Wymazują pamięć o ofiarach Stalina. W Rosji znikają tabliczki
Co musisz wiedzieć:
- „Ostatni adres” to społeczna inicjatywa upamiętniania ofiar stalinowskich represji poprzez tabliczki na domach, wzorowana na niemieckim projekcie „Stolperstein”.
- Współczesne władze Rosji i powiązane z nimi środowiska coraz częściej utrudniają lub likwidują tę inicjatywę, m.in. przez działania nacjonalistów i oficjalne decyzje administracyjne.
- Los projektu pokazuje szerszy problem: rosnącą w Rosji niechęć do konfrontacji z własną historią represji i próbę jej reinterpretacji lub wyciszania.
Ale po kolei.
Tabliczki „Ostatniego adresu” zaczęto umieszczać na rosyjskich domach (przede wszystkim, choć nie tylko w Moskwie) w 2014 roku. Pomysłodawcy akcji, związani z zajmującym się upamiętnianiem ofiar komunizmu stowarzyszeniem „Memoriał” wzorowali się na niemieckim projekcie „Stolperstein” („Kamień pamięci”), w ramach którego w chodniki niemieckich miast zaczęto wmurowywać niewielkie, metalowe brukowce, na których wyryto inskrypcje o treści: „tu mieszkał taki a taki, urodzony wtedy a wtedy, zamordowany w Auschwitz” (lub innym miejscu kaźni). Większość „stolpersteinów” dotyczy oczywiście Żydów.
Rosyjska wersja to minimalistyczne tabliczki umieszczane jednak nie w trotuarze (po dyskusji pomysłodawcy akcji uznali, że w tamtejszej rzeczywistości kulturowej kojarzyłoby się to nie z oddaniem komuś hołdu, tylko poniżeniem go), lecz na ścianach kamienic, o treści: „Tu mieszkał…, urodzony…, z zawodu…, aresztowany w dniu…, rozstrzelany w dniu…”. Rzecz dotyczy oczywiście ofiar zbrodni władz radzieckich, przede wszystkim okresu stalinowskiego. Do 2023 r. zdołano umieścić ich około półtora tysiąca. Głównie w Moskwie, gdzie na niektórych budynkach, pamiętających lata 30., potrafiło ich być po kilkanaście. Na placu Tiszynskim w pobliżu polskiej ambasady – cztery.
- SAFE to przebiegły niemiecki biznesplan
- Pilny komunikat dla klientów Alior Banku
- Wyłączenia prądu w Małopolsce. Komunikat dla mieszkańców
- ZUS wydał pilny komunikat
- Wraz z wetem prezydenta ws. SAFE posypie się plan KE rabunku i neutralizacji Polski
- „Plan B” dla Ukrainy? Niech Zełenski sięgnie po pieniądze oligarchów
- Telus o sytuacji rolników: Drogie paliwo, drogie nawozy, tanie zboże i brak pomocy tego rządu
- TVN w cieniu wielkiej transakcji. Chińczycy wracają do gry
Pouczający „Ostatni adres”
Początkowo akcja ta nie spotykała się z przeciwdziałaniem ze strony władz. Niemniej organizatorzy, aby nie dawać pretekstu niechętnym, stosowali rygorystyczną procedurę, w myśl której znak pamięci umieszczany był dopiero po uzyskaniu deklaracji braku sprzeciwu wszystkich mieszkańców danego budynku. I najczęściej, po wielu rozmowach z lokatorami, uzyskiwali ją. Przy czym owe rozmowy organizatorzy uważali za ważne same w sobie, bo wpływające na świadomość historyczną społeczności. Koszty wykonania samej tabliczki pokrywał ten, kto wnioskował o jej umieszczenie.
Władze, jak napisałem wyżej, początkowo zachowywały się biernie. Ale im bezwzględniej łamały rosyjską demokratyczną opozycję, tym bardziej kosym okiem patrzyły na „Ostatni adres”. Wciąż nie wypadało im wprost wystąpić przeciw – stalinizm wciąż nie stał się (zresztą nie jest i dziś) ich oficjalną doktryną. Formalnie odwoływały się raczej do tradycji Rosji carskiej, której pogodzenie z bolszewickimi było zadaniem trudnym. Ale procesy myślowe w środowiskach rządzących szły właśnie w stronę tworzenia takiego synkretyzmu.
