loading
Proszę czekać...
reklama_pozioma
Na tropie pakarany. Jak Polscy przyrodnicy przecierali szlaki Ameryki Południowej
Opublikowano dnia 09.11.2016 18:24
Polscy przyrodnicy odkryli w Ameryce Południowej w XIX w. aż 27 nowych gatunków lub podgatunków ssaków. O ich zasługach dla światowej nauki mało kto dziś jednak pamięta, a to, co przetrwało z ich zbiorów - pozostaje często za granicą - mówi PAP dr Przemysław Kurek z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Wiek XIX przyniósł rozkwit nauk przyrodniczych, w tym - taksonomii, z powodu której intensywnie rozwijał się również "przemysł" kolekcjonerski. Zastępy eksploratorów przemierzały odległe i niezbadane krainy, pozyskując tam okazy przyrodnicze do prywatnych zbiorów czy gabinetów zoologicznych, których kustosze trudnili się opisywaniem gatunków.

fot. keliblack - pixabay.com
Mało kto wie, że w tej ogólnoświatowej fali nie zabrakło Polaków, którzy mieli duży wkład w poznanie fauny Ameryki Południowej.
 

Jak przypomina w rozmowie z PAP dr Przemysław Kurek z Instytutu Botaniki PAN w Krakowie, gabinety historii naturalnej zaczęły powstawać w Europie Zachodniej już w XVIII w., jeszcze na fali oświeceniowej chęci poznania świata. Naturaliści - bo tak zwano ówczesnych przyrodników - gromadzili tam ciekawe eksponaty przyrodnicze, np. wielkie kości. Często nie wiedzieli dokładnie, z czym mają do czynienia, gdyż nauka o gatunkach była jeszcze w powijakach - mówi.

 
MECENASI, MENTORZY I BOHATEROWIE NAUKI
 
Potem w XIX w. gromadzone od dekad zbiory przyrodnicze zaczęto naukowo opracowywać. Jednocześnie Europa była coraz lepiej poznana, dlatego mocarstwa zachodnie, kolonialne, wysyłały ludzi na nowe lądy. Na początku był to głównie wywiad handlowy - sprawdzanie, jak można się na nowej kolonii wzbogacić. Przy okazji podróżnicy opisywali jednak nieznany świat, np. napotykanych Indian. Na podboje jeździli też Polacy, jak choćby Krzysztof Arciszewski - admirał floty Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej, który tworzył poematy i opisywał zwyczaje Indian. Jego opisy były jednymi z pierwszych robionych przez Europejczyków - podkreśla dr Kurek, współautor książki nt. historii przyrodniczego podboju przez Polaków Ameryki Południowej.
 
W pewnym momencie zdecydowano, aby w Warszawie, przy Królewskim Uniwersytecie Warszawskim (protoplaście dzisiejszego UW) - również stworzyć gabinet historii naturalnej. Podobny ośrodek powstał i w Krakowie przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Zadaniem warszawskiego Gabinetu Zoologicznego, który powstał w 1819 r., była popularyzacja wiedzy o przyrodzie. Stanowisko kustosza, a potem dyrektora gabinetu objął znakomity manager i świetny przyrodnik, Władysław Taczanowski, który z czasem niesamowicie wzbogacił kolekcję.
 

Taczanowski miał szczęście, bo znalazł się człowiek bogaty i zainteresowany jego działaniami, hrabia Konstanty Branicki, który wraz z bratem Aleksandrem jeździł na safari, i przywożone trofea zaczął przekazywać właśnie jemu. I nawet wtedy, gdy Branicki zachorował i przestał wyjeżdżać - nadal był bardzo zainteresowany poznawaniem świata. Do tego stopnia, że opłacał emisariuszy, którzy mogliby nadal przesyłać zbiory Taczanowskiemu - opowiada dr Kurek.

