REKLAMA

[Tylko u nas] Prof. David Engels: Zmierzch bogów niemieckiej demokracji

Kontrowersyjna demonstracja przeciwko środkom zastosowanym przez rząd w związku z walką z pandemią koronawirusa, która po licznych przeszkodach odbyła się ostatecznie 29 sierpnia tego roku w Berlinie, jak żadne inne wydarzenie z najnowszej historii Niemiec pokazała przerażający upadek demokracji w tym kraju, co zresztą ma miejsce obecnie na całym Zachodzie. Europa po prostu oszalała. I podczas gdy niemiecki rząd zawsze i wszędzie tak bardzo chętny jest do udzielania lekcji moralności, upominając regularnie takie państwa jak Węgry czy Polska, by nie „instrumentalizowały” pandemii w celu ograniczenia praw obywatelskich, u siebie w kraju w sposób wręcz niebywały praktykuje podwójne standardy, co z pewnością będzie mieć poważne konsekwencje polityczne w następnych wyborach parlamentarnych.
 [Tylko u nas] Prof. David Engels: Zmierzch bogów niemieckiej demokracji
Screen YouTube Ruptly

Przerażające okoliczności samego procesu udzielania pozwolenia na ową demonstrację stanowią już same w sobie smutny przykład podważania rządów prawa w Niemczech - nie tyle poprzez jawne ich łamanie, ile przez ich cyniczną polityczną instrumentalizację. Powszechnie bowiem wiadomo, że podczas demonstracji przeciwko panującemu jakoby w zachodnich społeczeństwach „systemowemu rasizmowi”, jakie miały miejsce w Berlinie w ciągu ostatnich kilku tygodni, nie przestrzegano żadnych zasad dystansu społecznego oraz obowiązku noszenia maseczek. Co jednak nie przeszkadzało berlińskiemu senatorowi ds. wewnętrznych, socjaliście Andreasowi Geiselowi (który, nawiasem mówiąc, karierę polityczną robił już w komunistycznej SED w byłej NRD), jak i prawie całej elicie politycznej kraju, w potraktowaniu tychże wykroczeń jako „zła koniecznego” w walce o wolność słowa oraz świat wolny od rasizmu.

Już wtedy wielu obywateli krytykowało tę rażącą niespójność: z jednej strony mamy oto rygorystyczne środki w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się koronawirusa (czego ekonomiczne, polityczne i psychologiczne konsekwencje prawdopodobnie przeważą nad korzyściami płynącymi z walki z tą w sumie niezbyt spektakularną „pandemią”), a z drugiej łatwość, z jaką środki te są uchylane zawsze wtedy, gdy chodzi o inscenizację wielokulturowego programu coraz bardziej radykalnej i triumfalistycznej lewicy. Jednak ta postępująca dyskredytacja antykoronowych restrykcji nabrała zupełnie nowego wymiaru w ostatni piątek, gdy senator Geisel na dzień przed mającym się odbyć wydarzeniem uznał za konieczne zakazanie demonstracji, i to nie tylko ze względu na niemożność wyegzekwowania zasady utrzymywania dystansu społecznego - co zresztą sam niejako anulował podczas wcześniejszych demonstracji „antyrasistowskich” (posunął się wówczas do wyjaśniania, że ​​jakoby policja i tak nie byłaby w stanie zmusić demonstrantów do respektowania owego należytego dystansu) (1), ale przede wszystkim z powodów czysto ideologicznych. I nie jest to bynajmniej zaskakujące, gdyż powszechnie wiadomo, że sprzeciw wobec rygorów antywirusowych to tylko jeden z wielu aspektów nasilającego się oporu - głównie ze strony konserwatystów, choć nie tylko - przeciwko dryfującej coraz bardziej na lewo „polit-poprawnej” ideologii systemu Angeli Merkel. I tak oto senator Geisel w „Berliner Morgenpost” 26 sierpnia 2020 (w nawiązaniu do wcześniejszej demonstracji przeciwko wymogowi noszenia maseczek, w której uczestniczyli niektórzy „nacjonaliści”) oświadcza otwarcie:

„Nie jestem przygotowany na to, aby po raz drugi zaakceptować fakt, że Berlin jest wykorzystywany jako scena dla obywateli negujących pandemię, czy dla tzw. Obywateli Rzeszy i innych prawicowych ekstremistów. Oczekuję wyraźnego odcięcia się wszystkich demokratów i demokratek od tych sił, które pod pretekstem wolności zgromadzeń i wypowiedzi czynią nasz system godnym pożałowania”.

