REKLAMA

[Tylko u nas] Prof. David Engels: Dlaczego Polacy idealizują Niemców? To Wam się nie spodoba

Zanim przeprowadziłem się z Belgii do Polski, nie potrafiłem sobie wyobrazić, że stosunki polsko-niemieckie mogą być aż tak skomplikowane - i nie mam tu na myśli jedynie wagi doświadczeń z czasów II wojny światowej. Oczywiście jako historyk zdawałem sobie sprawę, że straszliwa niemiecka okupacja, z zaplanowaną eksterminacją znacznej części polskiej ludności i zniszczeniem polskiego dziedzictwa kulturowego, musiała pozostawić głębokie ślady w polskiej mentalności po dziś dzień. Nie było jednak dla mnie jasne, że obecne stosunki między Polakami i Niemcami są do tego stopnia ambiwalentne, czyli niejasne.
 [Tylko u nas] Prof. David Engels: Dlaczego Polacy idealizują Niemców? To Wam się nie spodoba
Pixabay.com

Początkowo spodziewałem się, że niechęć Polaków do Niemców będzie z grubsza taka sama jak do Rosjan, a może nawet ją przewyższać zważywszy na szczególne bestialstwo tamtych wojennych doświadczeń. Tymczasem odnoszę wrażenie, że wcale tak nie jest. Relacje między Polską a Rosją są zdumiewająco jasno określone, ukształtowane politycznie przez całkowite odrzucenie, a po ludzku przez daleko idącą obcość: poza kilkoma niuansami, niewiele jest tutaj pola do dyskusji i interpretacji. W przypadku zaś Niemiec i Niemców sytuacja jest jednak znacznie bardziej skomplikowana i można ją określić jedynie jako właśnie ambiwalentną, czyli charakteryzującą się mieszaniną uczuć, które w rzeczywistości wzajemnie się wykluczają. I śmiem twierdzić, że są to uczucia nie tylko obcości, nie tylko odrzucenia czy nawet nienawiści, lecz także podziwu, a czasem nawet - wybieram to słowo całkiem świadomie - idealizacji.

Wielu polskim czytelnikom zapewne nie spodoba się ta psychologiczna obserwacja i będą pewnie przekonywać i podkreślać, iż żaden Polak ze względu na straszne doświadczenia zaborów a potem II wojny światowej nie mógłby w żadnym wypadku żywić tego rodzaju uczuć, co najwyżej wstręt. A jednak: sprawy nie przedstawiają się wcale tak jednoznacznie, o czym przekonuję się wciąż od nowa ku własnemu zdumieniu i wbrew swoim pierwotnym oczekiwaniom. W Walonii na przykład, w Belgii, doświadczenia dwóch wojen światowych wryły się głęboko w ludzką mentalność, a stosunki z Niemcami charakteryzują się w najlepszym razie brakiem zainteresowania, a w najgorszym - odrzuceniem; nie ma miejsca na ambiwalencję. W Polsce zaś sytuacja jest diametralnie inna: wszędzie dostrzegam, bardziej lub mniej świadomy, zarówno głęboki podziw dla Niemiec, jak i kuriozalne czy wręcz absurdalne pragnienie bycia szanowanym, a nawet kochanym przez Niemców - i to nie tylko w szczególnie pro-niemieckim lewicowo-liberalnym spektrum politycznym, lecz także na prawicy, gdzie niemieckie formy nacjonalizmu nierzadko wykorzystywane są do promowania polskich treści patriotycznych. Wielu Polaków w niemal naiwny sposób postrzega też wszystko co niemieckie jako to „lepsze” i urasta to niemalże do rangi symbolu statusu, choć od dawna powinno być już jasne, że w wielu dziedzinach Polska nie tylko nie ustępuje Niemcom, ale nawet w kwestiach wydawałoby się tak typowo „pruskich” jak bezpieczeństwo publiczne, czystość, porządek, ba, nawet punktualność pociągów, zdołała już swoich zachodnich sąsiadów daleko wyprzedzić. Tymczasem nadal chcą nie tylko naśladować, ale także być konsekwentnie szanowanym przez Niemców: pomyśleć tu choćby o tej całkowicie przesadnej dumie, wyrażanej czasami nawet w wiadomościach telewizyjnych, jaka pojawia się po przeczytaniu jakiegoś artykułu w niemieckiej prasie, który - co zdarza się niezmiernie rzadko - przynajmniej w połowie był jako tako przyjazny Polsce lub gdy usłyszy się podobnie pozytywną wypowiedź niemieckiego polityka: któż byłby zainteresowany podobnym artykułem w Prawdzie czy z ust rosyjskiego ministra?

