REKLAMA

[Tylko u nas] Prof. David Engels: Żałosna nieporadność europejskich "konserwatystów"

Europa Zachodnia w ogóle, a Niemcy w szczególności, od wielu już lat wpadają w coraz głębszy kryzys, który w istocie zawiniony został przez nich samych. Gdyż to nie okoliczności zewnętrzne, lecz systematyczne, zdeterminowane ideologicznie, błędne politycznie decyzje doprowadziły kontynent do tego miejsca, w którym się dzisiaj znajduje, a mianowicie na skraj całkowitej zapaści. Masowa imigracja z Afryki i Bliskiego Wschodu, outsourcing przemysłu i kapitału do Azji Wschodniej, degeneracja obyczajów, przenoszenie kompetencji politycznych z lokalnych szczebli decyzyjnych do wątpliwych instytucji międzynarodowych, dechrystianizacja nawet chrześcijańskiej demokracji, coraz większy upadek badań, nadmierna eksploatacja przyrody, zastąpienie demokracji przez technokrację, promowanie „alternatywnych” modeli rodziny i płci, zastąpienie ekonomii polityką klientelizmu, hiper-moralizacja polityki, rozpad dumy z tego co „własne” na rzecz masochistycznej kultury winy: wszystko to trwa od lat, forsowane przez naszych polityków i, co gorsza, wciąż zatwierdzane przez obywateli w demokratycznych wyborach. Gospodarcze konsekwencje lockdownu koronawirusowego tylko przyspieszają ten rozwój, nawet jeśli można już przewidzieć, że lewicowo-liberalne elity polityczne i medialne wykorzystają pandemię do uczynienia z niej kozła ofiarnego własnych błędów. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, rolą konserwatystów jest domaganie się potrzebnych na gwałt korekt kursu politycznego, dzięki czemu można byłoby uniknąć przynajmniej największych zagrożeń.
 [Tylko u nas] Prof. David Engels: Żałosna nieporadność europejskich
/ Pixabay.com

Ale co my widzimy? Otóż większość konserwatystów, zarówno w Niemczech, jak i w Europie Zachodniej, dokonuje - owszem - prawidłowej diagnozy licznych problemów w swoim otoczeniu, jednak kompletnie zawodzą w zderzeniu z wynikającymi stąd konsekwencjami politycznymi - zawodzą wręcz żałośnie.

Zacznijmy od islamu. Fakt, że w dużych i średnich miastach Europy Zachodniej jest on już poważnym problemem, stając się elementem dominującym w krajobrazie miejskim, jest często powtarzającym się zarzutem konserwatywnych wyborców i polityków. Już dziś widać jasno, że zdecydowana większość francuskich, angielskich i niemieckich miast w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat zamieszkana będzie w większości przez ludzi o niezłomnych tradycjach, których korzenie sięgają daleko poza europejską sferę kulturową. Ale jaką odpowiedź daje na to wielu konserwatystów? Na to stopniowe wypieranie ich własnej kultury? Ano koncentrują się wyłącznie na kwestii „fundamentalizmu” islamskiego i chcą powstrzymać jego rozwój poprzez zakazywanie czysto zewnętrznych symboli - burki i chusty, nawoływanie przez muezzina do modlitw, minarety - powołując się przy tym na rzekomo niezbędną „neutralność” w przestrzeni publicznej. Konsekwencja: aby uderzyć w islam, akceptuje się zdejmowanie krzyży w salach lekcyjnych, zakazywanie procesji chrześcijańskich a nawet usuwanie szopek bożonarodzeniowych z administracji. Czy to jest konserwatywne? Nie, to jest głupie: gdyż każdy powinien mieć świadomość, że neutralność nie jest wartością samą w sobie, a raczej próżnią, w której prędzej czy później zwycięży liczebnie, a przede wszystkim kulturowo najsilniejsza grupa. A nawet, gdyby z jakichś powodów było możliwe całkowite wyparcie fundamentalistycznego islamu, to fakt pozostaje faktem: kultura zachodnia w swej własnej ojczyźnie jest coraz bardziej spychana przez inne kultury i wkrótce stanie się grupą marginalną wśród wielu innych; niezależnie od tego, czy dominującą grupę stanowić będą muzułmanie, Afrykanie czy nawet Chińczycy. Powiedzmy zatem wyraźnie: „świeckość” nie jest żadnym rozwiązaniem w przypadku zderzenia czy to religii, czy to kultur: jedynie duma z własnej kultury i tradycji chrześcijańskiej oraz walka o utrzymanie dominacji tej kultury w przestrzeni publicznej może nam pomóc przetrwać jako cywilizacja.

