ETS – piąte koło u wozu polskiej gospodarki
Co musisz wiedzieć:
- System ETS stał się jednym z głównych czynników wysokich cen energii w Europie, co osłabia konkurencyjność przemysłu i przyspiesza jego przenoszenie poza UE.
- Coraz więcej europejskich liderów otwarcie mówi o konieczności reformy ETS, choć nie o jego całkowitej likwidacji.
- Ursula von der Leyen zapowiada w jego kontekście skierowanie większej ilości dochodów z ETS z powrotem do przemysłu.
Unijny system handlu uprawnieniami do emisji, zwany systemem ETS, działa od 2005 roku. To podstawowe narzędzie, które ma zdekarbonizować europejski przemysł. Dwie dekady temu jego koszty nie były jednak tak dotkliwe jak obecnie, gdy staje się wprost nie do zniesienia dla państw takich jak Polska.
Koszty energii w Europie są dziś niezwykle wysokie, a w ostatnich latach podbiły je dwa elementy. Z jednej strony były to niebotyczne ceny surowców po wybuchu wojny na Ukrainie, a z drugiej – rekordowe ceny unijnych certyfikatów do emisji dwutlenku węgla.
„Dziś ceny energii na Starym Kontynencie są dwa, a nawet trzy razy wyższe niż na przykład w USA czy Chinach. W naszych zakładach we Włoszech i Hiszpanii płacimy za energię mniej więcej tyle samo co w Polsce, czyli w przeliczeniu ok. 760 zł za megawatogodzinę i to jest cena bardzo wysoka. Dla porównania na północy w Brazylii cena całkowita, z uwzględnieniem kosztów dystrybucji, wynosi między 300 a 330 zł w zależności od okresu. Na południu Brazylii cena waha się już od 90 zł do 130 zł. Z kolei w naszym zakładzie w Kazachstanie koszt energii to 220 zł. No to o czym my rozmawiamy? Jak przy tak ogromnych dysproporcjach Europa może pozostawać konkurencyjna?”
– mówił w grudniu zeszłego roku założyciel Grupy Selena, Krzysztof Domarecki w rozmowie z portalem next.gazeta.pl.
Dwukrotnie mniej za prąd płaci się także w Państwie Środka. Biznesmen podał, że „cena energii w Chinach to około 35–50 procent ceny europejskiej dla przedsiębiorców przemysłowych”.
„Co więcej, Europa świadomie dobija się kolejnymi opłatami środowiskowymi, podczas gdy inni tego nie robią. ETS, a w przyszłości ETS2 wykańczają europejski przemysł. Już widzimy masowe przenoszenie produkcji poza Europę. Przez kilka ostatnich lat tylko w przemyśle chemicznym straciliśmy ponad 20 procent mocy produkcyjnych. [...] Moim zdaniem w Europie zaszliśmy trochę za daleko, troszczymy się o klimat, ale kompletnie nie tworzymy klimatu dla rozwoju przemysłu”
– ocenił Krzysztof Domarecki.
- W ramach SAFE dostaniemy sprzęt z demobilu? Gen. Wroński: Nigdzie nie wyartykułowano, że będzie nowy
- Kto stoi za największym załamaniem oglądalności w historii TVP Info?
- Niemcy w tarapatach. Wracają niebezpieczne Tapinoma magnum
- Burza w Tańcu z Gwiazdami. Ta decyzja zaskoczyła widzów
- Komisja Wenecka akceptuje segregację sędziów. Ekspert: To przekracza granicę, której przekraczać nie wolno
- Netanjahu: "Wiele wskazuje, że najwyższego przywódcy Iranu Alego Chamenei już nie ma"
Czas na zmiany
Podobnego zdania były zapewne osoby, które klaskały Friedrichowi Merzowi na ostatnim Europejskim Forum Przemysłowym w Antwerpii. Niemiecki kanclerz powiedział wówczas, że system ETS nie jest od tego, by generować nowe przychody, ale żeby zredukować emisję CO2 i zdekarbonizować linie produkcyjne.
