REKLAMA

[Tylko u nas] Prof. David Engels: O odpowiedzialności pokolenia 68' za złe zarządzanie pandemią

Kiedy tonął statek, od wieków na Zachodzie jedną z podstawowym zasad etykiety było poświęcenie w razie konieczności życia mężczyzn i osób starszych po to, aby to kobiety i dzieci jako pierwsze zajmowały miejsce w łodziach ratunkowych. Nie dlatego, że są to ci „słabsi”, a wręcz przeciwnie: dlatego, że uosabiają siłę i przyszłość oraz zdolność do powoływania życia. Dziś, w czasach rzekomej pandemii COVID-19, stało się dokładnie odwrotnie: dziś całe społeczeństwo oddane zostało do dyspozycji jednej „grupy ryzyka” - ludzi starszych, aby (rzekomo) ich ochraniać, choć w ciągu ponad roku odnotowano zaledwie 0,1–0,2 procent zgonów z powodu COVID-19 i dotyczy to prawie wyłącznie ludzi w bardzo podeszłym wieku z wcześniejszymi poważnymi chorobami towarzyszącymi, dla których groźne infekcje wirusowe byłyby zapewne śmiertelne nawet w czasach przed koronawirusem.
 [Tylko u nas] Prof. David Engels: O odpowiedzialności pokolenia 68' za złe zarządzanie pandemią
/ Pixabay.com

Niektórzy czytelnicy w tym momencie westchną pewnie głęboko, bo czyżby autor opowiadał się za pozwoleniem „staruszkom” tak po prostu umierać? I czy w ogóle uważa, że „ludzie starzy” mają mniejsze prawo do życia niż młodzi? No cóż, gdyby społeczeństwo faktycznie musiało dokonywać wyboru pomiędzy życiem człowieka starego i młodego, powiedziałbym zdecydowanie „tak”, pomimo wielkiego tragizmu takiego wyboru, bowiem jest on zawsze w jakimś sensie niesprawiedliwy, tym niemniej w indywidualnych przypadkach istnieje moralny obowiązek faworyzowania tych, którzy mają przed sobą życie. Tyle tylko, że ten „wybór” jest dziś zgoła fikcyjny, gdyż w Europie szpitale czy oddziały intensywnej terapii nigdy nie były tak przeciążone, aby taki wybór stał się kwestią naprawdę systemową - przynajmniej nie większą niż we wszystkich poprzednich latach, kiedy to wiele szpitali, w związku z postępującą racjonalizacją systemu opieki zdrowotnej, zmuszone były podejmować podobnie złe decyzje, nie wzbudzając przy tym nawet w przybliżeniu takiego zainteresowania obywateli, polityków czy dziennikarzy, jak to ma miejsce dziś, ani też nie wywołując żadnych konsekwencji dla całego społeczeństwa.

Ponadto cała ta debata prowadzi na manowce, bowiem jeśli przyjrzeć się sprawie gruntowniej, to zasadniczy problem okaże się zupełnie innego rodzaju: obecny sposób radzenia sobie z covid-19, mówiąc bez ogródek, to nic innego jak tylko „segregacja” na korzyść „starych” i przeciwko „młodym”, a nie na odwrót. Zamiast więc chronić konkretnie grupy ryzyka (na przykład poprzez zalecenia dotyczące noszenia maseczek, zarezerwowanie dla nich godzin zakupów, ukierunkowany dostęp do opieki medycznej, a przede wszystkim apel o dobrowolną kwarantannę) całe społeczeństwo łącznie z małymi dziećmi stało się zakładnikiem, z fatalnymi tego konsekwencjami. W rzeczywistości locdown oznacza bowiem nie tylko upadek klasy średniej, tej która od dwóch stuleci stanowi główny filar utrzymujący nasze społeczeństwo obywatelskie, ale także pozostawia za sobą rozbitą psychicznie młodzież cierpiącą z powodu ogólnospołecznej traumy i ogromnej luki w nauczaniu - kto wie, jak poważne konsekwencje będą miały takie wstrząsy, być może łącznie z przypadkami śmierci. Gorzej jeszcze, gdyż w celu „ochrony” owych grup ryzyka - czyli głównie ludzi powyżej 70. roku życia - cała populacja, łącznie z uczniami szkół podstawowych, zostaje poddana obowiązkowemu „dobrowolnemu” szczepieniu przy pomocy niewystarczająco przetestowanych (i prawdopodobnie tylko marginalnie skutecznych) preparatów. A jedyną reakcją na to, że już nawet dzieci naraża się na poważne, długotrwałe komplikacje zdrowotne lub wady genetyczne, a ich codzienne czynności poddawane są absurdalnym ograniczeniom szydzącym z najbardziej podstawowych swobód obywatelskich, jest bezradne wzruszenie ramion.

