Krzyk robotniczych blokowisk, czyli o prawdziwym znaczeniu nurtu Oi!
Co musisz wiedzieć:
- Tekst wyjaśnia genezę i znaczenie nurtu Oi! jako autentycznego, klasowo zakorzenionego głosu robotniczych przedmieść, który narodził się w kontrze do skomercjalizowanego punk rocka.
- Autor pokazuje, jak ruch Oi! został zredukowany do stereotypów przemocy i ekstremizmu, mimo że jego istotą był społeczny sprzeciw i doświadczenie klasy pracującej.
- Na tym tle tekst omawia dorobek zespołu Lumpex 75.
Zmierzch autentyczności
Gdy pod koniec lat 70. na Wyspach Brytyjskich wybuchła punkrockowa rewolucja, dość szybko okazało się, że część wykonawców ma problem z tym, co w punk rocku wydawało się najważniejsze – z autentycznością. Punk będący w swej istocie buntem nie tylko przeciwko społeczeństwu, ale też popularnej z nim muzyce, a przede wszystkim coraz bardziej pretensjonalnemu i pogmatwanemu rockowi o artystycznych pretensjach, dość szybko sam zaczął stawać się nie tyle głosem prawdziwego sprzeciwu (co nie znaczy, że nie bywał nim również w tym wydaniu), co intelektualną i artystyczną prowokacją młodego pokolenia.
Równocześnie jako styl muzyczny trafiał dobrze w potrzeby zmagających się z kryzysem i postępującą społeczną degrengoladą przełomu lat 70. i 80. dzieciaków z robotniczych dzielnic i przedmieść brytyjskich aglomeracji. Punk rock okazał się doskonałym wehikułem dla ich wściekłości, jednak, aby w pełni oddał buzujące w nich emocje, musieli chwycić sprawy – i gitary – w swoje ręce. Blokowiska przestały potrzebować muzycznego pośrednictwa i przemówiły własnym głosem.
- Komunikat RCB dla woj. opolskiego i dolnośląskiego
- Komunikat dla mieszkańców woj. lubelskiego
- Nowy komunikat IMGW. Oto co nas czeka
- ZUS wydał pilny komunikat
- "Polskę należy wykończyć". Pogarda i antypolonizm Republiki Weimarskiej
- Krajewski: Będzie powrót do bardziej restrykcyjnych zapisów w umowie z Mercosur
- Wyłączenia prądu w Wielkopolsce. Ważny komunikat dla mieszkańców
- Nominacje oficerskie wracają na stół. Prezydent spotka się z MON i szefami służb
- Księżna Kate w szpitalu. Pod oficjalnym komunikatem lawina komentarzy
- IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka
- Proces, który miał ruszyć z hukiem, nagle wyhamował. Co dalej ze sprawą Grzegorza Brauna?
- Sąd nie miał wątpliwości w sprawie TVN. Stacja kwestionuje wyrok
W poszukiwaniu prawdziwego punka
Oczywiście nie wszyscy wykonawcy, którzy zaczęli kilka lat lub miesięcy wcześniej, byli dla swoich następców niewiarygodni, tak samo jak pierwsze kapele punkowe miały swoje punkty odniesienia w klasyce rocka. Nowym blisko było choćby do grających od 1977 roku UK Subs, a rockowy i robotniczy zarazem Cock Sparrer, który powstał już w 1972 roku, stał się dla wielu wręcz ikoną i symbolem stylu, choć zespół nigdy nie identyfikował się wprost z punkiem. Nowa scena zaadaptowała elementy innych, bliskich swojej warstwie społecznej gatunków, podkręciła je jednak punkową agresją.
W krótkim czasie powstało kilka zespołów, które mocno wstrząsnęły angielską sceną muzyczną, zaznaczając (w co dziś nie zawsze łatwo uwierzyć) swą obecność w katalogach wielkich wytwórni, na listach przebojów, a czasem nawet w telewizyjnych audycjach typu legendarnego „Top of the Pops”. Do tego zjawiska zaliczyć możemy takie zespoły jak: pionierski Sham 69, uważany za najbardziej populistyczny zespół punkowy tamtych czasów, i powstałe na fali jego popularności Angelic Upstarts, Blitz, Cockney Rejects, Last Resort czy The Business. Nie chcąc sprowadzić tekstu do wyliczanki nazw, ograniczę się do tych kilku najważniejszych. Dodam jeszcze, że w ramach tego ruchu zaczynała również jedna z bardziej znanych punkowych grup wszech czasów The Exploited (ślad tego znajdziemy w starym logo zespołu, w którym nazwa zapisana jest przez małe „i”). Gdy do sceny opartej głownie na klasowej wściekłości, doszło skrzydło bardziej rozrywkowe, nieunikające zabawy słowem i dźwiękiem, pierwsze kroki zaczął stawiać też grający do dziś zespół Toy Dolls mający w swych szeregach geniusza i wirtuoza gitary Michaela „Olgę” Olgara.