Kolejnym błędem popełnionym przez zachodnich konserwatystów jest odwracanie się od Europy. Naturalnie Unia Europejska nie tylko zawiodła w kwestii reprezentowania i bronienia w zadowalający sposób interesów Europy w świecie; stała się też agendą lewicowo-liberalnego programu politycznej poprawności i, jak widać na przykładzie Polski, stara się z całych sił narzucić tę agendę państwom członkowskim. Ale odpowiedź, której udziela na to wielu konserwatystów - mianowicie tylko państwo narodowe może uratować obywatela - jest całkowicie błędna. Z jednej strony większość rządów krajowych jest tak samo skażona polit-poprawnym myśleniem, jak elity europejskie: wyłączenie szczebla europejskiego byłoby zatem przydatne tylko wtedy, gdyby rządy krajowe również dokonały fundamentalnego zwrotu ideologicznego, co jest obecnie bardzo mało prawdopodobne. Jednak nawet gdyby to się udało, UE nie musiałaby już być likwidowana - jej orientacja polityczna i tak zależy od skumulowanej większości narodowej - lecz wymaga niewątpliwie reformy. Wtedy pojawiłaby się nawet możliwość uczynienia z UE instrumentu wspólnego interesu patriotycznych państw narodowych - dramatycznie niezbędna broń, o ile Europejczycy rozsiani po 27 małych państwach chcieliby w rozsądnie skoordynowany i skuteczny sposób reagować na olbrzymie wyzwania, jakie stawiają Chiny, Rosja i państwa islamskie, czy owe wewnętrzne kryzysy, które co rusz spadają na nasi nas dzielą. Powiedzmy sobie jasno: walka o konserwatywną Europę nie może polegać na powrocie do państw narodowych, ale na stopniowej transformacji UE w instrument, który nie działa już przeciwko naszym interesom, lecz w naszym własnym.

Rzekomy „konserwatyzm” staje się całkowicie absurdalny, zwłaszcza w Niemczech, jeśli weźmie się pod uwagę, jak reaguje on na zasadniczo słuszne stwierdzenie o obosiecznym efekcie dominacji Stanów Zjednoczonych w Europie. Bo jeśli nawet obecna administracja Donalda Trumpa w szczególności w Polsce sprawia, że ​​sojusz z USA wydaje się idealną kombinacją w polityce zagranicznej i wewnętrznej, to jest też jasne, że kulturowy wpływ USA na Europę ma swoje ciemne strony, a z powodu „amerykanizacji” wiele cennych lokalnych tradycji uległo spłaszczeniu lub całkowicie zanikło. I nie tylko to: bowiem w szczególności „poprawność polityczna” to przecież również ideologia importowana do Europy z USA, ideologia, która wyrządziła już niebywałe szkody - i będzie je nadal wyrządzać, jeśli w USA dojdzie do przesilenia na korzyść demokratów (z powodu czego szczególnie ucierpiałyby Polska i państwa Grupy Wyszehradzkiej). A co z owego faktu wyciągają zachodni „konserwatyści”, zwłaszcza we Francji i Niemczech? Otóż potrzebę uprzywilejowanego sojuszu z Rosją - prawdziwe intelektualne salto mortale, które mówi tyle samo o problematycznym rozumieniu wolności i demokracji owych konserwatystów, jak i o oczywistym sukcesie Putina, o reinterpretacji jego rządów, opartych na oligarchii, na sieciach KGB, na państwie policyjnym i ekspansji, w „kulturowo-konserwatywnego bojownika o wolność”. Rzecz jasna, gdyby możliwa była wewnętrzna reforma Rosji, wówczas przyjazne relacje z Europą byłyby z pewnością czymś lepszym dla naszego kontynentu niż obserwowane obecnie coraz szybsze mutowanie Rosji w kierunku bycia przedłużonym ramieniem Chin - ale to, czy i kiedy te warunki zostaną spełnione, jest wysoce wątpliwe. Umówmy się: wolności Europy na pewno nie zagwarantuje odwrócenie się od USA i zwrócenie się ku Rosji, lecz co najwyżej sprytna polityka zagraniczna, która ochroni zarówno zachodnie, jak i wschodnie flanki Europy przed politycznymi i ideologicznymi wpływami, a jednocześnie umożliwi pokojową wewnętrzną koordynację wszystkich narodów chrześcijańskich na półkuli północnej

