REKLAMA

[Tylko u nas] Prof. David Engels: Unia Europejska kontra Europa

W tym tygodniu, 21 lipca, Belgia obchodziła swoje święto narodowe, co jak zwykle zostało całkowicie zignorowane przez polską (i nie tylko polską) opinię publiczną. Mnie, Belgowi mieszkającemu obecnie w Polsce towarzyszą w tych dniach dość szczególne odczucia: w Europie trudno bowiem o dwa bardziej niepodobne do siebie narody. Z jednej strony Polska, która ze względu na swoją tragiczną historię stała się krajem nadzwyczajnie zwartym pod względem kulturowym, religijnym, językowym i etnicznym (dzisiaj to niewątpliwie jedno z najbardziej homogenicznych społeczeństw w Europie); a z drugiej Belgia - rozdarta na Flamandów i Walonów, usytuowana kulturowo i językowo gdzieś tam na samej granicy świata romańsko-germańskiego, której liczne problemy wewnętrzne jeszcze się nasiliły od czasu pojawienia się tam licznych, przeważnie muzułmańskich społeczeństw równoległych.
 [Tylko u nas] Prof. David Engels: Unia Europejska kontra Europa
"Porwanie Europy" Tycjana. Wikipedia domena publiczna
O ile więc dla Flamandów i Walonów - u których poza pewnymi przyzwyczajeniami kulinarnymi i tracącym już na znaczeniu dworem królewskim, a także zakorzenioną niechęcią do „wielkich braci” (Francji i Niderlandów), nie ma praktycznie żadnych innych wspólnotowych więzi, a jedynie historyczne urazy - jest już rzeczą dostatecznie trudną, czy wręcz niemożliwą, czuć się w takiej konstelacji owym „Belgiem” - o tyle dla niemiecko- i francuskojęzycznego Belga, takiego jak ja, musi to być jeszcze po wielokroć trudniejsze. Dla członka tej liczącej ok 70 tys. mieszkańców, w większości nadal niemieckojęzycznej społeczności na wschodzie kraju, która w skład Królestwa Belgów weszła dopiero po pierwszej wojnie światowej, kwestia „tożsamości” nabiera zatem dość osobliwego znaczenia, gdyż dla wytworzenia własnej, regionalnej tożsamości jest to obszar zdecydowanie zbyt mały, a od niemieckiego sąsiada od ponad wieku oddzielają go całe światy doświadczeń historycznych. Skoro więc Flamandowie i Walonowie, mający za sobą długi historyczny proces, również odrzucają dziś de facto to „bycie Belgiem”, to dla mieszkańca tego skrawka wschodniej Belgii taka forma zbiorowej tożsamości musi być tym trudniejsza do przyswojenia.

Rzecz jasna, o ile tożsamość narodowa, traktowana jako ważny element jednolitej, dobrze określonej pod względem kulturowym, historycznym i językowym wspólnoty ludzkiej, może się wydawać stanem ze wszech miar pożądanym, gdy chcemy się wyrwać z izolacji wynikającej z bycia mniejszością kulturową, która tak naprawdę nigdzie nie pasuje, o tyle wyostrza to również spojrzenie na znacznie szersze powiązania. Każdy bowiem, kto dorastał na obszarze współegzystowania tak zasadniczo różnych grup językowych jak niemieckiej i francuskiej, a przy tym jako Belg nie poczuwa się w pełni do bycia częścią ani jednej ani drugiej, rychło musi poczuć się wystawionym na dwa szczególnego rodzaju doświadczenia, które w obowiązującym obecnie „politycznie poprawnym” dyskursie politycznym okażą się w sposób zaskakujący czymś diametralnie przeciwnym.