 
RUSZA POLAK ZA OCEAN
 
Ten wiedział, że ziemią niezbadaną była wówczas Ameryka Południowa - zauważa rozmówca PAP. Jako pierwszy emisariusz pojechał tam Konstanty Jelski. Przebywał on w Ameryce Południowej ponad dziesięć lat (na koszt Branickiego!), zbierając ptaki, ssaki i inne zwierzęta, skały, robiąc zielniki. Wszystko to trafiało do Warszawy do Gabinetu Zoologicznego.
 
Branicki był więc mecenasem, Taczanowski - mentorem, a Jelski - pierwszym narodowym bohaterem, którzy niebywale przyczynili się do rozwoju gabinetu - podsumowuje dr Kurek. I dodaje, że podobnych gabinetów było w Europie sporo, np. w Paryżu, Wiedniu i Londynie. Najważniejsze z nich przekształciły się z czasem w Muzea Historii Naturalnej. Dzięki nakładom finansowym prywatnej osoby - Branickiego - gabinetowi w Polsce (mimo trudności związanych z czasami zaborów) niemalże udało się dorównać podobnym obiektom zachodnioeuropejskim.
 
Gdy Jelski wrócił do kraju, za ocean wysłano kolejnego emisariusza, Jana Sztolcmana, który zasłynął jako kolekcjoner ptaków. I choć gabinet warszawski był sprofilowany na ornitologię, XIX-wieczni przyrodnicy-naturaliści byli jak ludzie renesansu: interesowali się wszystkim, od geologii po medycynę. Zbierali również ssaki. Pięć nowych dla nauki gatunków przywiózł sam Jelski; Sztolcman - jeszcze więcej. Za ich sprawą lista znanych gatunków wzbogaciła się m.in. o takie pozycje, jak innoryżak wytworny (Euryoryzomys nitidus), sierściak Jelskiego (Abrothrix jelskii), inkomysz malowana (Auliscomys pictus), pakarana Branickiego (Dinomys branickii), łasica tropikalna (Mustela africana stolzmanni), pacyficzek żółtawy (Aegialomys xanthaeolus), andowiaki: Taczanowskiego i oliwkowoszary (Thomasomys taczanowskii i T. cinereus) czy paka górska (Cuniculus taczanowskii).
 
"Później do Ameryki Południowej wysłano innego genialnego kolekcjonera, Jana Kalinowskiego. Wtedy też jednak, po powstaniu styczniowym, zaostrzyły się represje wobec jednostek naukowych w Warszawie: zlikwidowano uniwersytet i istniało ryzyko, że Rosjanie zniszczą również gabinet, a cenne zbiory wywiozą do Petersburga. Kalinowski - zamiast do Gabinetu Warszawskiego - wysyłał więc okazy do powstającego wówczas Muzeum Branickich" - przypomniał dr Kurek.
 
TAKIEGO CENTRUM ZE ŚWIECĄ SZUKAĆ
 
Po odzyskaniu niepodległości oba muzea - Gabinet Zoologiczny i Muzeum Branickich - scalono w Państwowe Muzeum Zoologiczne, które istnieje do dziś jako Muzeum i Instytut Zoologii PAN w Warszawie. "Część tych zbiorów (z datą 1816-1819 r.) funkcjonuje do dziś. To niesamowite!" - mówi rozmówca PAP.
 
Dr Kurek podkreśla, że kolekcjonerstwo, muzealnictwo i opisywanie nowych gatunków zwierząt reprezentujących większą faunę miało się w Polsce świetnie zarówno przed I wojną światową, jak i w okresie międzywojennym.

Mieliśmy wtedy naprawdę duży wkład w naukę. Jeśli chodzi o ptaki, Polacy byli w ścisłej czołówce i tworzyli podstawy ornitologii neotropikalnej. Sam Jelski zebrał ponad sto nowych gatunków! Jeśli chodzi o ssaki, w samej Ameryce Południowej Polacy odkryli 27 nowych gatunków i podgatunków. Czasami gatunki te były tak oryginalne, że ich opisanie wymagało utworzenia nowego rodzaju, a czasem wręcz rodziny (co oznacza odkrycie zwierzęcia unikatowego; spokrewnionego z innymi gatunkami w bardzo odległym stopniu - PAP) - mówi.