Ostatnia kwestia to polityka gospodarcza. Tutaj, zresztą nie tylko w Europie Zachodniej, konserwatyści całkiem słusznie dostrzegają tendencję w kierunku „socjalizmu miliarderów”, systemu, w którym zubożałe masy są coraz bardziej wchłaniane przez olbrzymie systemy opieki społecznej i uszczęśliwiane tanią konsumpcją, podczas gdy wielkie banki i korporacje, przede wszystkim „big tech” i „big data”, osiągają gigantyczne zyski i kontrolują elity polityczne, przez co kurcząca się klasa średnia zmuszona jest do świadczenia coraz liczniejszych podarków fiskalnych zarówno w dół, jak i w górę, cierpiąc przy tym z powodu coraz bardziej rozbudowanych regulacji. Nic zatem dziwnego, że wielu konserwatystów w obliczu tej quasi-planowej gospodarki chce podążać w kierunku odwrotnym i całkowicie polegać na karcie ultra-liberalizmu. Tylko, że to właśnie wolny handel i liberalizm doprowadziły do ​​sytuacji, którą obserwujemy dziś; a zawracanie koła czasu w zakresie polityki gospodarczej ze względu na obecną polaryzację społeczną, jak i na uwikłania na światowym rynku byłoby wysoce problematyczne i wcześniej czy później przyniosłoby taki sam skutek jak obecnie. Jedyną odpowiedzią może być zatem walka o jak największą samowystarczalność gospodarczą Europy i w tych ramach powrót do chrześcijańskiej etyki społecznej, która zawsze wyznaczała trzecią drogę między liberalizmem a socjalizmem. Pamiętajmy: ultra-liberalizm nie jest odpowiedzią na niepożądany rozwój, który ostatecznie sam spowodował, a samoograniczenie ludzkich egoizmów może nastąpić tylko poprzez odniesienia do transcendencji, nie zaś w pokładaniu nadziei wyłącznie w „rynek”, którego globalny wymiar i tak będzie się wymykać politycznym pojęciom Europejczyków, o ile nie zostanie utworzony silny europejski obszar gospodarczy.

Podsumowując: przyszłość naszego kontynentu nie leży w sekularyzmie, w państwie narodowym, w Rosji czy w ultra-liberalizmie, lecz w chrześcijaństwie, w Europie zjednoczonej, w niezależnej polityce sprawowania rządów oraz w kontynentalnej chrześcijańskiej gospodarce rynkowej.

z niemieckiego tłum. Marian Panic


Ankieta
Czy wziąłbyś udział w Powstaniu Warszawskim?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy wziąłbyś udział w Powstaniu Warszawskim?
Tygodnik

Opinie

Popkultura