Czy tę ambiwalencję należy postrzegać jako zbiorowy syndrom sztokholmski, czyli znaną dobrze z psychologii paradoksalną samoidentyfikację ofiary ze sprawcą? Może i częściowo tak jest, jednak podejrzewam, że ta niebywale złożona kwestia relacji polsko-niemieckich sięga znacznie głębiej w historię niż tylko II wojna światowa. Bowiem były one zawsze wszystkim innym, ale bynajmniej nie czymś „jasno określonym”; a to, co często postrzegane bywa jako awersja spowodowana wojennymi doświadczeniami, w rzeczywistości wynika przede wszystkim z resentymentu, że ci Niemcy, pomimo starego wobec nich podziwu, potraktowali Polaków w czasie wojny aż tak bestialsko. Prowadzi nas to do prawdziwego tragizmu sytuacji: bowiem sami Niemcy bynajmniej nie odwzajemniają owych uczuć, którymi darzą ich wschodni sąsiedzi i - jak sądzę - tak jest od dawna. A dlaczego? Tego oczywiście nie wiem. Niemcy od wieków kochają i idealizują „Południe” ze względu na sztukę, krajobraz czy styl życia; odczuwają też głęboką fascynację Rosją, chociaż lub właśnie dlatego, że jest ona prawdziwym „anty-światem” dla Niemiec; szanują i zazdroszczą też światu anglosaskiemu jego wielowiekowych imperialnych sukcesów. Tymczasem Polska w niemieckim emocjonalnym układzie współrzędnych nie odgrywa takiej roli, która w najmniejszym choćby stopniu byłaby porównywalna z tą, jaką odgrywają Niemcy dla Polaków, i nie jest to bynajmniej kwestia zwykłego braku zainteresowania, ale także dość wyraźny ślad zbiorowego poczucia wyższości, a nawet pogardy, co pozwala dopiero zrozumieć, dlaczego niemieccy żołnierze na Wchodzie zachowywali się wobec ludności cywilnej w tak fundamentalnie inny sposób, niż na Zachodzie i dlaczego tak wielu Polaków rozwinęło w sobie ów kompleks niższości. Niemiecka klęska i powojenna „reedukacja” co prawda stłumiły te uczucia, ale ich bynajmniej nie wyeliminowały, a można by nawet powiedzieć, iż od czasów tamtej wojny, kiedy to narodowosocjalistycznym Niemcom nie udało się wymazać Polski i jej mieszkańców z mapy świata, uczucia te wzbogacone zostały jeszcze o pewne niuanse wrogości, a może nawet strachu: strachu, gdyż odporność Polski została ewidentnie źle oceniona, wrogości, gdyż ów gorzki, ale niestety nie nieprawdziwy, choć pierwotnie odnoszący się do Niemiec i mordu na Żydach żydowski bon mot mógłby również dotyczyć Polski: „Auschwitz, tego Niemcy Żydom nigdy nie wybaczą”.

Oczywiście od tamtych doświadczeń wojennych minął już prawie wiek i wypadałoby mieć nadzieję, że wspólna praca w Unii Europejskiej i bardzo intensywne obecnie stosunki gospodarcze mogłyby wiele zdziałać dla złagodzenia tamtych zbiorowych uczuć, zastępując je jakimiś bardziej pozytywnymi. Tymczasem wydaje się, że tak nie jest; w miarę jak Niemcy stają się w coraz większym stopniu moralnym, gospodarczym i politycznym hegemonem w Europie, wśród jej sąsiadów, a zwłaszcza, choć nie tylko, w Polsce, odradzają się dawne lęki i resentymenty, które grożą poważnymi konsekwencjami politycznymi, o czym można się przekonać śledząc codziennie czołowe media polskie i niemieckie. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że powyższe rozważania są tylko pobieżnym uogólnieniem, czymś w rodzaju wartości średniej opartej na całokształcie wrażeń, jakie uzyskałem w ciągu ostatnich kilku lat, myślę jednak, że mogą one pretendować do pewnego stopnia obiektywizmu: bowiem z jednej strony, jako Belg, jestem w stanie rozmawiać „ponadpartyjnie” z kolegami, przyjaciółmi i znajomymi zarówno w Niemczech jak i w Polsce, a z drugiej, moje spostrzeżenia - co bardzo chciałbym tutaj podkreślić - wykraczają poza sympatie partyjno-polityczne w obu krajach i można je znaleźć zarówno po lewej, jak i po prawej stronie spektrum politycznego (raz jeszcze chciałbym podkreślić, że nie chodzi tu o naiwną politykę pro- lub antyniemiecką, lecz raczej o samo podłoże owego tyleż oczywistego co i zaskakującego zbiorowego uczucia podziwu lub urazy).

