci”. Ambicją sugerowania odbiorcy określonego obrazu świata kierują się również media elektroniczne (radio, telewizja, portale internetowe).

Dziś formułowania wniosków i ocen nie zostawia się swobodnemu kaprysowi czytelników, lecz raczej próbuje się ich pozyskać dla gotowej już (właściwej ideowo, politycznie, światopoglądowo) wizji świata. I wbrew pozorom, nie jest to wyłącznie nasza krajowa specjalność, jak często twierdzą szermierze antypolonizmu.

Wytrwałym i znającym odpowiednie języki polecam wymowny eksperyment, polegający na lekturze popularnej prasy w sąsiednich i kulturowo pokrewnych krajach. Np. takich jak Polska i Słowacja, Dania i Szwecja, Belgia i Holandia, że już o parach sąsiedzkich w rodzaju Polska i Niemcy, czy Niemcy i Francja nie wspomnę.

Odmienność w doborze zdarzeń, całkiem różne ich interpretacje, inny koloryt oraz background kulturowy... Konkretyzując, ludzie żyjący po dwóch stronach Bugu, Odry czy cieśniny Sund dysponują daleko bardziej zróżnicowanymi obrazami świata niż wynikałoby to z czysto przestrzennego, całkiem bliskiego sąsiedztwa. Dlaczego? Bo o ich ‘widzeniu’ rzeczywistości w sporej mierze decydują właśnie szamani od mediów.
 
Polityczne harce na Twitterze   
Od kilkunastu lat w zawody z fachowcami od mediów tradycyjnych puścili się trolle sieciowi. Ich prawo, kto siecią – jak w starożytności retiarius – wojuje, ten często z ciężkozbrojnym secutorem wygrywa. Ale internetowe ostępy bywają zdradliwe. Niby wszystko (lub prawie wszystko) w nich wypada, ale przecież chyba nie każdemu.

Szczególnie wciągające, ale i niebezpieczne są tzw. portale społecznościowe. Niejeden już i niejedna mieli kłopoty w szkole lub w miejscu pracy z powodu zbyt szczerego wyznania czy z nadmierną dezynwolturą zamieszczonego zdjęcia. Przypadek córki Jana Antoniego Vincenta-Rostowskiego jest tutaj wręcz emblematyczny.

Moje nieodmienne zdumienie budzi też ‘uprawianie polityki’ na Twitterze. O ile, jestem w stanie zaakceptować fakt i uwierzyć, że prezydent Trump, od dawna ekscentryk i oryginał, dokonuje tych wpisów osobiście, kontaktując się ze swymi zwolennikami niejako ponad głowami wrogich sobie mediów, o tyle dziwią mnie oficjalne konta takich postaci jak choćby papież Franciszek. Wydaje się dość mało prawdopodobne, aby korzyści płynące z tego (pozornie bezpośredniego) kontaktu przeważyły uszczerbek, jaki dla powagi sprawowanego urzędu niesie uleganie przejściowej przecież modzie.

To samo odnosi się zresztą do urzędu prezydenta Rzeczypospolitej. Z zadowoleniem przyjmuję aktywną rolę Andrzeja Dudy w wytyczaniu ważnych dalekowschodnich szlaków w polityce zagranicznej, toteż wiadomości o rezultatach wizyty pary prezydenckiej w Wietnamie naprawdę mnie ucieszyły, w przeciwieństwie np. do wieści sprzed blisko dwóch lat o wymianie tweetów z właścicielami (-lkami) kont o dość niekonwencjonalnych nazwach, jak to przysłowiowe już i do dziś w pamięci zbiorowej obecne ‘Ruchadło leśne’.
  
Szczerze mówiąc, o ile mogę zrozumieć motywy, zwłaszcza młodych ludzi, którym Instagram czy Facebook pozwala (pozornie) wyjść z anonimatu, a niekiedy faktycznie ułatwia kontakt z krewnymi, tak często dziś rozproszonymi po świecie, o tyle twitterowe przepychanki między zawodowymi dziennikarzami zdecydowanie mnie dziwią. A już faszerowanie informacyjnych portali internetowych newsami, jak to Marzena Paczuska komuś w cięty sposób ripostowała i co usłyszała w odpowiedzi, traktuję jako zdecydowane nieporozumienie.