Karton bywa uparty
W miarę postępów władzy na tej drodze intelektualnej burzliwie rozwijający się „Ostatni adres” zaczął mieć kłopoty. Najpierw okazało się, że nagle w czasie zbierania po kamienicach podpisów o braku sprzeciwu wobec umieszczenia tabliczki zaczęły się w większej niż dotąd liczbie pojawiać kłopoty z prowadzącymi w tych budynkach działalność najemcami i właścicielami lokali usługowych, bardziej niż lokatorzy prywatni uzależnionymi od władz i będącymi „na widelcu”.
Potem, mimo braku formalnej decyzji władz o likwidacji znaków pamięci, za to zgodnie z duchem nowej epoki, tabliczki zaczęli hurtowo usuwać tzw. nieznani sprawcy. Powszechna jest wiedza, że są to aktywiści bardzo małych – w sensie liczebności, za to niesłychanie radykalnych – organizacji nacjonalistycznych (przede wszystkim tzw. „Zjednoczenia Narodowo-Wyzwoleńczego”), działających w dyskretnym porozumieniu z pewnymi strukturami władzy.
Lepiej milczeć
Przy czym zanim jeszcze akcja zrywania tabliczek rozkręciła się na dobre, niektórzy proputinowscy intelektualiści przygotowywali dla niej grunt, posługując się przy tym argumentacją… antykomunistyczną. Że – mianowicie – upamiętniane ofiary terroru na upamiętnienie nie zasługują, bo często same bywały komunistami. I że w związku z tym – sugerowali – cała akcja wieszania tabliczek jest dziełem wnuków antyrosyjskich bolszewików, dążących do rehabilitacji przodków i ustanowienia hegemonii ich ideowego dziedzictwa… A tak w ogóle to o tym, że kiedyś Rosjanie masowo eksterminowali innych Rosjan lepiej milczeć, a w każdym razie za dużo nie mówić, bo szkodzi to dzisiejszej Rosji.
Zrywane przez nieznanych sprawców tabliczki są często zastępowane – przez innych nieznanych sprawców – nowymi, odtwarzającymi treść zniszczonych. Ale już nie metalowymi, tylko plastikowymi lub kartonowymi. Do ściany już nie przykręconymi, tylko przylepionymi, czyli z definicji tymczasowymi. Skądinąd władze, oficjalnie długo trzymające się pozorów neutralności, zaczynają brać stronę wandali – pojawiają się przypadki oficjalnego zdejmowania tabliczek w związku z rzekomymi protestami mieszkańców…
I tak oto dochodzimy do Walerija Fadiejewa.
Ten projekt jest polityczny!
Szef Rady Praw Człowieka przy prezydencie jest z definicji najwyżej postawionym urzędnikiem, mającym dbać o sprawy, dotyczące szeroko pojętej wolności obywatelskiej. Teoretycznie więc wydaje się oczywiste, że w opisanej wyżej sytuacji powinien stać po stronie wieszających znaki pamięci o ofiarach okresu największego w historii Rosji deptania tych praw, a nie tych, dla których przypominanie o tym deptaniu jest solą w oku. Ale Fadiejew – niegdyś ważny dziennikarz rządowych telekanałów, potem działacz putinowskiej partii „Jedna Rosja”, który w ostatnich latach zasłynął m.in. propozycją zamknięcia Wikipedii i stwierdzeniem, że w obecnej Rosji nie istnieją polityczne represje – zdaje się traktować swoją misję inaczej.
Teraz określił wdeptywaną wspólnym wysiłkiem radykalnych nacjonalistów i władz w ziemię akcję „Ostatniego adresu” jako „projekt polityczny, a nie projekt pamięci”. Co nie dziwi, bo jego zdaniem słynny, zapoczątkowujący demaskowanie zbrodni Stalina referat Nikity Chruszczowa z XX zjazdu KPZR „zawierał wiele półprawd, a nawet nieprawd”. Ponadto nie jest prawdą, że w latach stalinowskich obywatele Związku Radzieckiego masowo donosili do NKWD jeden na drugiego, bo donosy pisali wtedy głównie „specjalnie wyszkoleni donosiciele”. Trzeba natomiast koniecznie rehabilitować słynnego, budzącego grozę szefa policji politycznej Ławrientija Berię, bo Chruszczow kazał go osądzić i rozstrzelać jako zachodniego szpiega, którym Beria nie był. Wygląda więc na to, że tabliczki „Ostatniego adresu” ostatecznie znikną z ulic Moskwy i innych rosyjskich miast.