Na każdej demonstracji w Niemczech można było spotkać tłumy babć: a to „babcie przeciwko prawicy”, a to „babcie dla klimatu” i tp. A gdzie się podziały głosy stowarzyszeń seniorów, które zawołałyby dzisiaj gromko: „nie w naszym imieniu!”? Gdzie są „babcie przeciwko przymusowym szczepieniom” względnie „babcie przeciwko lockdownowi”? W Wielkiej Brytanii różne decyzje i środki antycovidowe sprzedawane są pod hasłem „don’t kill granny” - ale co z odpowiedzialnością owych „grannies” wobec całkowicie nieodpowiedzialnej polityki w odniesieniu do ich wnuków, narażając ich życie, zdrowie i przyszłość? Jestem pewien, że w tamtych czasach „ciemnego” patriarchatu wiktoriańskiego, kiedy jeszcze obowiązywała zasada „najpierw kobiety i dzieci”, a skazani na śmierć mężczyźni i starcy zasiadali do stołu w wieczorowych strojach na ostatnią partyjkę brydża, podczas gdy ich dzieci i kobiety zajmowały miejsce na pokładzie łodzi ratunkowych, właśnie grupa wiekowych seniorów byłyby tą, która jako pierwsza sprzeciwiłaby się poświęceniu przyszłości swoich potomków, w dobrostan których włożyli tyle miłości i energii. Oczywiście dziś to nie starsi, palący fajki dżentelmeni i pobożne starsze panie w koronkowych czepkach stanowią zdecydowaną większość pokolenia dziadków. Dzisiejsi dziadkowie, przynajmniej w Europie Zachodniej, dla których poświęca się teraz zachodnie społeczeństwo dobrobytu, to w dużej mierze lewicowi, liberalni seniorzy z pokolenia 68, mający już na sumieniu zniszczenie tradycji europejskiej, a teraz, kiedy wreszcie mają w swych rękach wszystkie dźwignie władzy, do ich dyspozycji oddano również interes ich potomków (jeśli ich w ogóle mają), aby mogli jak najdłużej opóźniać doświadczenie własnej skończoności.

W rzeczywistości pokolenie, które dzisiaj, jako „grupa ryzyka”, domaga się być za wszelką cenę chroniona, cierpi w przytłaczającej większości z powodu ogromnego strachu spowodowanego odrzuceniem wszelkiej transcendencji, ewentualnie przyjmując jakąś lewicowo-zieloną, zaangażowaną socjalnie, podszytą panteizmem karykaturę chrześcijaństwa, zredukowanego do sandałów marki Birkenstock, do imprez z akompaniamentem gitary, do demonstracji przeciwko prawicy, wszak w ich przekonaniu „Jezus głosowałby na lewicę”. Albowiem śmierć oznacza dla nich jedynie czarną otchłań, koniec wszystkiego, stąd za wszelką cenę chcieliby ją odroczyć choćby o kilka miesięcy lub tygodni, bez względu na koszty dla innych, podczas gdy poprzednie pokolenia z tamtych rzekomo „mrocznych” czasów starej wiary odchodziły z życia w przekonaniu, że najlepsze dopiero przed nimi i że jedną z najgłębszych treści życia jest cierpienie w imię wyższego dobra lub nawet – jeśli to konieczne – ofiarowanie siebie innym. Tamta gotowość do poświęceń w czasach wojny, epidemii i ciężkiej pracy była z pewnością czymś więcej, niż to dzisiejsze zaprzątanie sobie głowy indywidualną, małostkową zapobiegliwością higieniczną w sytuacji „pandemii”, która do tej pory, w ciągu ponad roku występowania, pochłonęła w Polsce 0,193, we Francji 0,166, a w Niemczech zaledwie 0,1049 procenta populacji (z czego wielu, w innej sytuacji, zmarłoby zapewne na grypę lub podobne choroby sezonowe), co sprawia, że ta dysproporcja jawi się jako szczególnie rażąca.

