Metoda "na franczyzę" - na czym polega nowy sposób oszukiwania ludzi
Co musisz wiedzieć:
- Według rozmówcy, drapieżna franczyza Sweet Gallery ma wprowadzać w błąd co do kosztów, zysków i realiów prowadzenia biznesu, przerzucając całe ryzyko finansowe na przedsiębiorców.
- Jego zdaniem umowy, ceny półproduktów, losowe lokalizacje i drakońskie kary prowadzą wielu franczyzobiorców do zadłużenia, bankructwa, a w skrajnych przypadkach do tragedii osobistych.
- Sprawa trafiła do UOKiK, a poszkodowani domagają się ujawnienia prawdziwych kosztów, skali zamykanych punktów i przełamania zmowy milczenia.
Jak to się robi
– Pracowałem przez lata jako zawodowy kierowca. Byłem ciągle w trasie, ciągle poza domem, w końcu żona powiedziała: dość. Przebranżowienie się miało w założeniu przynieść więcej czasu dla rodziny, spokój i stabilność finansową. Skończyło się jednak nerwami, długami i nadszarpniętym zdrowiem
– opowiada przedsiębiorca.
Maciej Maciejewski „przygodę” z franczyzą Sweet Gallery, do której należą m.in.: Bafra Kebab, Lodolandia & Kołacz na Okrągło, Good Chicken, Sigelato i Beef Bus Burger, rozpoczął w 2017 roku. Z początku biznes wyglądał obiecująco. Wszystko wygląda wspaniale do czasu podpisania umowy
– Byłem pełen entuzjazmu, ponieważ wydawało się, że trafiamy w punkt z zapotrzebowaniem na usługi gastronomiczne, a że nie boję się ciężkiej pracy, sądziłem, iż szybko będę mógł cieszyć się jej owocami
– opowiada Maciejewski. Przedsiębiorca zdecydował się otworzyć w rodzinnej Częstochowie budkę z kołaczami węgierskimi. Początkowo planował po prostu kupić przyczepę wraz z wyposażeniem, jednak podczas poszukiwań został skontaktowany z franczyzodawcą, który zaoferował mu – wydawało się – bardzo atrakcyjne warunki prowadzenia działalności.
– Wszystko wygląda wspaniale do czasu podpisania umowy i rozpoczęcia pracy przez franczyzobiorcę. Nagle okazało się, że wybrane wcześniej miejsce postawienia budki gastronomicznej jednak nie jest dostępne, potrzebne w gastronomii produkty dostarczane przez franczyzodawcę są złej jakości i na dodatek dwa razy droższe od tych, które można kupić w zwykłym hipermarkecie, a za byle co przedsiębiorcom wlepiane są drakońskie kary
– wymienia Maciejewski. Wycofać się jednak nie jest już tak łatwo. Umowy zostały skonstruowane w taki sposób, żeby wszelkie ryzyko finansowe ponosił przedsiębiorca, który jednocześnie – zdaniem franczyzobiorców – nie jest przy ich podpisywaniu rzetelnie informowany o istocie biznesu, w który wchodzi.
Maciej Maciejewski zwraca w rozmowie z nami uwagę na stosowany przez franczyzodawców chwyt mający na celu wprowadzenie ludzi w błąd, jakim jest pokazywanie kilku „modelowych” franczyz – zazwyczaj prowadzonych przez „krewnych i znajomych królika” – które rzeczywiście świetnie funkcjonują i przynoszą dochody. Połowa sukcesu to zazwyczaj miejsce. A na jego wybór franczyzobiorca nie ma już wpływu. Franczyzodawca zapewnia go jedynie o tym, że miejsce będzie świetne, ponieważ jemu również na tym zależy. Podobnie rzecz ma się z półproduktami potrzebnymi do przygotowywania jedzenia. Franczyzobiorca może je kupić jedynie u franczyzodawcy, ten jednak przy podpisywaniu umowy zapewnia o konkurencyjności cen i świetnej jakości towaru.
- Pilne doniesienia z granicy. Jest komunikat Straży Granicznej
- Nie żyje znany naukowiec. Został zastrzelony
- Pilne doniesienia ws. właściciela TVN. Jest decyzja
- Polska w pierwszej dwudziestce świata, miliony w nędzy. Druga strona gospodarczego sukcesu
- Skandal w Wodach Polskich. Fikcyjna inwestycja po powodzi została "odebrana"
- "Chcemy prosić klientów o wsparcie". Handlowa Solidarność rozpoczyna akcję protestacyjną
„Fabryka złamanych marzeń”
– Początkowo wydaje się to logiczne, przecież teoretycznie nikt nie chce działać na swoją niekorzyść. W praktyce jednak okazuje się, że towary dostarczane przez franczyzobiorcę nie tylko były dwa razy droższe od tych, które mógłbym kupić po prostu w sklepie (czego jednak nie mogłem uczynić wobec grożącej mi za to kary), a na dodatek złej jakości. Na przykład ciasto do pieczenia kołaczy przypalało się, było niesmaczne, zwyczajnie wstydziłem się oferować coś takiego moim klientom
– opowiada mi Maciej Maciejewski.
