[wywiad] Wcześniej był proboszczem, obecnie pustelnikiem. "Pustelnik oddziela się od świata, aby go zintegrować"

Kodeks Prawa Kanonicznego mówi o tym, że pustelnik oddziela się od świata, aby go zintegrować. Nie ma tam mowy o tym, że jako eremita odcinam się od świata, żeby stworzyć nowe, doskonałe społeczeństwo. Zwrócił na to uwagę w rozmowie z KAI włoski kapłan o. Raffaele Busnelli, pustelnik w La Breccia w archidiecezji mediolańskiej, a wcześniej proboszcz jednej z tamtejszych parafii.
 [wywiad] Wcześniej był proboszczem, obecnie pustelnikiem.
/ pixabay.com/falco

 

Piotr Dziubak KAI Rzym: Chyba dość często zdarza się Księdzu usłyszeć takie zdanie: jak pięknie być w pustelni, można naładować się energią, jest się samemu, nikt nie przeszkadza. Czy to tylko sprawa “baterii”?

Ks. Raffaele Busnelli, pustelnik: Zawsze mówię, że przychodzenie do pustelni, żeby tylko “naładować baterie”, na krótko oderwać się od codzienności, na kilka godzin duchowości, nie jest właściwym sposobem wejścia w dynamikę duchową. Duch nie jest energią jak prąd domowy. Do tego potrzebna jest przede wszystkim zmiana. Duch popycha człowieka np. na pustynię, gdzie nie ma nic. Pustynia w końcu nie jest miejscem, gdzie się coś tworzy, produkuje. Tu nie ma nic, co mogłoby nam czegoś dodać i może jedynie wpłynąć na zmianę człowieka, na jego nawrócenie.

Właśnie u podstaw takiego wyjścia na pustynię leży nawrócenie. Wynika to z tradycji chrześcijańskiej. Trzeba uważać, jak odczytujemy takie nowoczesne dynamiki, które obracają się bardziej w poszukiwaniu kwestii energetycznych, zresztą jak większość przedmiotów w naszym domu. Coraz bardziej stajemy się uzależnieni od prądu. Musimy odbudować tradycję duchową. Język duchowy został też gdzieś zagubiony. Brakuje właśnie odpowiedniego języka do odczytywania doświadczenia duchowego.

- Kiedy ludzie przychodzili do ojców pustyni, musieli oni przerywać rytm dnia, żeby poświęcić czas przybyszom. Kilkanaście wieków później święty Wincenty a Paulo powtarzał: zostaw Jezusa dla Jezusa, tj. dla osoby, która puka do drzwi twojego klasztoru. Jak Ksiądz to widzi?

- Dla wszystkich ojców pustyni, także dla św. Benedykta, później dla św. Wincentego a Paulo i wielu innych, brak reakcji, o którą pan pyta, byłby brakiem miłosierdzia: proszę mi nie przeszkadzać, bo muszę się modlić, przyjdź kiedy indziej, bo muszę poświęcić czas na moje duchowe zajęcia. Erem musi zawsze relatywizować swoją sytuację. Żyjemy w czasach relatywizmu, ale w niektórych aspektach musimy wziąć pod uwagę, że relatywizowanie życia pustelni, jak i jej potrzeb, może okazać się w końcu nie takie złe.

Samotność czy oderwanie się od świata nie może być absolutem samym w sobie. Mówi nam o tym także Pismo Święte. W centrum należy umieścić osobę ludzką. Dopiero wtedy taka osoba będzie mogła wejść na “ścieżkę” duchową. Eremita musi mieć na względzie przede wszystkim dobro osoby, która do niego przychodzi. W tym wszystkim trzeba świadectwa wiary i przekazu wiary. Dzisiaj doświadczenia duchowe są bardzo spersonalizowane. W pewnym sensie ryzykuje się jakąś formą spersonalizowanych usług w tej sferze. Każdy będzie tworzył swoje środowisko duchowe, świat duchowy, własną niszę. Erem absolutnie nie może być czymś takim. Eremita musi mieć w sercu świadectwo chrześcijańskie.