– Jeśli nie da się tego osiągnąć i jeśli nie jest to właściwy instrument, powinniśmy być bardzo otwarci na jego zmianę lub przynajmniej odłożenie go w czasie, tak jak zrobiliśmy to w przypadku ETS2 dla konsumentów
– ocenił kanclerz Merz, za co zebrał owacje z sali.
Dostał również brawa za kolejne zdanie, w którym zwrócił się do przedsiębiorców, mówiąc:
– Nie potrzebujecie dotacji dla CAPEX-u, potrzebujecie niższego OPEX-u. Wasze koszty produkcji są zbyt wysokie.
Przekładając to na ludzki język, Merz stwierdził, że europejski przemysł nie potrzebuje dopłat do inwestycji, tylko zmniejszenia kosztów działalności.
"Tracimy nasz przemysł"
System ETS skrytykował też premier Czech na nieformalnym szczycie unijnych przywódców w Alden Biesen. Andrej Babiš, rozmawiając z mediami, skarżył się, że dwa lata temu również odbywała się konferencja przemysłowa, ale od tego czasu nic się nie zmieniło:
– Straciliśmy 10 procent zdolności przemysłowych. Tylko słowa, konferencje i żadnych działań
– mówił premier Babiš, wzywając do reformy systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2.
– 63 proc. zysku z tych uprawnień trafia do Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, więc oni robią biznes, a my tracimy nasz przemysł
– skwitował.
Nadmienił przy tym, że już pięć lat temu proponował ustalenie maksymalnej ceny uprawnień na poziomie 30 euro. Jak widać, bez skutku.
Na zbyt wysokie ceny zwrócił uwagę również Emanuel Macron. Przywódca Francji przyznał, że ETS nie działa najlepiej w państwach uzależnionych od paliw kopalnych, a sytuację pogarszają dodatkowo spekulacje na rynku certyfikatami do emisji.
– W ten sposób ETS, który powinien kosztować około 30–40, obecnie kosztuje ponad 80 euro
– mówił w rozmowie z dziennikarzami po spotkaniu w Alden Biesen.
– To bardzo obciąża niektóre gospodarki. I dlatego Komisja przedstawi w marcu konkretne rozwiązania, które zmniejszą to obciążenie
– zapewnił.
Reforma von der Leyen
Prezydent Macron nie chce jednak słyszeć o porzuceniu systemu ETS oraz agendy klimatycznej zawartej w strategii Europejskiego Zielonego Ładu. Takiego samego zdania jest szefowa Komisji Europejskiej, która jasno stwierdziła, że „system handlu emisjami przynosi wyraźne korzyści” i nie stoi w sprzeczności z rozwojem gospodarczym. Podała, że od czasu wprowadzenia ETS w 2005 roku emisje spadły o 39 proc., a gospodarka w sektorach objętych tym systemem urosła o 71 proc.
– Skierowanie większej ilości dochodów z ETS z powrotem do przemysłu będzie kluczowym celem nadchodzącej reformy systemu handlu emisjami. Zasoby te pochodzą z przemysłu i muszą być reinwestowane w przemysł
– powiedziała Ursula von der Leyen na Europejskim Forum Przemysłowym.
Argumentowała przy tym, że dzisiaj państwa członkowie Unii Europejskiej inwestują mniej niż 5 proc. dochodów z ETS w dekarbonizację przemysłu. Szefowa Komisji Europejskiej zapowiedziała też, że w zamówieniach publicznych powinno pojawić się nowe kryterium – takie, które będzie promować niskoemisyjność i – co za tym idzie – europejskich dostawców.
Co jeszcze obejmie zapowiadana reforma?