Przekłamana rewolucja
Początkowo zjawisko to zostało nazwane „nowym” lub „prawdziwym” punkiem, jednak szybko przyjęła się nazwa „Oi!”, wymyślona przez będącego kluczową dla rozwoju ruchu postacią dziennikarza Garry’ego Bushella z pisma „Sounds”, odwołująca się do klasycznego pozdrowienia z robotniczych dzielnic. Słuchacze i muzycy wywodzili się z tego samego środowiska, żyli tymi samymi problemami, wspólnie imprezowali, kibicowali i często bili się na ulicach i stadionach – to przecież czasy nie tylko kryzysu, ale i najgorszej sławy angielskich kibiców.
Nowa scena była realnym zagrożeniem dla porządku społecznego wczesnej ery Margaret Thatcher, ponieważ jednoczyła młodzież nie wokół konkretnej ideologii, lecz w pełnym klasowej świadomości sprzeciwie wobec polityki rządu, bezrobocia, policji czy praktyk pracodawców. Nowy ruch nie miał jednolitego oblicza ideowego. Typowe dla klasy robotniczej społeczny konserwatyzm i patriotyzm szły w parze z lewicującymi często przekonaniami, z drugiej strony zdarzały się też skrajności zarówno trockistowskie, jak i faszyzujące, co potem doprowadziło do poważnego skrzywienia ruchu. Nie chciałbym iść w zbyt daleko idące porównania, ale można zauważyć, że przynajmniej w obrębie młodszego pokolenia brytyjskie przedmieścia stanęły w obliczu rewolucji społecznej, co widać było nawet w sposobie działania sceny.
Ruch Oi! chwilami działał jak specyficzna organizacja polityczna, muzycy i ideolodzy grupy kilkakrotnie spotykali się nawet na mających wyznaczać cele i ratować jej wizerunek debatach. Społeczny obraz „Oi! movement” był bowiem coraz gorszy. System bronił się przed zagrożeniem, a gazety – jak to gazety – żyły z opisywania i tworzenia sensacji. Skrajności, przede wszystkim rzadkie tak naprawdę postawy rasistowskie, w przekazach medialnych opisane zostały jako główna składowa ruchu, co sprowokowało zamieszki na koncertach, za którymi poszły trudności organizacyjne i niechęć wobec zespołów. Ruch dość szybko został zmarginalizowany, sprowadzony do roli jednego z odłamów subkultury istniejącej gdzieś na styku punkowców i skinów. Ostatnie zespoły, które wpisywały się w nurt, nie przebiły się już do szerszej świadomości słuchaczy i mediów, nawet jeśli – tak jak bardzo sprawny technicznie The Blood – miały do zaoferowania ciekawą muzykę.
Spadek mocy
Pomimo tej marginalizacji wiele zespołów przetrwało, część reaktywowała się lub gra do dziś, a Oi! – częściowo w celu uniknięcia negatywnych skojarzeń nazywany teraz street punkiem – po kilku latach eksplodował w USA (dając początek choćby tak wielkiej gwieździe jak mieszającemu punk z muzyką celtycką zespołowi Dropkick Murphys), swe przyczółki znajdując w wielu krajach i na wszystkich kontynentach, a z czasem znajdując godnych następców i w samej Wielkiej Brytanii, gdzie w nowym stuleciu kilka naprawdę mocnych płyt nagrał politycznie niepoprawny Retaliator. Również w Polsce kilka zespołów wciąż odwołuje się do tej tradycji. Tyle że wciąż szczera i rewolucyjna muzyka w dużym stopniu straciła swoją dawną moc autentycznej społecznej zmiany.
Oi! a sprawa polska
W PRL dostęp do muzyki był reglamentowany, a informacje na ogół przefiltrowane przez reżimowe media. Te obraz subkultury Oi! ukazały w najbardziej wykrzywiony i skupiony na agresywnym wizerunku sposób – podzielone subkultury młodzieżowe, terroryzowane nie tylko przez milicję i esbecję, ale i bijących wszystkich dookoła skinów (równocześnie samych będących chłopcami do bicia dla mediów) były zdychającej komunie na rękę.
W PRL powstało jednak parę kapel odwołujących się bezpośrednio do tej estetyki (opisywany niedawno w „TS” Ramzes & The Hooligans, BTM czy Baranki Boże, a także – co czasem bywało źródłem nieporozumień – popularna również poza tą sceną Sexbomba) bądź bardzo jej bliskich i osadzonych w robotniczym backgroundzie (Sajgon, Fort BS czy nawet bardzo popularny Defekt Muzgó). W latach 90. pojawiło się kilka zespołów wprost sympatyzujących z narodowcami, a nawet narodowymi socjalistami, jednak w ich drugiej połowie gatunek odczarował zdobywający gwałtowną popularność szczeciński zespół The Analogs. Ich pierwsza kaseta zatytułowana była „Oi! Młodzież”, lecz gdy na rynek wyszła druga płyta „Street Punk Rulez!” bezpieczniejsza marketingowo nazwa dość szybko wyparła ryzykowne zawołanie „Oi!”. W efekcie kapele bliższe punkom określały się częściej jako „street punk”, „Oi!” przypisywany był do grup skinowskich, a składy mieszane używały tych określeń wymiennie. I tu do naszej opowieści wraca Lumpex 75, który debiutował w 2000 roku kasetą dzieloną z białostockim zespołem 4 Pakers, a następnie w 2003 roku płytą „To my…” wydaną w sporej oficynie Jimmy Jazz.