Przychodzą mi na myśl męczennicy, jakie jest moje świadectwo? I to jest związane z osobą, z jej osobistą historią, z jej wyborami, z tym, co pozwala żyć, tj. z modlitwą, ciszą, samotnością, surowością, pokutą. Z drugiej strony eremita musi mieć w sercu przekaz wiary. Jak to się dzieje? Choćby przekazując słowo. Dla mnie jako księdza są ważne sakramenty pojednania, eucharystii. Oczywiście nie udzielam chrztu, bierzmowania, czy małżeństwa. Nie prowadzę też pogrzebów. Ale przeżywam w swojej pustelni liturgię słowa i eucharystię. W każdym eremie jest żywa liturgia słowa – lectio divina. To wszystko przenika człowieka ze względu na konieczność przekazywania wiary.

Czy to są rzeczy inne od tych, które robi się w parafii? Absolutnie nie. Parafia też to powinna robić. Tutaj jestem w rzeczywistości, którą nazwałbym apostolatem kontemplacyjnym. Robi się wszystko tak samo jak w parafii z obowiązku przekazania wiary. W przeciwnym razie byłbym jakimś muzealnym eksponatem mówiącym: przyjdźcie mnie zobaczyć!

- Chyba wiele osób ciekawi się tym, czy np. śpi ksiądz w trumnie albo czymś podobnym a może ciągle rozmyśla o śmierci… Czy jeśli ktoś zostaje pustelnikiem, to dlatego, że chce żyć w świętym spokoju, czy może istnieć w nieskrępowanej samotności, gdzie nikt nie będzie przeszkadzał? Czy taki ktoś też będzie eremitą?

- Nie, tutaj właśnie tkwi różnica między samotnikami a pustelnikami. Samotników dzisiaj jest bardzo wielu. Niektórzy z nich są częścią tzw. wyborów “green” – życia bardziej ekologicznego: podoba mi się przyroda, wycofam się ze świata, będę żył z tego, co zrobię albo co wyhoduję i będę dokonywał ekologicznie zrównoważonych wyborów. Taka postawa doprowadzi do oddalenia się od miasta, żeby móc żyć według wybranej dynamiki. Ekonomicznie jest to też dość droga sprawa. Nie jest łatwo zostawić stare miejsce, w którym się żyło, kupić nowe i zacząć działać według nowych wyborów. To jest wybór bardziej oparty na naturze.

Jako eremita też wybiorę przyrodę, szanuję ją dlatego, że jest darem Stwórcy. Wieczorem odprawiam nieszpory, żeby chwalić Go, a nie zatrzymać się tylko na żegnaniu słońca.

Mamy jeszcze inne obszary wyboru samotności, choćby z powodu kwestii społeczno-politycznych, przykładem może być anarchista. Na pewno nie będzie chciał mieć żadnych kontaktów z instytucjami państwowymi i z tym wszystkim, co wyraża organizację społeczeństwa. Powie: ucieknę do swojego świata a struktury państwowo-społeczne są mi zbędne. Jest też jeszcze rodzaj wręcz heroicznej formy samotników, która rezygnuje ze stosunków międzyludzkich, chcąc poznać siebie samego, dynamiki swojej psychologii.

Wszystkie te formy wyborów, o których wspomniałem, są jak najbardziej uprawnione. Nie są to jednak pustelnicy. Ich życie opiera się na regule, jest związane z lokalnym Kościołem. To jest znacząca różnica.

- Czy można być eremitą wewnątrz miasta, np. w Mediolanie?

- Ależ oczywiście, jeśli nie ma konieczności oddalenia się od ludzi, nie ma dynamiki izolacji od ludzi uwarunkowanej osobistą psychologią. Trzeba mieć dobre kontakty międzyludzkie, żeby dokonać dobrego rozeznania w sprawie zostania eremitą. Tradycja Kościoła opowiada historie pustelników, którzy np. w takim mieście portowym jak Aleksandria w Egipcie mieszkali właśnie w porcie. Wyobraźmy sobie życie tam wówczas: chaos, krzyki. Cały transport towarów opierał się na ludziach. Życie było tam bardzo gorączkowe.