Wiceminister klimatu i środowiska Krzysztof Bolesta powiedział portalowi Business Insider, że Komisja będzie zastanawiać się nad włączeniem do systemu ETS spalarni śmieci. Możliwe jest także objęcie ETS-em emisji wychwytywanych i usuwanych przez technologię CCS. Na tapecie na pewno znajdzie się kwestia darmowych uprawnień dla przemysłu, które od 2026 roku mają być stopniowo wycofywane i ostatecznie zniknąć w 2034 roku. Kryzys, który przeżywają przedsiębiorstwa energochłonne, może spowodować, że KE postanowi zmienić ten harmonogram. O co wnioskować będzie polski rząd?
– Już teraz można na pewno powiedzieć, że będziemy domagać się ulg w ETS1 dla sektorów pracujących na rzecz przemysłu obronnego, takich jak stalowy, cementowy czy chemiczny. Kolejnym naszym postulatem będzie kontynuacja bezpłatnych pozwoleń dla przemysłu i ciepłownictwa. Chcemy utrzymać ich stabilny poziom oraz wydłużyć okres przydzielania. Nie może być tak, że za 10 lat te sektory zostają bez pozwoleń
– zaznaczył minister Bolesta.
Dodał, że Polska będzie starała się także ukrócić spekulacje na rynku certyfikatów do emisji, a także ponownie podniesie temat systemu ETS2, który „jest nam niepotrzebny”.
– Do 2030 r. mamy zobowiązania redukcji emisji w transporcie i budownictwie, które realizujemy z nawiązką. Na razie negocjacje dały nam odsunięcie ETS2 w czasie o rok, ale wolelibyśmy, żeby nas KE nie uszczęśliwiała na siłę. Dlatego będziemy rozmawiać o dłuższym odłożeniu
– tłumaczył Krzysztof Bolesta. Propozycja rewizji dyrektywy ETS ze strony Komisji Europejskiej ma pojawić się do końca lipca.
Korytarz cenowy
Najważniejszą propozycją, która może zostać położona na stole, jest utworzenie korytarza cenowego dla sprzedawanych na giełdzie uprawnień do emisji CO2. Chodzi o minimalne i maksymalne widełki opłat za emisje, które ustabilizowałyby ceny i ułatwiły robienie biznesu. Do 2017 roku za wypuszczenie jednej tony dwutlenku węgla europejskie firmy płaciły zaledwie kilka euro. Później opłaty za emisje zaczęły stopniowo rosnąć, a od 2021 roku kompletnie zwariowały. Cenowe Mount Everest osiągnęły dwa lata później, gdy za tonę CO2 trzeba było zapłacić prawie 92 euro. System jest mocno spekulacyjny, a szalejące ceny uprawnień nieustannie uderzają w elektrownie węglowe, gazowe, w huty stali, cementownie, producentów ceramiki czy zakłady chemiczne. Ustalenie stałych cen za emisje dwutlenku węgla obniżyłoby koszty i dało przedsiębiorcom stabilne ramy do planowania inwestycji.
Wprowadzenie korytarza cenowego sugerowali w marcu ubiegłego roku Francuzi, a wypowiedź prezydenta Macrona potwierdza, że coś jest na rzeczy. W budowę wspólnego frontu dla korytarza cenowego na pewno włączyłyby się Grupa Wyszehradzka i najprawdopodobniej Włochy, które mają jedne z najwyższych cen energii w Europie. Rząd Giorgii Meloni przyjął właśnie warty przeszło 3 mld euro Dekret Energetyczny, który ma obniżyć ceny energii dla obywateli i firm. W skrócie polega on na tym, że włoskie elektrownie gazowe mają otrzymywać z budżetu państwa rekompensatę za zakup uprawnień do emisji CO2.
Niezależnie od tego, czy Komisja Europejska zgłosi tutaj swoje obiekcje, czy też nie, jest to kolejny sygnał, że system ETS to dla Europy piąte koło u wozu – koło, które zawadza, obciąża i spowalnia nasze gospodarki, zamiast dodawać im impetu.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