A z drugiej strony, 18 października 2018 roku, kiedy to sam uczestniczył w zdominowanych przez skrajną lewicę demonstracjach tzw. „antyfaszystowskich”, w tej samej „Berliner Morgenpost” oświadczył co następuje:

„Kiedy rzuca mi ktoś wyzwanie jako demokracie, wówczas wychodzę na ulice. I nie pozwolę ekstremistom wykorzystać okazji do wyrażenia tam swojej opinii”.

Erozja demokracji w Europie jest już prawdopodobnie tak zaawansowana, że ​​wielu czytelników być może nie zdaje sobie sprawy z pełnego zakresu wewnętrznych sprzeczności tkwiących w opisanych faktach. Dlatego pozwolę sobie na podsumowanie: oto były komunista, a obecnie socjalista, człowiek odpowiedzialny za wewnętrzny porządek i bezpieczeństwo w mieście Berlin, przyznaje otwarcie, iż obecność skrajnej lewicy bynajmniej nie jest przeszkodą w uczestnictwie w demonstracjach „antyfaszystowskich”, podczas gdy (czysto hipotetyczna!) obecność „prawicowych” elementów na demonstracjach przeciwko rygorom antypandemicznym stanowi dlań wystarczy powód do zakazania jej w całości (choć trzeba przy tym wiedzieć, że w dzisiejszym dyskursie politycznym w Niemczech nawet konserwatywna część partii Angeli Merkel uznawana jest za prawicową ekstremę). Sam zakaz został co prawda formalnie uzasadniony potrzebą zachowania zasady dystansu społecznego, które tenże sam polityk zaledwie kilka tygodni wcześniej uznał za rzecz wyraźnie drugorzędną w przypadku organizacji demonstracji „antyrasistowskich” (posuwając się nawet do wezwania policji do nie karania ewentualnych naruszeń). Widocznie Niemcy w swoim rozwoju osiągnęły już taki punkt, w którym istnieją obecnie dwie zupełnie różne klasy obywateli: z jednej strony lewica, której pozwala się otwarcie ignorować prawo lub przynajmniej interpretować je w sposób elastyczny i dla siebie korzystny, a z drugiej prawica, która musi się liczyć z tym, że to samo prawo będzie jawnie i rażąco nadużywane przeciwko nim jako narzędzie represji.

Wprawdzie sprawa berlińska jest tylko jednym z najbardziej jaskrawych przykładów tego rodzaju działań, to jednak nie jest ona zasadniczo czymś wyjątkowym, gdyż reinterpretacja demokracji przestała już być jedynie przestrzenią dla otwartej wymiany poglądów politycznych, lecz stała się dziś administracyjną maszynerią dla egzekwowania specyficznej lewicowej agendy i to na niemal wszystkich szczeblach polityki - od administracji miejskiej aż po urząd kanclerski włącznie. Wystarczy tutaj przywołać takie przykłady, jak: zwalnianie „prawicowych” obywateli z administracji i ze szkół; niemal codzienne brutalne ataki na osobę i własność konserwatywnych polityków i myślicieli opozycyjnych; również fakt, że coraz więcej banków, restauracji i hoteli odmawia obsługi klientów, którzy nie chcą brać udziału w tym narastającym dryfowaniu dyskursu politycznego w stronę skrajnie lewicową; zwolnienie ze stanowiska Hansa-Georga Maaßena, szefa Urzędu Ochrony Konstytucji, który nie zgadzał się na przedstawianie pokojowych demonstracji w Chemnitz po zamordowaniu młodego Niemca przez imigranta jako „brutalnych” i „rasistowskich”; odwołanie Hubertusa Knabe, szefa Centrum Badawczego ds. Zbrodni w byłej NRD z powodu jego zbyt krytycznego stosunku do dyktatury komunistycznej; obsadzanie eksponowanych stanowisk politycznych i prawnych byłymi komunistycznymi kadrami wyrażającymi otwarcie swoją wolę „walki z prawicą” (m.in. Barbara Borchardt czy Anetta Kahane); nieprzyznanie AfD, głównej partii opozycyjnej, zagwarantowanego jej konstytucyjnie prawa do obsadzenia stanowiska wiceprzewodniczącego Bundestagu oraz odmowa przyznania jej środków niezbędnych do sfinansowania własnej fundacji akademickiej; anulowanie wyboru liberalnego Thomasa Kemmericha na stanowisko premiera (w zasadzie autonomicznego) landu Turyngii (nakazanego politycznie przez samą Angelę Merkel), gdyż wybrany został również głosami AfD i zastąpienie go byłym komunistą Bodo Ramelowem - a tę listę można by ciągnąć w nieskończoność...