Jak widać już wówczas eremici mieszkali wewnątrz miast i im to nie przeszkadzało. Co to nam mówi? Cisza w modlitwie musi dotrzeć i rozwinąć się we wnętrzu eremity, wtedy dopiero wchodzimy w komunię z Bogiem. Pierwsze doświadczenia chrześcijan, którzy przyjmowali filozofię Plotyna, ocierały się o pytania: “solus non solo” (sam, nie w pojedynkę).

Później Grzegorz Wielki zaproponował, że mnich powinien pozwolić zamieszkać Bogu, że powinien trwać w Nim. I to jest oczywiście wykonalne gdziekolwiek. W przeciwnym razie w mieście nie byłoby możliwości życia w doświadczeniu kontemplacyjnym, duchowym. Praca duszpasterska, w takim głębokim ujęciu, nie byłaby możliwa.

Księga Apokalipsy jest bardzo jasna w tym względzie. Tak mówi o nowym mieście: “I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem zstępujące z nieba od Boga” (Ap 21, 2). I dalej jeszcze: “I uniósł mnie w zachwyceniu na górę wielką i wyniosłą, i ukazał mi Miasto Święte – Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga, mające chwałę Boga. Źródło jego światła podobne do kamienia drogocennego, jakby do jaspisu o przejrzystości kryształu” (Ap 21, 10-11).

Z punktu widzenia eremity, w sercu miasta, ale może gdzieś wyżej, co mogę zobaczyć? Nowe Jeruzalem. Pustelnia zatem w wypełnianiu historii w Bogu nie stanie się miejscem egoistycznej chluby. Nikt nie powie: patrzcie, jak pięknie żyli eremici. Będzie za to miasto. Co zatem zrobię? Patrzę na miasto jako miejsce pozytywne nie tylko z punktu widzenia stosunków międzyludzkich, ale ze względu na chwałę Bożą, która zstąpi. Wtedy wszystko się wypełni. To pokazuje, że relatywizowanie doświadczenia życia eremity jest pozytywne, że nie jest to najwyższa forma życia, jakby to miały być szczeble drabiny kariery życia duchowego, że może pustelnicy umieją być sami wobec chwały Bożej. W żadnym wypadku. Musimy patrzeć na Pismo Święte, na to, w jaki sposób stawia w centrum uwagi relację Boga ze swoim ludem a nie z jedną osobą.

- Czy zatem styl życia pustelnika powinien przemienić się w coś? Czy nie potrzebuje żadnych zmian, bo jest ciągle aktualny we wszystkim?

- W historii Kościoła pustelnia była zawsze doświadczeniem związanym z poszczególnymi osobami. Oczywiście wyjąwszy z tego zakony monastyczne albo eremickie, np. kamedułów, kartuzów. Zresztą nie ma takiego wzorca, który można by zaproponować ponownie w historii. Nigdy tak się nie działo. Życie eremickie w historii zawsze dostosowywało się do czasów i do sposobów życia danego okresu. Paragraf 1 kanonu 603 Kodeksu Prawa Kanonicznego stwierdza: “Oprócz instytutów życia konsekrowanego, Kościół uznaje życie pustelnicze, czyli anachoretyczne, w którym wierni przez surowsze odsunięcie się od świata, milczenie w odosobnieniu, gorliwą modlitwę i pokutę poświęcają swoje życie na chwałę Boga i zbawienie świata”. Akcent jest położony na zbawienie świata. Pustelnik oddziela się od świata, aby go zintegrować. Nie ma tam mowy o tym, że jako eremita odcinam się od świata, żeby stworzyć nowe, doskonałe społeczeństwo.

- Ile osób we Włoszech jest pustelnikami?

