REKLAMA

[Tylko u nas] Prof. David Engels: Nowy cud nad Wisłą

Podczas gdy niemieckie gazety, takie jak Tageszeitung, tyleż wrzaskliwie co i bezpodstawnie okrzyknęły wybory prezydenckie w Polsce mianem wyborów dziejowych, wyborów pomiędzy „demokracją” a „dyktaturą” - a niemieccy politycy zamiast uczciwie pogratulować reelekcji nie potrafią się obejść bez natarczywych „empatycznych ostrzegań” - rzeczywistość zdaje się ukazywać zupełnie inny obraz. Oto rządzona jakoby autorytarnie Polska, gdzie - jak piszą na Zachodzie - postępuje systematyczny „demontaż” demokracji, wybrała swojego prezydenta na drugą kadencję minimalną różnicą głosów; podczas gdy dyktatura, czy nawet demontaż demokracji wyglądają raczej zupełnie inaczej (na przykład tak jak w Niemczech, gdzie wybory powtarza się dopóty, dopóki nie zostanie wybrany ten właściwy; gdzie usuwa się ze stanowiska szefów Urzędu Ochrony Konstytucji, jeśli mają czelność krytykować rząd; gdzie zobowiązuje się operatorów internetowych do stosowania cenzury w sieci; i gdzie partiom opozycyjnym odmawia się elementarnych praw konstytucyjnych - ale to tylko tak na marginesie). Dwa aspekty niedzielnych wyborów prezydenckich w Polsce wydają mi się szczególnie godne uwagi.
 [Tylko u nas] Prof. David Engels: Nowy cud nad Wisłą
/ Grzegorz Jakubowski KPRP
Po pierwsze warto dostrzec prosty fakt, że Andrzej Duda i chrześcijańsko-konserwatywna PiS oprócz tego, że zdołała obronić w poprzednich wyborach absolutną większość w parlamencie, teraz zdobyła także drugą kadencję dla swego prezydenta: sukces wręcz unikalny w historii III RP, gdzie do tej pory niemal regułą były częste zmiany większości rządzącej, a świadczy to nie tylko o wciąż wysokiej atrakcyjności kursu partii rządzącej, ale także o wielkiej żywotności polskiej demokracji, z nieosiągalną do tej pory frekwencją wyborczą bliską 68 procent.

A po drugie to to, że ów sukces wyborczy Dudy okazał się tak minimalny. Bowiem oczywistym nonsensem jest interpretowanie tej niewielkiej przewagi jako „porażki”, co z uporem maniaka czynią liczne polskie i zagraniczne media; wynik lekko ponad 51 procent niewiele przecież ustępuje temu, jaki Andrzej Duda osiągnął w roku 2015 (51,5% ) i wpisuje się doskonale w ogólną tendencję obserwowaną w poprzednich wyborach prezydenckich (Komorowski 2010: 53%; Kaczyński 2005: 54%; Kwaśniewski 2000 [już w pierwszej turze] 53,9%; Kwaśniewski 1995: 51,7%). A jednak: podobnie jak fakt, że PiS stracił w 2019 roku senat (pomimo, że wynik był wyrównany), tę obecną z trudem zdobytą większość traktować należy zarówno jako znak nadziei, jak i ostrzeżenie dla konserwatystów: Polska to wprawdzie kraj odważny i zawsze zdolny do kolejnego „cudu nad Wisłą” - jednakże presja zewnętrzna wciąż rośnie.

Przede wszystkim widać wyraźnie, że nacisk ze strony zdominowanych przez lewicowy liberalizm zachodnich sąsiadów, jak i prowadzona przeciwko Polsce i Węgrom kampania ze strony UE, przynoszą niestety owoce: do dziś w Polakach tkwi bowiem głęboko zakorzeniony psychologiczny lęk przed byciem nie kochanym przez „oświecony Zachód”, do którego po upadku komunizmu, bez względu na ponoszone ofiary, tak bardzo wszyscy pragnęli przynależeć; już nie wspominając o nieustannym straszeniu Polski redukcją pomocy unijnej, przyznanej kiedyś jako rekompensata za całkowite otwarcie rynków krajów byłego bloku komunistycznego, na czym w końcowym rozrachunku skorzystały i nadal korzystają głównie firmy zachodnie (przede wszystkim niemieckie) i do dziś znaczna część pieniędzy unijnych pochodzących od europejskich podatników płynie do nich z powrotem.

Dochodzi tu jeszcze szczególnie ważna w kontekście bardzo specyficznych, często określanych (z niemiecka) jako «Hassliebe» stosunków Polski z zachodnim sąsiadem kwestia silnego wpływu prasy niemieckiej na będące w większości również w rękach niemieckich polskie media. I o ile skrajnie niewyważone relacje niemieckiej prasy wywołały wśród wielu wyborców zapewne duży niesmak - na czym być może skorzystała kampania Andrzeja Dudy - o tyle psychologiczne znaczenie całej kampanii w perspektywie długoterminowej okaże się nie do przecenienia: zarówno ze względu na zachowania wyborcze Polaków za granicą, jak i w kontekście dalszego rozwoju coraz chłodniejszych relacji sąsiedzkich, które i tak mocno już ucierpiały w wyniku sporu wokół relokacji imigrantów spoza Europy, z powodu gazociągu Nord Stream II, także w związku z kontrowersjami wokół demokratyzacji systemu prawnego w Polsce, czy wreszcie wokół żądań reparacyjnych traktowanych w istocie jako swoisty kontratak.

Zważywszy jednak na stabilny rozwój polskiej gospodarki, kwestie dystrybucji materialnej odegrały w tej kampanii rolę znacznie mniejszą, niż kwestie tożsamościowe, dzielące zresztą również społeczeństwa Zachodu. I tutaj niestety okazało się, że tylko znikoma większość Polaków uważa propagowane przez obecny rząd chrześcijańskie ideały człowieczeństwa jako te bardziej atrakcyjne niż „wartości” liberalne, prowadzące niechybnie do upudrowanego na humanizm relatywizmu moralnego i tragicznej w swych konsekwencjach „kultury śmierci”, na którą choruje już Zachód, i która jest obecnie tolerowana (jeśli wręcz nie promowana) nawet przez partie chadeckie, a co gorsza i przez niektórych dostojników kościelnych.

Jeśli więc PiS chce się uchronić przed ewentualnym znalezieniem się opozycji po następnych wyborach w roku 2023 i trwałym, a może nawet bezpowrotnym unicestwieniem głównych aspektów swojego konserwatywnego programu rozwoju, to musi przygotować się na walkę podwójną, co, nawiasem mówiąc, dotyczy także wielu innych partii konserwatywnych w Europie. Z jednej strony musi nastąpić głęboka wewnętrzna refleksja i powrót do tego co „pierwotne”, co było już w centrum uwagi w poprzednim okresie legislacyjnym: a więc bardzo wymagający pod względem moralnym sposób sprawowania urzędów oraz styl życia osób odpowiedzialnych, tak, aby ideał i rzeczywistość się nie rozchodziły, stały się jednym; do tego klarowna reforma polityki edukacyjnej i medialnej, aby przeciwdziałać nihilistycznej utracie wartości u szczególnie na to wrażliwych ludzi młodych; również edukowanie społeczeństwa o rzeczywistej skali obecnego kryzysu egzystencjalnego w kulturze europejskiej; ponadto dalsze postępowanie zgodne z katolickim nauczaniem społecznym kościoła w celu zmniejszenia nierówności socjalnych; a nade wszystko walka o możliwie największą autonomię polityczną i gospodarczą Polski dla zminimalizowania silnej presji zewnętrznej.

Powinna też pojawić się gotowość do unikania skądinąd zrozumiałej, ale jednak trochę zbyt wygodnej mentalności oblężonej twierdzy, powstrzymania się od podsycania nacjonalistycznych resentymentów, i chęć prowadzenia bardziej konstruktywnej, skierowanej ku Europie polityki informacyjnej oraz polityki sojuszów - gdyż akurat tutaj kryją się jeszcze duże możliwości postępu. Tylko bowiem wtedy, gdy Polska znajdzie wiarygodnych partnerów za granicą i jednocześnie zdoła przeciągnąć na swą stronę konserwatywną część społeczeństwa niemieckiego i francuskiego, będzie możliwe stworzenie strukturalnych warunków koniecznych dla rozbrojenia owego, nawet jeśli niesłusznego zarzutu o rzekomo antyeuropejskie nastawienie polskich władz, a także udzielenie pomocy podobnie myślącym siłom w Europie w ich dochodzeniu do odpowiedniego udziału we władzy.

Oprócz prac nad kształtem polityki europejskiej, ważne jest zatem również to, by nie zaniedbywać polityki zagranicznej: Sojusz w ramach Grupy Wyszehradzkiej jest tu pierwszym ważnym krokiem, po którym powinno nastąpić niezwłocznie pogłębienie instytucjonalne, a przede wszystkim rozszerzenie na inne kraje Trójmorza - po to, by stworzyć alians zdolny nie tylko do przeciwstawienia się osi niemiecko-francuskiej, ale również do działania w warunkach zmiennej życzliwości ze strony Stanów Zjednoczonych.

A biorąc pod uwagę spowodowany koronawirusem i kwarantanną kryzys gospodarczy w Europie, stoimy dziś wobec perspektywy fundamentalnego wstrząsu w świecie zachodnim i wiele z tego, co do tej pory wydawało się niemożliwe, teraz - zarówno w sensie dobrym, jak i złym - można osiągnąć łatwiej i szybciej, niż to było możliwe wcześniej: zwrotnice na przyszłość - nie tylko dla Polski, ale dla całej Europy - zostaną zatem ustawione w tym obecnym okresie legislacyjnym, a jeśli konserwatywny rząd polski z całym kredytem, jaki powierzyli mu obywatele, nie zdoła tu i teraz urzeczywistnić swojego programu, to w 2023 r może być za późno - i to na wiele lat, a może nawet dekad.

Ankieta
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Tygodnik

Opinie

Popkultura