Zwłaszcza w sytuacji, gdy wciąż brak np. rzetelnej oraz przekonującej analizy sytuacji geopolitycznej, bo zapraszani do mediów specjaliści od polityki zmieniają wykładnie jak rękawiczki. Raz, ich zdaniem, Chiny z Rosją mają iść przeciwko USA, a niewiele później słyszymy o kolejnym resecie w polityce Stanów Zjednoczonych, które podobno szukają w Rosji sojusznika do rozprawy z Chinami lub (co najmniej) z Koreą Południową.
 
Robić wodę z mózgu  
Podobnie obrotowe bywają interpretacje meandrów polityki unijnej, symbiotycznych relacji Republiki Federalnej Niemiec z Federacją Rosyjską Putina czy też przyczyn fiaska naszej polityki wschodniej, które objawia się m.in. w niezbyt dla polskiej strony zadowalających relacjach z Ukrainą. Ale jeśli zostawić nawet geopolitykę na boku, to i tak zapracowany Polak, który zawodowo zajmuje się czymś innym, nawet w przypadku tak swojskiej problematyki jak ciągnący się już od wielu tygodni serial pod nazwą „Rekonstrukcja rządu”, żyje w stanie ciągłego dysonansu poznawczego.
 
Brak przejrzystych i spójnych interpretacji procesu tzw. dobrej zmiany, brak rzetelnego opisu stanu, w jakim nasz kraj znajduje się u progu zimy 2017, po dwóch latach sprawowania władzy przez rząd premier Beaty Szydło, to główny i ciężki grzech mediów w Polsce. Przynajmniej tych mediów, które szczerze identyfikują się z polską racją stanu oraz interesem narodowym wspólnoty zamieszkującej terytorium Rzeczypospolitej.

By nie mnożyć przykładów jałowego okładania się pod hasłem ‘kto kogo’, których na co dzień mamy aż nadto... Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w zaburzeniu proporcji między informacyjną a ideologiczno-perswazyjną funkcją mediów. Przekładając to na praktyczny konkret: zbyt wiele treści w naszych mediach pochodzi od rozpolitykowanych (i uczestniczących w politycznych utarczkach) dziennikarzy, a zbyt rzadko korzysta się w nich z wiedzy specjalistów, którzy w danej sprawie są w stanie powiedzieć coś istotnego, nowego, poszerzającego dotychczasową perspektywę.
 
Schengen służy zbrodniarzom?  
A wracając do pytania początkowego, o pominięcie w newsie o handlu żywym towarem problemu nabywców... Wygląda na to, że jest ich w Unii Europejskiej po prostu zbyt wielu, co może władzom w Brukseli sprawiać problem raczej polityczny niż logistyczny, bo miejsc w więzieniach znalazłoby się pewnie wystarczająco dużo.
 
Według danych z raportu komitetu CRIM, ujawnionych pod koniec października br., w krajach Unii Europejskiej blisko 900 tys. osób pracuje w warunkach niewolniczych, z czego co czwarta jest wykorzystywana seksualnie.

Zyski z handlu ludźmi przeszło 3,5 tysiąca międzynarodowych gangów, które działają na terenie UE, autorzy raportu sporządzonego dla PE szacują na 25 mld euro rocznie. Plus co najmniej 18 mld euro pochodzących z handlu ludzkimi organami oraz dzikimi zwierzętami. Dlatego warto zadać sobie pytanie, czy cena, jaką płacimy za demoliberalną utopię strefy Schengen, nie jest jednak zbyt wysoka.   
 
Waldemar Żyszkiewicz  
 
2 grudnia AD 2017
20
Nasi partnerzy
(75 artykułów)
Waldemar Żyszkiewicz: Szamani na wulkanie. Zarządzanie dysonansem poznawczym
Waldemar Żyszkiewicz: "Nasi spekulanci. Rzecz nie o gospodarce"
Waldemar Żyszkiewicz: Gromki, gnostycki manifest Waltera Ch.
Waldemar Żyszkiewicz: Macron i teoria pajacowania
Waldemar Żyszkiewicz: Pogrom czy program? Historyczne śledztwo Holewińskiego
Wydarzenia
więcej
reklama_pionowa Opinie
więcej
Najnowszy numer
Związek
więcej
Wideo Agnieszka Romaszewska: Ukraina postawiła na Niemcy. I się na tym przejedzie
ciastkoWykorzystujemy pliki "cookies" aby nasz serwis lepiej spełniał Państwa oczekiwania. Możesz zablokować możliwość wykorzystywania tych plików poprzez zmianę ustawień w swojej przeglądarce internetowej.