 
Tak było np. z pakaraną Branickiego - zwierzęciem wielkości bobra, przesłanym do Europy przez Jelskiego.

Taczanowski szybko zorientował się, że to nowość. Do jego opisania trzeba było utworzyć nowy rodzaj i nową rodzinę: pakaranowate. Było to odkrycie bardzo wysokiej rangi. Do dziś gatunek ten funkcjonuje jako jedyny przedstawiciel swojej rodziny - mówi naukowiec.

 
I dodaje, że podobnych odkryć było więcej: nietoperze, gryzonie, był całkiem spory okaz wikuni (inaczej - wigonia peruwiańskiego), złowiony przez Kalinowskiego i opisany potem jako nowy podgatunek. Wikunia to zwierzę większe od sarny, protoplasta alpaki.
 

Gabinet Zoologiczny to było centrum naukowe, jakiego w Europie Środkowej ze świecą szukać. Trzeba jeszcze wspomnieć, że na ziemiach polskich istniały jeszcze podobne gabinety w Krakowie, Poznaniu i we Lwowie. Żaden jednak z nich nie rozwinął się tak, jak ten pod kierownictwem Taczanowskiego. Natomiast do dziś zdarza się znajdować w zbiorach krakowskich nietoperze tropikalne, podpisane +z Gujany Francuskiej+ - gdzie przecież pracował Jelski. To zapewne dowód na kontakty między ośrodkiem warszawskim i krakowskim - opowiada dr Kurek.

 
W POSZUKIWANIU MUZEUM
 
W dużych miastach Europy Zachodniej czy w USA Muzea Historii Naturalnej są jednymi z największych atrakcji turystycznych, a zarazem najważniejszych placówek związanych z naukami przyrodniczymi.

Były mocne podstawy, żeby i w Polsce stworzyć kilka takich muzeów - zaznacza dr Kurek.

 

Wszystko zmieniła jednak II wojna światowa. Poza tym, że wojna była nieprawdopodobnym nieszczęściem w kontekście ludobójstwa - oznaczała ona również załamanie się naukowej koniunktury. Wymownym przykładem jest gimnazjum księży marianów na warszawskich Bielanach, gdzie działało bogate muzeum przyrodnicze zorganizowane przez ks. Roberta Wierzejskiego. Zbiory zostały zniszczone przez Niemców, a nieszczęścia dopełniła powojenna polityka polski ludowej, która nie dopuściła do podźwignięcia się szkoły. Od czasu wojny ptaki neotropikalne z wypraw Arkadego Fiedlera - podróżnika i pisarza (np. autora "Dywizjonu 303") - do dziś są obecne w muzeum Karlsruhe i Berlinie. Zostały tam wywiezione przez Niemców z ograbionego muzeum poznańskiego. Natomiast Rosjanie pożyczyli przed wojną wspomnianą pakaranę, i ona również nigdy do nas nie wróciła. Oficjalnie napisali, że zbiory zostały zniszczone - mówi

 
Trudno oszacować, ile zbiorów z Gabinetu Warszawskiego zachowało się do dziś.

W czasie wojny część zbiorów (w tym być może nawet całość zbiorów entomologicznych) została spalona, a część została rozkradziona i wywieziona. Zachowała się natomiast znaczna część ptasich zbiorów z Warszawy. Jeśli chodzi o ssaki - jest bardzo dużo okazów tropikalnych, choć te najciekawsze były po koleżeńsku przez Taczanowskiego wysyłane do fachowców z Berlina czy Londynu, którzy mieli potwierdzać ich unikatowość i kolekcjonerskie znaczenie. Fachowcy ci, np. Michael Rogers Oldfield Thomas z Londynu czy Wilhelm Carl Peters - te nowe gatunki opisywali. Okazów często jednak nie odsyłali do Warszawy, wysyłając w zamian ciekawe gatunki ptaków. W efekcie część polskich zbiorów ssaków znajduje się dziś także w Londynie - podsumowuje dr Kurek.