- We Włoszech jest nas ok. dwustu osób. Może nie jest to dużo, ale myślę, że to znacząca liczba. Są to nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, które chyba nawet przeważają. Wśród eremitów są księża, diakoni, osoby świeckie, zakonnicy. Niektórzy wybrali erem, ponieważ byli wdowcami. Mamy też przypadek diakona stałego, osoby żonatej, który za pozwoleniem żony został eremitą. Możemy mówić wręcz o synodalności życia pustelnika. Taka wielość doświadczeń życiowych innych pustelników bardzo wzbogaca innych.

- Włoscy pustelnicy i pustelniczki spotkali się w tym miesiącu w Lucce, w Toskanii.

- Było to bardzo ważne spotkanie dla nas. Jesteśmy włączeni w Kościół. Nie jesteśmy jakimiś meteorami bliżej nieokreślonymi w świecie Kościoła. Takie spotkania są konieczne. Kościół prosił nas wszystkich, także pustelników, o wkład w Synod. Z naszej strony chcieliśmy pokazać swoją obecność i uczestnictwo w tym wydarzeniu Kościoła, jakim jest Synod. Przygotowaliśmy list, w którym wyraziliśmy powszechne wśród pustelników odczucia związane z dawaniem świadectwa i przekazywaniem wiary. Nie jesteśmy samotnikami. Jesteśmy misjonarzami, którzy towarzyszą sytuacjom na marginesie życia Kościoła i społeczeństwa. Spotykamy ludzi, którzy żyją w takim właśnie kontekście.

- Co powinien spowodować Synod według Księdza?

- Już sama metoda pracy Synodu jest czymś bardzo pozytywnym. Musimy odbudować obraz Kościoła jako synodalności, ponieważ wszyscy przemierzamy tę samą drogę, która jest wspólna dla wszystkich. Może zbyt mocno przywiązujemy się do wyrażeń typu: nowy projekt, planowanie. Takie sformułowania są bardzo obecne w ekonomii. Co musimy jeszcze wyprodukować? Czy możemy być jeszcze bardziej przekonujący? To bardziej problem marketingu, jak moglibyśmy być bardziej przyciągający. Czy musimy być jak wystawa sklepowa? Być bardziej widoczni? Od tego są mass media.

Trzeba być rozważnym w tworzeniu przyciągającej formy, która gra na wrażliwości ludzi. Nie możemy zapominać o najważniejszym, że Pan Jezus zmartwychwstał. W przeciwnym razie będziemy wychodzić tylko naprzeciw potrzebom budowania stosunków międzyludzkich. Covid pozwolił nam zrozumieć, jak ubogie jest nasze społeczeństwo w tej sprawie. Kościół musi przekazywać wiarę. Co się stało z przekazem Słowa Bożego? Nie możemy ograniczyć się tylko do określenia: kochamy się nawzajem, dobrze nam razem. To nie wystarczy. Pan Jezus powiedział: kochajcie się tak, jak Ja was umiłowałem. Tu tkwi sedno życia chrześcijańskiego.

- Czy nie brakuje pytań o możliwość życia pustelniczego?

RB: Nie brakuje, chociaż to nigdy nie idzie w proporcji do ilości nowych powołań do kapłaństwa czy do życia zakonnego. Nie przybywa więcej pustelników niż innych powołań. Bycie eremitą jest powołaniem z powołania w 99 procentach. Ja wcześniej byłem proboszczem parafii. Można chyba powiedzieć, że jeśli wydarzy się jakiś wielki kryzys powołań, to wtedy pojawi się też kryzys obecności nowych pustelników i pustelniczek. Na pewno jesteśmy teraz bardziej widzialni dla ludzi. Na spotkanie pustelników 20 lat temu przyjechała mała grupka. Ja uczestniczę w tych spotkaniach od 10 lat. Spotykamy się co dwa lata. Utwierdzam się w przekonaniu, że nasze powołanie do życia w pustelni jest owocem jakiegoś innego powołania.

- Dziękuję za rozmowę.

P. Dziubak (KAI Rzym) / Rzym


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe