Krzysztof Bosak zdecyduje o przyszłości polskiej prawicy
Co musisz wiedzieć:
- W tekście zostaje postawiona teza, że Konfederacja (a zwłaszcza Ruch Narodowy) zderzyła się z „sufitem” poparcia i musi wybrać między jałową opozycją a ryzykowną, lecz realną perspektywą współrządzenia z PiS.
- Autor pokazuje, że sojusz z Nową Nadzieją prowadzi do ideowego wypłukiwania nacjonalizmu Ruchu Narodowego przez liberalizm, co w oczach części "szeregowych" narodowców staje się większym zagrożeniem niż wejście w orbitę Jarosława Kaczyńskiego.
- Dylemat Krzysztofa Bosaka i RN nie polega na wyborze między bezpieczeństwem a ryzykiem, lecz między dwoma rodzajami ryzyka: utratą tożsamości w Konfederacji albo utratą samodzielności w potencjalnej koalicji z PiS.
Jak dotąd wszelkie próby przeciwstawiania Ruchu Narodowego Nowej Nadziei były w środowiskach konfederackich odczytywane jako chęć skłócenia obu partii. Czujność na próby zasiania niezgody sprawiła, że zabiegi te przynosiły skutek odwrotny do zamierzonego: różnice między nacjonalistami a konserwatywnymi liberałami blakły; obie strony otrzymywały bowiem potwierdzenie, że idąc razem, stanowią realne zagrożenie dla rywali. Jednak tym razem sytuacja jest bardziej złożona. Słowa Jarosława Kaczyńskiego (niezależnie od intencji, w jakich zostały wypowiedziane) padają w zupełnie nowym kontekście. Kontekście, w którym wcześniejsze nadzieje i kalkulacje narodowców uległy urealnieniu, dzięki czemu wreszcie można wyodrębnić najbardziej prawdopodobne scenariusze dalszego rozwoju sytuacji partii.
- Komunikat dla mieszkańców woj. podkarpackiego
- Burza po niedzielnej „Familiadzie”. Widzowie podzieleni
- IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach
- Gwiazda Kanału Zero odchodzi. Mówi wprost
- Komunikat dla mieszkańców Poznania
- Pilne doniesienia z granicy. Jest komunikat Straży Granicznej
- Nowy ruch obrony Zbigniewa Ziobry. Ważny wniosek trafił do sądu
- Wyłączenia prądu. Ważny komunikat dla mieszkańców Dolnego Śląska
- Kurierzy będą musieli udawać biznesmenów
- Nie żyje Edward Linde-Lubaszenko. Będzie pogrzeb państwowy?
- Ekspert: Za obchodzenie Konstytucji przez Sąd Najwyższy obywatel zapłaci wysoką cenę
Zderzenie z sufitem
Przed wyborami parlamentarnymi w 2023 roku Konfederacja próbowała trzymać równy dystans zarówno do Koalicji Obywatelskiej, jak i do Prawa i Sprawiedliwości. Był to w znacznej mierze element politycznego teatru. O ile jeszcze stawiający na czele swojej agendy „proste i niskie podatki” mentzenowcy mogli wyobrażać sobie pewne pole porozumienia z Donaldem Tuskiem, o tyle trudno byłoby wyobrazić sobie koalicję Platformy z Ruchem Narodowym. Władze Ruchu, które podjęłyby taką decyzję, musiałyby liczyć się z uznaniem jej przez wielu szeregowych członków za zdradę, co mogłoby doprowadzić wręcz do rozpadu partii. Systematyczne prześladowanie środowisk narodowych w czasach rządów PO oraz fundamentalne różnice w podejściu do suwerenności kraju sprawiają, że jakiekolwiek deklaracje o potencjalnej współpracy z Tuskiem brzmiałyby w ustach narodowców niewiarygodnie. Dlatego też zwykle one z ich strony nie padały. Krzysztof Bosak, wielokrotnie pytany o odległość dzielącą Konfederację od poszczególnych członów tzw. duopolu, odpowiadał sprytnie, że nie mamy do czynienia z „jednym złem”, lecz z „różnymi rodzajami zła”; pozwalało mu to zachować krytyczny dystans wobec PiS-u, a jednocześnie nie podpisywać się pod hasłem „PiS – PO jedno zło”. Tego typu dylematów nie mieli już Sławomir Mentzen czy choćby Przemysław Wipler.
Jeszcze niedawno w dużej części Konfederacji panowało przekonanie, że PiS znajduje się w fazie „schyłkowej”. Starzejący się elektorat tej partii miał naturalnie wymierać, a domyślnym wyborem kolejnych pokoleń prawicy byłaby w tej optyce Konfederacja. To przekonanie pozwalało żywić nadzieję, że to właśnie partia Mentzena i Bosaka zastąpi kiedyś partię Kaczyńskiego w roli hegemona prawicy. Rzeczywistość okazała się jednak mniej łaskawa. Okresowe wzrosty Konfederacji, jak w lecie 2023 roku czy na początku 2025, miały charakter efemeryczny. Formacja utknęła na poziomie 12–13 procent, co w realiach polskiej polityki pachnie politycznym sufitem. Dodatkowo z czasem ujawniły się rozmaite słabości Sławomira Mentzena odbierające nadzieje na przebicie tego sufitu. Pojawia się więc pytanie: czy narodowcy mają czekać do „świętego nigdy” na perspektywę samodzielnego objęcia władzy, czy jednak rozważyć współrządzenie z Kaczyńskim? Tym bardziej że ryzyko wchłonięcia przez PiS, choć realne, wcale nie jest dziś większe niż ideologiczne zdominowanie przez środowisko „wolnościowców” Mentzena, które dokonuje się już od paru lat.
Narodowcy między Scyllą a Charybdą?
Choć duża część kierownictwa Ruchu Narodowego taktycznie deklaruje dziś poglądy skręcające w stronę liberalizmu gospodarczego, nie znajduje to pełnego odzwierciedlenia w nastrojach szeregowych działaczy. Taktyka ustępstw, polegająca na rezygnacji z narodowego solidaryzmu gospodarczego na rzecz (chcąc nie chcąc – transnarodowego) kapitalizmu, w wielu środowiskach RN budzi rosnący opór. Dla znacznej części narodowców współczesny wolny rynek nie jest bowiem neutralnym mechanizmem wymiany, lecz potężnym nośnikiem globalnej uniformizacji. Swobodny przepływ towarów, kapitału i (zwłaszcza) treści kulturowych oznacza w praktyce erozję tego, co dla nich najważniejsze, czyli narodowej tożsamości Polaków. Z perspektywy nacjonalisty „niewidzialna ręka rynku”, tak chętnie sławiona przez politycznych spadkobierców Janusza Korwin-Mikkego, nie „reguluje”, lecz po prostu skręca kark polskości. Między innymi z tego powodu coraz więcej członków Ruchu otwarcie irytuje się strategicznymi decyzjami „góry”; podobnie jak liberalnym sposobem myślenia o wartościach i programową niechęcią do regulacji, które w szeregach Nowej Nadziei przybrały niemal dogmatyczną postać. Spotkanie narodowca, dla którego wolnościowa filozofia Mentzena to zakamuflowane owsiakowe „róbta, co chceta”, naprawdę nie jest zbyt trudne.
Kierownictwo RN zdawało sobie sprawę, że na rzecz sojuszu z mentzenistami poświęca istotną część własnego kośćca ideowego, lecz zakładało, że w razie potrzeby będzie mogło ten kurs łatwo skorygować. Tymczasem infekcja ideologiczna okazała się znacznie trudniejsza do zatrzymania. Od pierwszej połowy 2023 roku, wraz z kolejnymi kongresami i konwencjami partyjnymi, coraz wyraźniejsza stała się dominacja retoryki wolnorynkowej nad narodową. Doszło wręcz do tego, że narodowcy zaczęli publicznie autocenzurować się ze swoimi poglądami dla dobra Konfederacji. Wbrew kreśleniu przez konserwatywnych liberałów możliwości syntezy nacjonalizmu i liberalizmu w praktyce potwierdziła się stara mądrość, że „kto liberalizmu dotyka, ten znika”.
Narodowcy znaleźli się więc w potrzasku. Z jednej strony dostrzegali polityczne korzyści płynące z trwania w jednym bloku z mentzenistami, z drugiej – nie chcieli płacić za nie utratą własnej tożsamości. W prywatnych rozmowach wielu z nich, krytykując Jarosława Kaczyńskiego, jeszcze mocniej pomstowało na Sławomira Mentzena. Prawo i Sprawiedliwość, choć oskarżane o zbytnią uległość wobec Brukseli (choćby w sprawie „kamieni milowych” czy Traktatu lizbońskiego), raziło ich raczej stylem i praktyką rządzenia, a nie ideową gotowością do złożenia narodowej tożsamości na ołtarzu wolności gospodarczej.
Strażnicy PiS-u
Nie ulega wątpliwości, że samodzielne rządy Konfederacji nie wchodzą w grę w żadnym dającym się przewidzieć horyzoncie czasowym. Nawet hipotetyczna koalicja z nieprzewidywalnym (i niestabilnym) środowiskiem Grzegorza Brauna nie przynosi większości. Scenariusze wydają się więc brutalnie ograniczone. Pierwszy: niekończące się trwanie w opozycji u boku Mentzena, który zamiast budować wspólną tożsamość, systematycznie przesłania pierwiastek nacjonalistyczny. Drugi: rozpad Konfederacji w wyniku politycznego „skoku w bok” Nowej Nadziei (mało prawdopodobnego, lecz wciąż możliwego) w stronę porozumienia z Donaldem Tuskiem. Trzeci: próba dogadania się z Jarosławem Kaczyńskim przy sprzyjającej koniunkturze po kolejnych wyborach.
Istnieje jeszcze wariant czwarty: przekonanie Mentzena do wspólnej koalicji z PiS-em. To jednak scenariusz skrajnie trudny. Oznaczałby bowiem, że partia Kaczyńskiego musiałaby radykalnie ustąpić w kwestiach socjalnych, tracąc dużą część swojego żelaznego elektoratu, dla którego państwo opiekuńcze nie jest „fanaberią” czy „rozdawnictwem”, jak to widzą mentzeniści, lecz warunkiem godnego życia. Działa to również w drugą stronę – Mentzen ustępujący Kaczyńskiemu w sprawach gospodarczych utraciłby lwią część swojego poparcia. Jak by nie patrzeć: Prawo i Sprawiedliwość i Nowa Nadzieja są w tych kwestiach jak ogień i woda. Ruch Narodowy znajduje się tu w zupełnie innym położeniu. Zarówno doktryna nacjonalistyczna, jak i katolicka nauka społeczna nie tylko nie patrzą niechętnie na regulacje państwowe, ale w wielu obszarach uznają je za pożyteczne. To czyni RN znacznie bardziej kompatybilnym z PiS niż libertariańskie zaplecze Mentzena.
Nieprzypadkowo jeszcze kilka lat temu wśród narodowców krążyła koncepcja Konfederacji jako „lodołamacza PiS-u”, którą dziś można przeformułować na „strażnika PiS-u”. Jej sens był prosty: wejść do rządu i pilnować, by z jednej strony nie dryfowało ono w stronę centrum, a z drugiej – by nie ustępowało Brukseli nawet pod groźbą politycznego szantażu. W sytuacji, gdy eurocentryczne elity prowadzą coraz bardziej agresywną politykę wobec Polski, taka rola Ruchu Narodowego mogłaby okazać się dla suwerenności strategicznie bezcenna. Koszt takiej koncepcji wydaje się jednak trudny do zaakceptowania: w razie niemożności pogodzenia Kaczyńskiego z Mentzenem byłoby to rozstanie z Nową Nadzieją. Ale czy Ruch Narodowy ma zrezygnować z realnego wpływu, ministerstw i wzięcia współodpowiedzialności za państwo w imię sojuszu, który już dawno przestał być partnerski? Choć Bosak nie ma na to ochoty, wielu narodowców może myśleć, że odrzucając propozycję współpracy z PiS-em po przyszłych wyborach (nawet bez Mentzena), traci raz na zawsze możliwość utworzenia rządu. Wiele wskazuje więc na to, że nastąpi podział na frakcję konsekwentnie antypisowską i koncyliacyjną.
Dwa rodzaje ryzyka
Najpoważniejszą przeszkodą na drodze do ewentualnego porozumienia z Prawem i Sprawiedliwością pozostaje wśród narodowców lęk przed losem „przystawki” Jarosława Kaczyńskiego. I nie jest to obawa wydumana. Historia polskiej polityki dostarcza aż nadto przykładów ugrupowań, które po wejściu w orbitę silniejszego partnera utraciły samodzielność. Ryzyko więc istnieje i nikt rozsądny nie powinien go lekceważyć.
Problem polega jednak na tym, że alternatywa wcale nie jest wolna od zagrożeń. Trwanie w jednym bloku z Nową Nadzieją oznacza powolne, lecz systematyczne wypłukiwanie nacjonalistycznej agendy przez dominującą narrację liberalną. To proces mniej widowiskowy niż polityczne „wchłonięcie”, ale być może groźniejszy, bo dokonujący się bez jednego spektakularnego momentu zerwania. Partia może pozostać formalnie ta sama, lecz stopniowo przestanie być sobą. W tym sensie dylemat, przed którym stoją Krzysztof Bosak i kierownictwo Ruchu Narodowego, nie sprowadza się do wyboru między bezpieczeństwem a ryzykiem, lecz (parafrazując samego Bosaka) między dwoma różnymi rodzajami ryzyka. Jedno z nich polega na wejściu do gry o realny wpływ z pełną świadomością zagrożeń, ale i możliwości. Drugie – na pozostaniu w wygodnej, lecz jałowej roli, w której cudze priorytety coraz mocniej definiują własną tożsamość.
Z tego punktu widzenia obecna strategia „niepalenia mostów”, prowadzona zarówno przez Kaczyńskiego, jak i Bosaka, wydaje się racjonalna. Pozwala zachować podmiotowość, testować granice, dyskretnie budować pozycję negocjacyjną – zamiast zamykać się w retorycznych deklaracjach, które po wyborach i tak zostaną zweryfikowane przez bezlitosną arytmetykę sejmową. Ostatecznie bowiem nie chodzi o to, by do kogoś dołączyć, lecz o to, by wejść do gry jako partner, a nie petent. A o tym, czy taka rola będzie możliwa, zdecydują nie hasła, lecz wynik wyborów i polityczna odwaga liderów.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]