Ale nie one jedne. Pełzające likwidowanie upamiętnień ofiar represji nie ogranicza się do „Ostatniego adresu”. Choć wiele znaczy nastawienie władz lokalnych, które wciąż bywa różne (są miejsca, w których w dzień pamięci pomordowanych przez bolszewików przy pomnikach ich ofiar stawiane są honorowe warty umundurowanych nastolatków z paramilitarnej putinowskiej organizacji „Junarmia”, co robi surrealistyczne wrażenie), to generalnie ich liczba się zmniejsza.
"Polska rusofobia"
Przy czym ma to i polski wątek, bo upamiętnienia nierosyjskich ofiar najbardziej kłują w oczy. Na przykład w zeszłym roku z muru katolickiej kaplicy w Smoleńsku zdjęto – decyzją władz (bo podobno przy ich wmurowywaniu 12 lat przedtem pominięto jakieś formalności) – tablice zawierające imiona i nazwiska parafian rozstrzelanych w latach 30. Rozstrzelanych i zakopanych, dodajmy, w dużej mierze w Katyniu, który jeszcze przed wymordowaniem polskich jeńców w 1941 roku był miejscem kaźni i pochówku radzieckich, cywilnych ofiar NKWD. Przy czym smoleńscy katolicy to byli nie tylko Polacy, i nie tylko Polacy byli wymienieni na tablicach, co nie przeszkodziło organizującemu nagonkę portalowi „Readowka” (którego szef i właściciel jest dziś skądinąd oskarżony o ogromne defraudacje) podnosić właśnie ten argument – o rzekomej dokonywanej ex post polonizacji ofiar terroru.
Wyspowo to „czyszczenie” miejsc pamięci potrafi zresztą nie ograniczyć się do ofiar bolszewizmu. Oto z cmentarza w Biezwierchowie na Dalekim Wschodzie z mogiły Michała Jankowskiego, który zmarł w 1912 roku, a więc bolszewizmu nie dożył, zniknęła tablica, opowiadająca o jego życiu. Że był polskim zesłańcem politycznym, który po odbyciu kary osiedlił się w rosyjskim Kraju Chabarowskim, gdzie „znalazł dom i sławę” (Jankowski, którego życie było jedną wielką przygodą, skądinąd rzeczywiście zbił tam majątek, wiele zbudował, walczył z bandytami i stał się bardzo popularnym obywatelem). W nowej Rosji ta treść okazała się z jakichś powodów niecenzuralna.
Wszystko to nie dziwi. W kontekście między innymi wydanej w zeszłym roku, w ramach serii pt. „Czarna Księga” przez bardzo wpływowe Rosyjskie Towarzystwo Wojenno-Historyczne (szef: doradca Putina Władimir Miedinski) dzieła nazwanego „Krótka historia polskiej rusofobii XX–XXI w.”. Dowiadujemy się z niego m.in., że „polska rusofobia” pojawiła się już w 16 wieku, od czasów Zygmunta Augusta i Batorego, kiedy to Polacy zaczęli w swojej propagandzie – skierowanej przeciw Iwanowi Groźnemu – wykorzystywać motyw „barbarzyńcy ze Wschodu”. A potem im dalej, tym gorzej. Nieustanny polski ekspansjonizm, realizowany np. przez legionistów Józefa Piłsudskiego (będących według autorów prefiguracją kolaboracyjnych międzynarodowych legionów SS idących na Moskwę z Hitlerem) trwał, trwa i chyba nie sposób wyobrazić sobie, żeby ustąpił. I tak dalej, i temu podobne.
***
Smutny los „Ostatniego adresu” jest więc wskaźnikiem szerszych, toczących Rosję, toksycznych procesów. Ich wspólnym mianownikiem jest eskalująca odmowa – ze strony nie tylko rządzących, ale chyba w ogóle większości Rosjan – konfrontowania się z prawdziwą historią własnej państwowości i narodu. I nawet, gdyby nastąpił tam jakiś polityczny przełom, nie wydaje się, aby uległo to zmianie. Po prostu niestety nie widać, aby w Rosji istniał ku temu jakikolwiek potencjał.