Oczywiście nie bądźmy niesprawiedliwi: również w tej grupie wiekowej są ludzie poważnie zaniepokojeni sytuacją społeczną i losem swojego potomstwa. Tyle że owa troska wyraża się u nich najczęściej nie poprzez dezawuowanie tego wszechogarniającego szaleństwa, lecz raczej w antycypującej uległości wobec ciągłego krzyku medialnego i politycznego, i w nadziei, że poprzez posłuszeństwo i uległość szybko położy się kres nieszczęściu, ewentualnie przez własny przykład przyczyni się do osiągnięcia tzw. „odporności stadnej”, co zresztą od miesięcy wydaje się ustępować na rzecz całkowicie iluzorycznej radykalnej postawy „no-covid” ze stałym, odświeżanym regularnie wymogiem szczepień - smutne świadectwo ogromnych szkód spowodowanych w dużej mierze za sprawą krzykliwych i do cna zglajchszaltowanych mediów.

Cóż więc dalej? Nadzieja na zmianę sytuacji maleje z tygodnia na tydzień i wydaje się już raczej czymś nieuniknionym, że w tej „najlepszej Europie wszechczasów” zostanie jednak wprowadzony ten urągający wszelkiej przyzwoitości certyfikat szczepień - w wielu stanach USA zdecydowanie odrzucony i zakazany jako niezgodny z prawem. Wiele osób, które nie rozumieją, dlaczego to miałyby się poddać terapii genowej, która przecież ani nie powstrzyma zachorowania na COVID-19, ani nie zapobiegnie przenoszeniu wirusa – ba, być może nie tylko nie „uchroni” owej grupy ryzyka przed zachorowaniami, ale i zwiększy prawdopodobieństwo pojawiania się mutacji wirusa, zaś system odpornościowy sprowokuje do fałszywych reakcji - wkrótce zostaną zdegradowani do rangi obywateli drugiej kategorii, którym odmawia się nie tylko podstawowych wolności, ale i obraża się ich jako „element antyspołeczny” i poddaje wszelkiego rodzaju represjom. Jednak nawet ci, którzy z obawy przed utratą pracy, presją społeczną lub po prostu z tęsknoty za „normalnym” życiem poddadzą się posłusznie środkom zaordynowanym przez państwo, wcześniej czy później zdadzą sobie sprawę, że ta „nowa normalność” nie jest wcale czymś aż tak bardzo pożądanym i została drogo – zbyt drogo – okupiona, w sensie społecznym, kulturowym, ekonomicznym i politycznym. A gdy wkrótce, w obliczu spodziewanego upadku pogrążonego w kryzysie europejskiego systemu gospodarczego, utrzymywanego obecnie jedynie dzięki gospodarce planowej, rozpocznie się walka o dystrybucję emerytur, których nie będzie się już dało dłużej sfinansować, wówczas wielu być może przypomni sobie, jakie to pokolenie w większości milczało, gdy całe to nieszczęście zwaliło nam się na głowę…

[z niemieckiego tłumaczył Marian Panic]


Ankieta
Czy w PE powstanie nowa konserwatywna frakcja?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy w PE powstanie nowa konserwatywna frakcja?
Tygodnik

Opinie

Popkultura