Gdański sen wariata
Łobuzerskimi, żwawymi kawałkami, takimi jak „B.O.P.P.” („Brudna ohydna paskudna punkówa”), „Pracownik” (zaczerpnięty z repertuaru innej trójmiejskiej legendy – DDT) czy oparty na szlagierze Billy’ego Joela „Żółta skóra od banana”, Lumpex zdobył dużą popularność. Gdy jednak kapela do piosenek o piwie, zadymach i kibicowaniu zaczęła dodawać gdański i polski patriotyzm, przestała być ciekawa dla części punkowego mainstreamu i wróciła pod skrzydła nie przejmującego się polityczną poprawnością Olifanta wydającego również bardziej tożsamościowe grupy, a ostatnio też odrzucone przez główny nurt De Press.
Wydana pięć lat po debiucie druga pełnometrażowa płyta „Błyskawic ślad” przyniosła poważniejsze i często też bardziej ponure teksty, opisujące zmagania z emigracją, bezrobociem, polityką i miłościami życia, a więc po prostu „dorosłe” tematy. Nagrany na tę płytę utwór „Przepraszam” stał się muzyczna wizytówką upominającej się o prawdę historyczną kampanii „Respect Us”. Wznowiona właśnie na wydanej aż w czterech wersjach kolorystycznych (przezroczysta, wielobarwna, z czerwonym krzyżem, wreszcie kolekcjonerski rarytas służący promocji krwiodawstwa specjalny winyl wypełniony przelewającą się sztuczną krwią, wydany tylko w 60 egzemplarzach) trzecia płyta Lumpexu „Sen wariata” z 2016 roku przyniosła kontynuację tego samego kierunku. Mamy tu sporo przebojowych, punkowo-rockowych kawałków – jak utwór tytułowy czy chyba najlepsza, otwierająca płytę „Krucjata” – mamy oi!owy przebój godny klasyków gatunku z Ramzes & the Hooligans – „Fan Chuligan”, mamy wreszcie kolejne mocne polityczne numery – jak „Walcz o wiarę” z tekstem:
„Zamykając nasze usta, wy jesteście liberalni, mówiąc o wolności słowa i o świętej demokracji”
(nagrane w 2016 roku, a przecież aktualne także 10 lat później). O ile „Walcz o wiarę” to krytyka lewicowo-liberalnego mainstreamu i służącej mu pełnej narkotyków kultury, sąsiedni na płycie „Polityczny terror” to już atak na politykę jako taką, wykrzyczany przy szybkiej, ocierającej się o thrash muzyce w stylu późnego The Exploited. Poza tym znów zagłębimy się w świat blokowisk i w narzekanie na życie. Większość materiału na płycie to kawałki utrzymane w szybkim i średnio szybkim tempie, osadzone w mocnym, gitarowym punk rocku z lekkimi naleciałościami metalu w tłumionych gitarach i solówkach.
Powrót do początków
W 2023 roku Lumpex obchodził swoje trzydziestolecie, co – z dwuletnim poślizgiem – świętuje właśnie drugą wydaną teraz pozycją, kompaktem i kasetą „30 lat po wojnie”, zawierającymi nagrane na nowo piosenki z pierwszych lat działalności zespołu, starsze niż te, które znalazły się na jego płytowym debiucie. Mamy więc podróż do lat 90., czasów setek młodych kapel punkowych śpiewających tyleż naiwne, co szczere manifesty i starających się kopiować styl wspomnianego Exploited i innych popularnych wówczas kapel. Lumpexowi wychodziło to sprawnie, a nagrania, choć dokonane po latach, brzmią szczerze i autentycznie. Nawet wtedy gdy stare teksty opatrzone są współczesnym, trochę bardziej gorzkim komentarzem do zmian, które po drodze zaszły w świecie i na scenie punkowej.
Niektóre z piosenek, takie jak „Bóg” czy „Kufloteka”, zapowiadają już przyszły styl zespołu, inne to po prostu radosna galopada z tekstami o alkoholu, rodzinnych nieporozumieniach, ale też tematach typowych dla swego czasu – wojnie w Jugosławii czy przymusowej służbie wojskowej. Mam nadzieję, że po odświeżeniu swoich staroci kapela znajdzie w sobie siłę, by z wykorzystaniem odzyskanej młodzieńczej energii nagrać szybko kolejną płytę. Ostatecznie 10 lat to dość długi odstęp między premierowymi materiałami.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