– Jeśli jednak cokolwiek szło w tym biznesie nie tak, winą za to obarczany był franczyzobiorca. Z czasem zorientowałem się, że franczyzodawcy wcale nie zależy na jakości oferowanych produktów i usług, ale na liczbie umów podpisywanych z franczyzobiorcami. To na nich zarabia i są to ogromne pieniądze
– wyjaśnia Maciejewski.
– Franczyzodawca de facto zarabia na leasingu budek gastronomicznych. One są rzeczywiście bardzo ładne, robią wrażenie, dają poczucie, że wchodzi się w profesjonalny biznes. Ale to tylko pozory, de facto szybko popada się w spiralę zadłużenia, ponieważ nie sposób osiągnąć założonych przez franczyzobiorcę norm sprzedażowych, a raty za dzierżawę przyczepy i za kolejne dostawy produktów płacić trzeba. Mimo pracy po kilkanaście godzin dziennie, łącznie z weekendami, nie tylko nie zarabiałem, ale lawinowo rosły moje długi. Informowałem franczyzodawcę o niewykonalności zakładanych przez niego norm, chciałem negocjować, jednak napotykałem na mur. W podobnej sytuacji jak moja znalazły się setki, a właściwie już tysiące innych osób. Niestety, jeden z franczyzobiorców nie wytrzymał tego stresu, odebrał sobie życie…
– mówi przedsiębiorca.
"Tester lokalizacji"
Szymon Ostrowski, autor podcastu „Biznes na ostro”, określa franczyzę Sweet Gallery mianem „Fabryki złamanych marzeń” i tłumaczy, że jej założyciele nie wywodzą się z branży gastronomicznej, ale finansowej.
– Ich marzeniem nie było stworzenie najlepszego loda czy kebaba w Polsce, ale najlepszego narzędzia do zarabiania pieniędzy
– mówi.
– Sweet Gallery to holding zbudowany jak pajęczyna. To sprytna konstrukcja, która wygląda jak niezależne firmy, ale w rzeczywistości to jeden organizm
– wskazuje. Odnosząc się do kwestii losowego przydzielania miejsca ustawienia budki gastronomicznej, mówi:
– Ty jako franczyzobiorca jesteś testerem lokalizacji. Jesteś pierwszym, który sprawdza, czy dany punkt ma potencjał. Sweet Gallery ma stały wgląd w twoje obroty. Jeśli okaże się, że lokalizacja jest rewelacyjna, mogą oni dążyć do rozwiązania umowy z tobą, aby otworzyć tam własny, jeszcze bardziej rentowny punkt.
Mamy prawo wiedzieć
Sprawa praktyk stosowanych przez Sweet Gallery trafiła do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
„Jako jedna z setek poszkodowanych osób zwracam się z gorącą prośbą o wszczęcie postępowania przeciwko Sweet Gallery, która swoimi praktykami rynkowymi świadomie wprowadza w błąd swoich przyszłych franczyzobiorców. W sposób bezprecedensowy naruszają obowiązek udzielenia konsumentom rzetelnej, prawdziwej i pełnej informacji, zatajając fakty tylko i wyłącznie dla swoich własnych profitów finansowych”
– zaznacza w piśmie do UOKiK-u Proton Zgrzeba, jeden z byłych franczyzobiorców.
„Spółka braci Olesiak i Pana Śliwki sprzedaje swój produkt pod sloganem «zarabiaj nawet 15 tys. zł miesięcznie przy niskich kosztach startu: tylko 15 tys. zł środków własnych» (załącznik nr 1 z broszury reklamowej otrzymanej na pierwszym spotkaniu w siedzibie spółki). Podobne reklamy możemy znaleźć głównie w internecie, ale również w niektórych czasopismach. Już na tym etapie mamy tak naprawdę do czynienia z chwytem marketingowym i zatajaniem prawdziwych kosztów otwarcia punktu gastronomicznego, którego realny koszt w moim przypadku wyniósł ponad 60 000 zł brutto. Tak naprawdę nie ma absolutnie żadnej możliwości, aby otworzyć punkt gastronomiczny pod jednym z ich konceptów za mniejsze pieniądze przy zakupie przyczepy od franczyzodawcy”
– tłumaczy Zgrzeba.
