loading
Proszę czekać...
avatar
Marcin Królik

Marcin Królik: Nie potrzebujemy superprodukcji w hollywoodzkim stylu
26.11.2019
Po co komu polski film z hollywoodzkim rozmachem, skoro ma pod ręką prawdziwe filmy z Hollywood? Nie lepiej być po prostu najlepszą wersją samych siebie?

Wikipedia CC BY 2.0

Często wytykany polskiej kulturze prowincjonalizm rzeczywiście istnieje. Jednak wbrew opiniom wielu naszych dyżurnych ojkofobów nie bierze się on z tego, co w niej organiczne, lecz z irytującej tendencji do naśladowania - zazwyczaj nieudolnego, jak zresztą każde naśladownictwo - zachodnich wzorców i kompleksów wobec nich. Właśnie tak rzecz wygląda między innymi z opowiadaniem o filmach z hollywoodzkim rozmachem, które to jakoby mają u nas powstać i wreszcie sprawić, żeby nasza narracja historyczna stała się bardziej słyszalna w świecie oraz atrakcyjniejsza dla młodzieży.

Stanowiło to jeden z wątków rozmowy Roberta Mazurka z Jarosławem Sellinem w RMF. Wiceminister kultury zagadnięty prowokacyjnie przez Mazurka o "hollywoodzkie superprodukcje", które miały być, ale ich nie ma, powołał się, oczywiście, bo jakżeby inaczej, na Amerykanów, którzy są coraz mocniej obecni na polskim rynku i już niebawem wesprą nas swoim doświadczeniem, a może nawet jakieś filmy dotyczące polskiej historii wyprodukują. No cóż, może. Choć niestety wypada się tu zgodzić z Mazurkiem, że jak na razie nasi najwięksi przyjaciele dali nam głównie seriale w Netflixie, które nas obrażają.

Cóż na to rzec? Ja, kiedy słyszę, że ktoś coś robi, robi i zrobić nie może, że tak w ogóle to już-już, tylko jeszcze tego amerykańskiego aktora namówi, jakiś komputer do efektów specjalnych sprowadzi itp., to jestem niemal na sto procent pewien, że w końcu nic nie zrobi. Znam to z tzw. autopsji. To takie typowe wzmożenie gminnych kaowców, którzy jedynie dużo gadać potrafią. I żeby nie było - nie mam absolutnie nic przeciwko gminnym kaowcom. Poznałem kilka takich osób - zwłaszcza bibliotekarek - które naprawdę zasługują na szacunek za to, jak działają w swoich lokalnych społecznościach.

Mam tu na myśli raczej pewien typ charakteryzującej nas, Polaków, w ogóle, a polityków prawicy to już wybitnie, ułańskiej mentalności, która zwykle wybucha gdzieś tak po trzeciej nad ranem, gdy kończy się ostatnia flaszka i towarzystwo zaczyna gromko śpiewać "Hej, sokoły". A potem przychodzi poranek dnia następnego i… no, wiadomo, jak jest. Na prawicy to się objawia jakoś wyjątkowo denerwująco właśnie na niwie kultury. Od dawna zresztą twierdzę, że prawica kultury nie rozumie, nie lubi, boi się jej - niepotrzebne skreślić.

A poza tym - po co komu, u licha, polski film z hollywoodzkim rozmachem, który prawdopodobnie i tak wyjdzie jak szyta grubymi nićmi parodia, skoro ma pod ręką prawdziwe filmy z Hollywood? Nie lepiej być po prostu najlepszą wersją samych siebie? Przecież polskie kino - ba, polska kultura w ogóle odnosiła największe sukcesy na arenie międzynarodowej, kiedy eksplorowała swoiście nasze tematy w naszym niepodrabialnym i niedającym się z niczym pomylić sznycie. Polska szkoła filmowa, fenomen Tadeusza Kantora, że już nie wspomnę o tak oklepanych przykładach jak Nikifor Krynicki.

Amerykanie zaczęli kręcić filmy w hollywoodzkim stylu, bo nie wiedzieli, że coś takiego istnieje. Bo też i nie istniało - musieli to dopiero stworzyć, nie oglądając się na innych, a jedynie kreatywnie od nich czerpiąc. My na tym polu nigdy ich nie dościgniemy. I to nie tylko dlatego, że nie dysponujemy taką kasą, specami od efektów specjalnych czy strukturami. Po prostu banalna prawda jest taka, że mamy inną duszę, na czym innym ufundowaną, czym innym się żywiącą. A to, wbrew pozorom, odgrywa kluczową rolę w wykuwaniu języka każdej kultury.