Z jednej strony mamy tu bowiem do czynienia z doświadczeniem niewspółmierności i nieporównywalności cech kulturowych: podczas gdy elity globalistyczne chciałyby nam, ludziom Zachodu, narzucić całkowity relatywizm kulturowy (wszak wystarczy tylko odrobina dobrej woli, aby przezwyciężyć wszelkie bariery kulturowe i w konsekwencji wszyscy ludzie, wszelkich kultur i języków, zaczęłyby mówić „z grubsza” to samo, a ich formy wyrazu stałyby się dowolnie zamiennymi synonimami), to jednak funkcjonowanie na co dzień w dwóch językach ojczystych i w dwóch ojczystych kulturach ujawnia człowiekowi coś zgoła przeciwnego, a mianowicie, że różne kultury, nawet jeśli wydają się wyrażać dokładnie to samo, w rzeczywistości są oddzielone otchłaniami skojarzeń, znaczeń, mentalności i kontekstów, i jedynie w sposób bardzo fragmentaryczny są w stanie komuś z zewnątrz przekazać całe to pobrzmiewające w nim bogactwo kulturowe. Jedynie ktoś, kto z dużą dozą cierpliwości i wysiłku stara się dotrzeć do sedna sprawy, zdoła niejako od wewnątrz poczuć i zrozumieć co kryje się pod powierzchnią samych tylko słów czy obrazów. Naturalnie, to doświadczenie pociąga za sobą także inne, mianowicie to, że ów ideał multikulturalizmu, owego Melting-Pots (tygla), a więc łączenie i scalanie w organiczną całość fundamentalnie różnych narodów, a tym bardziej różnych cywilizacji, jest czystym urojeniem, i to urojeniem bardzo niebezpiecznym: jeśli bowiem w jednym człowieku, takim jak ja, mentalność „romańska” ściera się z mentalnością „germańską” nigdy się ze sobą tak do końca nie stapiając (pomijając już konsekwencje mojej zapoczątkowanej już i nieuchronnej polonizacji), to jak bardzo musi okazać się to trudne, gdy w grę wchodzi współistnienie chrześcijaństwa i islamu?

Z tego doświadczenia wynika jeszcze inne, równie sprzeczne z panującą obecnie „polit-poprawną” doksą, a mianowicie to, że uświadomienie sobie różnic występujących między poszczególnymi charakterami narodowymi pozwala również wyczuć pewną wspólną płaszczyznę, która wychodzi daleko poza zwykły abstrakcyjny humanizm. A mówiąc prościej: pomimo niewspółmierności wielu kulturowych cech, Francuz, Niemiec i Polak są sobie wzajemnie o wiele bliżsi, niż wobec Chińczyka czy Egipcjanina; wszelako nie da się zaprzeczyć istnieniu czegoś takiego, jak wspólna europejska tożsamość, jakkolwiek nie ma to wiele wspólnego z tym nachalnie dziś propagowanym, bezsensownym i w dużej mierze zmanipulowanym pojęciem „europejskich wartości”, zapisanych jakoby w traktatach lizbońskich i zaklinanych codziennie w polit-poprawnych oracjach lewicowo-liberalnych moralistów. Połączyło nas bowiem trwające wiele tysiącleci, wywodzące się ze Starego Testamentu, z grecko-rzymskiej i chrześcijańskiej myśli i praktyki - wspólne historyczne, artystyczne i religijne doświadczenie, które pomimo różnic narodowych zakorzeniło się głęboko samym jądrze naszego europejskiego jestestwa, tworząc wspólny kulturowy genotyp zachodniego, „okcydentalnego” człowieka, i co w sposób oczywisty powinno znaleźć się dzisiaj w centrum europejskiej polityki i aktywności. Napisałem „powinno”, gdyż widać wyraźnie, że Unia Europejska bynajmniej nie troszczy się i nie pielęgnuje tego unikalnego europejskiego modelu człowieczeństwa oraz sposobu widzenia świata; wręcz przeciwnie: dąży do jego rozkładu, do przekształcenia go w bezkształtną, ukrywającą się za rzekomą „różnorodnością”, konformistyczną i kolektywistyczną szarą masę, z której tu i ówdzie wybijają się co najwyżej jakieś społeczeństwa równoległe, spośród których największe szanse na to, by stać któregoś dnia tymi dominującymi mają paradoksalnie te, które najskuteczniej opierają się asymilacji i integracji z tym co europejskie - wystarczy spojrzeć na przedmieścia Paryża, Londynu, Brukseli czy Berlina. Jedynie Europa Środkowo-Wschodnia, a w szczególności Polska, gdzie z pomocą zdrowego patriotyzmu, który w większości wcale nie żywi się ciasnym szowinistycznym nacjonalizmem, lecz posiada świadomość głębokich związków ze starożytnym i chrześcijańskim dziedzictwem Europy, wciąż jeszcze dość skutecznie ludzie przeciwstawiają się tym groźnym tendencjom i zdają się opierać pokusie samorozwiązania i samounicestwienia - ale jak długo jeszcze? Jak długo jeszcze Polska wytrwa, zanim presja lewicowo-liberalnych mediów, polityków i eurokratów i tutaj weźmie górę?

Tak więc przynajmniej ten jasny pogląd, wynikający z osobliwego „Dasein” niemiecko- i francuskojęzycznego Belga (wprawdzie bardziej z potrzeby introspekcji, niźli zdolności do odczuwania patriotyzmu) rad byłem przekazać dzisiaj swoim polskim czytelnikom z okazji belgijskiego święta narodowego, z nadzieją, że nie było to tak całkiem daremne...

David Engels

Ankieta
Sejm poparł Fundusz Odbudowy

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Sejm poparł Fundusz Odbudowy
Tygodnik

Opinie

Popkultura