Nie jest niczym nowym w historii kolizja interesów narodowych oraz to, że konkurencja może również powodować konflikty. Staje się to jednak mocno problematyczne, gdy owe konflikty prowadzone są w duchu, który nie odpowiada rzeczywistym okolicznościom, a jedynie stara się uporać z wcześniejszymi cierpieniami. A mówiąc dokładniej: Polska obecnie znajduje się coraz bardziej w stanie oczekiwania wobec Niemiec - oczekuje prawdziwych, wewnętrznych, zbiorowych, a nie tylko czysto formalnych i racjonalnych przeprosin za przeszłość, ale jeszcze bardziej oczekuje, aby Niemcy po raz pierwszy od wieków wreszcie zaczęły ją szanować jako równą sobie, a może nawet pokochały. Oczekiwanie to jest jednak zupełnie beznadziejne - przynajmniej w obecnej sytuacji Niemiec i to z powodów przedstawionych powyżej. Niemcy mogą być zainteresowani Polską jako obszarem gospodarczym, natomiast sympatia i szacunek dla kraju i jego mieszkańców, mówiąc w pewnym uproszczeniu, ma znacznie mniejsze znaczenie niż w przypadku ich południowych czy zachodnich sąsiadów. Niestety, im bardziej Polska domagać się będzie przeprosin i „żądać”, aby została w końcu potraktowana przez Niemcy jako równorzędny partner, tym mniejszy sukces odniesie. Historycznej niesprawiedliwości nigdy nie można naprawić z pozycji słabości, lecz tylko z pozycji siły, gdyż ten silniejszy, o ile zmuszony zostaje do „przeproszenia” tego słabszego, owszem, może formalnie zadośćuczynić dawne krzywdy, ale cementuje to jedynie asymetrię, a tym samym utrwala poczucie zniewagi.

Konflikt polsko-niemiecki zakończy się dopiero wówczas, gdy Polska otworzy się na gorzką prawdę, że mimo wszelkich dobrych intencji nie posiada dla zachodniego sąsiada tego samego statusu, jaki istnieje na odwrót, i taka sytuacja pozostanie z nami na dłużej. Polska musi więc wyemancypować się od Niemiec pod każdym względem i odnaleźć siebie: proces konieczny, choć trudny, gdyż same Niemcy nie poprą tego procesu, raczej będą go utrudniać z użyciem argumentów zarówno gospodarczych, jak i europejskich. Jednakże dopóki przepaść polsko-niemiecka grozi rozsadzeniem całego europejskiego domu, a Europa Środkowo-Wschodnia nadal będzie głównie zapleczem gospodarczym Niemiec, dopóty i samo zjednoczenie Europy będzie czymś bardzo niestabilnym. Na arenie historycznej prawdziwe przeprosiny i przebaczenie możliwe są tylko między równymi - i zwykle jest tak, że owo pragnienie przeprosin i przebaczenia samo niejako wygasa, gdy tylko osiągnięty zostaje prawdziwy parytet, a strach i uraza ustępują miejsca poczuciu własnego bezpieczeństwa oraz siły, otwierające drogę do prawdziwej współpracy. Jest to stan, do którego Polska powinna dążyć priorytetowo - a jeśli oznacza to stworzenie własnego europejskiego systemu sojuszniczego oraz dążenie do jak najszerszego uwolnienia gospodarczego od Niemiec, a także kulturową niezależność i dumę z własnych wartości, które trzeba bronić przeciw wszelkim ingerencjom z zewnątrz, to tego wszystkiego nie sposób dostatecznie nie poprzeć.


Ankieta
Sejm poparł Fundusz Odbudowy

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Sejm poparł Fundusz Odbudowy
Tygodnik

Opinie

Popkultura