Jedyny znany mi przypadek udanego naśladownictwa Hollywood to kino włoskie - zarówno tamtejsze spaghetti westerny, jak też horrory czy kryminalny nurt giallo. Dowcip jednak w tym, że Włosi od samego początku traktowali to jak parodię, dzięki czemu, bazując na jankeskich wzorcach, stworzyli własny unikalny styl, który nie dosyć, że zyskał uznanie w USA, to jeszcze do dzisiaj ma tam rzesze wiernych fanów. Niestety minister Sellin myśli o tym zupełnie na poważnie, co może się skończyć tylko w jeden sposób - piękną, zrobioną na bogato i najpewniej za państwowe środki katastrofą.

Wiąże się to też poniekąd z innym poruszonym przez Mazurka wątkiem. A mianowicie z głośnym ostatnio tematem pomnika Bitwy Warszawskiej. Ja się naprawdę cholernie cieszę, że Warszawa dorobiła się alei imienia Freddy'ego Mercurego. Uwielbiam Queen i jego samego zresztą też. Dla mnie - w przeciwieństwie do aktywistów LGBT, którzy chcą go wciągnąć na swoje sztandary - należy on do wielkiego panteonu wspaniałych artystów XX wieku. Ale że ta sama Warszawa nie potrafi / nie chce upamiętnić tej kluczowej w naszych dziejach bitwy, jest już dla mnie niepojęte.

To właśnie ten najgorszy, najbardziej podstępny, bo ubierający się w kosmopolityczne szatki, rodzaj prowincjonalizmu. W tym wypadku jak najbardziej zasadne jest hasło: trzeba nam wrócić do Gombrowicza. A zwłaszcza do jego powtarzanej w nieskończoność myśli, że siła polskiej kultury tkwi w jej polskości, a nie w małpowaniu innych. Więc może darujmy sobie ten hollywoodzki rozmach i zajmijmy się własnymi sprawami. Ale za to uczciwie i na tak zwanego fula, z maksimum wyzyskania tego, co już znajduje się pod ręką.

I nie mam bynajmniej na myśli standardów wyznaczanych przez "Koronę królów". Minister Sellin słusznie się bronił przed zarzutami Mazurka, że przecież jest nowa superprodukcja o Piłsudskim, o legionach. I dobrze, że one są. Oby tak dalej, tylko - jak w dobrym sequelu - więcej i mocniej. A amerykańscy filmowcy? No cóż, przyjdą albo nie. A jak przyjdą, to niewykluczone, że po to, by nakręcić horror o "polskich nazistach". Dobrze byłoby mieć im co przeciwstawić, a nie tylko się na ich klamce uwieszać.

Marcin Królik
60
Nasi partnerzy
(69 artykułów)
Marcin Królik: Nie potrzebujemy superprodukcji w hollywoodzkim stylu
Marcin Królik: Wyłączmy aborcjonistów, póki jeszcze czas
Marcin Królik: Zdrowie polityczne
Marcin Królik: Jak Kościół powinien wtrącać się do polityki
I tyle zostało z efektu Tokarczuk - książki noblistki znikają z list bestsellerów
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer

--> POBIERZ WYDANIE CYFROWE


Sprawdź w których placówkach Poczty Polskiej kupisz "TS": https://bit.ly/tysolnapoczcie

Związek
więcej
Wideo "Moja debiutancka płyta będzie różnorodna". Viki Gabor o nadchodzącym krążku i współpracy z Kayah

Drogi Użytkowniku,

Nasz Serwis korzysta z plików cookies. Przez dalsze aktywne korzystanie z naszego Serwisu (zamknięcie komunikatu, kliknięcie na elementy na stronie poza komunikatem, przeglądanie Serwisu z otwartym komunikatem) bez zmian ustawień Twojej przeglądarki, wyrażasz zgodę na:
• przetwarzanie danych osobowych przez Tysol Sp. z o.o. i naszych zaufanych partnerów do celów marketingowych, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji. Wyrażenie zgody jest dobrowolne a wyrażoną zgodę możesz w każdej chwili cofnąć, niezależnie od zgód wyrażonych na pozostałe rodzaje przetwarzania danych. Dowiedz się więcej o zgodzie marketingowej w naszej Polityce prywatności / Cofnij zgodę.

• na zapisywanie plików cookies w Twoim urządzeniu końcowym oraz na korzystanie z informacji w nich zapisanych. Ten rodzaj plików cookies pozwala nam na dopasowanie treści dostępnych w Serwisie do Twoich preferencji, utrzymywania sesji po zalogowaniu oraz zapewnienia optymalnej funkcjonalności Serwisu. Więcej o plikach cookies i sposobie przetwarzania Twoich danych osobowych dowiesz się w naszej Polityce prywatności.