 
KRONIKA PIONIERÓW
 
Historię przyrodniczego podboju przez Polaków Ameryki Południowej - terenów od Ekwadoru po Patagonię - przedstawia nowa książka "Ssaki neotropików odkryte przez polskich naturalistów". Jej autorzy - Łukasz Piechnik z Instytutu Botaniki PAN w Krakowie i dr Przemysław Kurek - zebrali informacje biograficzne o sześciu osobach, dzięki którym nauka światowa zawdzięcza poznanie aż 27 nowych gatunków (lub podgatunków) ssaków.
 
Poświęcona historii polskich odkryć książka ukazała się na rynku nakładem wydawnictwa Instytutu Botaniki PAN w Krakowie. Publikacja powstała dzięki pomocy Fundacji KGHM Polska Miedź.
 
PAP - Nauka w Polsce
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer
Związek
więcej
Wideo Tysol.pl Wywiad Cezarego Krysztopy z prof. Kamilem Zaradkiewiczem
Blogi
avatar
Jerzy
Bukowski

Jerzy Bukowski: Społecznie rozbierzmy pałac im. Stalina
Za wyburzeniem symbolu sowieckiego panowania nad Polską opowiedzieli się publicznie się m.in. premier Mateusz Morawiecki, wicepremier profesor Piotr Gliński i wiceminister obrony narodowej Bartosz Kownacki.
avatar
Przemysław
Jarasz

Rodzinny sadysta i gwałciciel z wyrokiem 25 lat więzienia. Wcześniej prokuratura 3 razy umarzała sprawę
Sąd Apelacyjny w Gdańsku utrzymał wczoraj w mocy karę 25 lat pozbawienia wolności dla Mariusza Sz. – antybohatera głośnej sprawy z Pucka, który zgotował istny koszmar swym najbliższym. Skazany przez cztery lata znęcał się ze szczególnym okrucieństwem nad żoną oraz dwiema małoletnimi córkami. Pozbawił małżonkę wolności przetrzymując ją w piwnicy i wielokrotnie gwałcąc. Molestował również seksualnie 4-letnią córeczkę. Sprawa jest tym bardziej bulwersująca, że w latach 2011-2013 Prokuratura Rejonowa w Pucku trzykrotnie decydowała o umorzeniu tego śledztwa i odrzucała zażalenia pokrzywdzonej. Po interwencji Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry okazało się, że decyzje te zapadały przedwcześnie i były nieuzasadnione.
avatar
Przemysław
Jarasz

Festiwal absurdów. Wojewoda wzywa do wygaszenia mandatu radnemu, a członkowie PiS się wstrzymują
Rada Miasta w Zabrzu w ogóle nie zajęła się uchwałą w sprawie wygaszenia mandatu rademu rządzącego miastem ugrupowania „Skutecznych dla Zabrza” Damianowi Trześniewskiemu – byłemu piłkarzowi Górnika. A do takiego kroku został wezwany formalnie zabrzański samorząd przez wojewodę śląskiego Jarosława Wieczorka. Z pomocą koledze przyszli partnerzy klubowi radnego, którzy już na samym wstępie sesji – nie uznając ewidentnych faktów potwierdzonych po interwencji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji przez nadzór prawny wojewody – zdjęli projekt uchwały z porządku obrad bez rozpatrywania go i głosowania nad nim. Dziwne było to, iż w decydowaniu o losach dokumentu w swej własnej sprawie głosował sam zainteresowany. W osłupienie jednak wprowadzić mogła reakcja wszystkich czterech radnych PiS – wbrew stanowisku ministerstwa własnego rządu i jego wojewody – wstrzymali się od głosu.
ciastkoWykorzystujemy pliki "cookies" aby nasz serwis lepiej spełniał Państwa oczekiwania. Możesz zablokować możliwość wykorzystywania tych plików poprzez zmianę ustawień w swojej przeglądarce internetowej.