„Decydując się na nawiązanie współpracy ze Sweet Gallery, przechodzimy przez proces, który zaczyna się od podpisania umowy franczyzowej oraz umowy sprzedaży punktu gastronomicznego. Warunkiem do podpisania i przejścia dalej jest wpłata zadatku w wysokości 10 000 zł. Niestety wg umowy jest on nie zwrotny w przypadku odmowy udzielenia finansowania przez podmioty leasingowe. Spółka jednak swoimi manipulacjami na takim pierwszym spotkaniu nie informuje, że są bardzo liczne przypadki odmów udzielenia leasingu, a wręcz przeciwnie, podkreśla, że od wielu lat współpracuje z wieloma leasingodawcami i nie będzie to stanowić większego problemu. Już na tym etapie tak naprawdę świadomie ryzykuje naszymi pieniędzmi, bo w przypadku odmowy i tak zarobi 10 000 zł, a my stracimy. Ryzyko jednostronne”
– wyjaśnia franczyzobiorca.
„Na pierwszym spotkaniu był mi przedstawiony biznesplan, na którym jest przykładowa miesięczna rata przy finansowaniu leasingiem na 5 lat, 5% wpłaty i 1% wykupu. Osobiście uważałem ten plan za odzwierciedlenie rzeczywistości, ale to jest absolutne kłamstwo. Ponieważ przyczepa gastronomiczna jest produktem specyficznym, żadna instytucja finansowa nie udzieli leasingu przy mniejszym wkładzie własnym niż 10%. Rozmawiałem naprawdę z wieloma bankami i nie było żadnej takiej możliwości. Mało tego, aby uzyskać leasing na dobrych warunkach, minimum wkładu własnego zaczyna się od 20% wartości przyczepy. Reasumując: zadatek oraz minimalny wkład własny (w moim przypadku 10%) daje łączną kwotę 20 241,96 zł netto”
– wylicza.
„Sweet Gallery wprowadza w błąd także odnośnie do miejsca ustawienia budki gastronomicznej. Jednym z chwytów reklamowych, które wzbudzają zaufanie i przeświadczenie, że firma wie, co robi, jest punkt: «Pozyskanie lokalizacji». Jest tam napisane, że firma oceni, czy miejsca te będą mogły zapewnić satysfakcjonujące wyniki sprzedaży. Okazuje się to totalnym chwytem reklamowym. Lokalizacje są znajdowane w oparciu o przypadek. Na zasadzie uda się, to się uda, nie to nie”
– pisze Proton Zgrzeba.
„Nie ma absolutnie żadnej mowy o zarobkach na poziomie 15 000 zł netto. Znaczna część osób nie jest w stanie prowadzić działalności już po 3–4 miesiącach, a zdecydowana większość musi zamknąć punkty przed upływem 12 miesięcy. Te kłamstwa i wprowadzanie w błąd powoduje, że osoby, które nawiązały współpracę ze Sweet Gallery, już po paru miesiącach straciły cały początkowy wkład. Zostaje leasing przyczepy, której wartość rynkowa jest trzykrotnie większa i znalezienie potencjalnego kupca jest praktycznie niewykonalne. Zostają także, jak np. w moim przypadku, zaległe faktury do zapłaty. Rozumiem i zdaję sobie sprawę, że UOKiK nie ma możliwości, aby wprowadzić zmiany w całym systemie franczyzowym w Polsce. Jednak mogą Państwo z całą pewnością zmusić takie firmy jak Sweet Gallery do mówienia prawdy. Do informowania klientów o prawdziwych kosztach rozpoczęcia działalności. To samo dotyczy otwartych punktów. Skoro firma szczyci się i chwali, ile to punktów otwiera, to niech informuje także na pierwszych spotkaniach, ile punktów zamyka np. przez ostatnie 12 lub 24 miesiące. My mamy prawo wiedzieć!”
– zaznacza Proton Zgrzeba w liście do UOKiK-u.
Przerwać zmowę milczenia
Franczyzobiorcy zaznaczają, że choć na razie są odsyłani od Annasza do Kajfasza, mimo informowania o sprawie prokuratury oraz UOKiK-u, to jednak liczą na to, że w końcu zmowa milczenia nad patologiami franczyzowymi w Polsce zostanie przełamana i że osoby pokrzywdzone otrzymają konieczne wsparcie, podobnie jak w przypadku frankowiczów.
– Bardzo pomaga nam Alfred Bujara, szef handlowej Solidarności, który poruszył temat drapieżnych franczyz także na forum unijnym
– zaznacza mój rozmówca. Jak dodaje, choć głos pokrzywdzonych franczyzobiorców zdaje się na razie być słyszany jedynie przez niewielką część opinii publicznej, nie wspominając o decydentach, to jednak samo ich gromadzenie się na rozmaitych forach, wzajemne wspieranie, wymiana informacji czy zwykłe zrozumienie i podniesienie na duchu są bezcenne.
– Chcemy wierzyć, że mimo wszystko „ludzi dobrej woli jest więcej” i że dzięki naszej mrówczej pracy w końcu położymy kres nieuczciwym praktykom handlowym. A jeśli dzięki naszemu zaangażowaniu uda się ostrzec choć jedną osobę przed tym, żeby nie podzieliła naszego losu, będzie to oznaczało, że nasza walka ma sens
– puentuje Maciej Maciejewski.