Któż więc byłby jeszcze zaskoczony, że oto „Mutti” Merkel stojąca w samym centrum systemu, rzeczywisty architekt spektakularnego przesunięcia na lewo niemieckich chadeków, zupełnie otwarcie wyraża swoją antypatię, a przynajmniej brak zrozumienia dla demonstrantów 29 sierpnia, a nawet wypowiada się o nich pogardliwe podczas konferencji prasowej 28 sierpnia:

„A poza tym, gdy ludzie się do mnie z czymś zwracają, to zawsze sama decyduję, czy chcę z nimi rozmawiać, czy nie”.) (2)

Mówiąc prościej: obowiązek głowy państwa do reprezentacji społeczeństwa całego rządzonego przez siebie kraju został tu celowo odłożony na bok, a interakcja z obywatelami została wyraźnie ograniczona jedynie do tych, których zdanie pani kanclerz podziela osobiście - tego rodzaju autorytarna reinterpretacja terminu pluralizm nie różni się zasadniczo niczym od niektórych postaci „kierowanej demokracji”.

Jest to tym bardziej niebezpieczne, że większość głównych niemieckich mediów również znajduje się pod niemal ścisłą kontrolą czy to Zielonych, czy socjalistów, czy nawet byłych komunistów, czego dowodzą nie tylko badania statystyczne (3), nie tylko oświadczenia samych dziennikarzy, z których wielu przyznaje otwarcie, iż dla nich era politycznej neutralności mediów ze względu na zagrożenie ze strony „prawicy” jest już przestarzała (4), lecz także niezależne dochodzenia, które ujawniają i regularnie krytykują brak dystansu między niemieckimi mediami a rządem federalnym (sytuację tę jak rzadko można było zaobserwować z całą jaskrawością kilka miesięcy temu przy okazji wyborów w Polsce). Konkretne konsekwencje tego rodzaju instrumentalizacji mediów są coraz bardziej surrealistyczne i pokazują przerażający zakres świadomej manipulacji czytelnikiem: ZDF, czcigodny, drugi niemiecki nadawca publiczny, na wypadek demonstracji w Berlinie 29 sierpnia zaplanował już nawet całe obszerne dossier, gdzie wydarzenie to umieszczone miało zostać jednoznacznie w kontekście przemocy wobec policji, a co... przypadkowo wypłynęło do sieci dzień PRZED samą demonstracją - zdradziecki błąd niekompetencji obnażający w przerażający sposób zakres ideologicznego "framingu" stosowanego wobec nielubianych aktywności przez media publiczne kraju, finansowane nota bene przez wszystkich podatników... (5) - i to w sytuacji, gdy te same media o brak obiektywizmu „oskarżają” na co dzień nadawców polskich czy węgierskich.

Prawdopodobnie w obliczu ogromnego oburzenia, jaki ów skandal wywołał w sieciach społecznościowych, sądy miasta Berlina zostały ostatecznie zmuszone do uchylenia decyzji senatora Geisela i zatwierdziły wydarzenie w ostatniej chwili, co ujawnia całkowity brak politycznej bezstronności władzy wykonawczej miasta. Jednak Berlin nie zamierzał się bynajmniej poddać: gdy tylko zaczęła się demonstracja, policja -przynajmniej zdaniem uczestników demonstracji - zrobiła wszystko, aby 38 tysięcznemu tłumowi ograniczyć do minimum teren przemarszu, wzywając jednocześnie do ścisłego przestrzegania przepisów dystansu społecznego (6). A ponieważ okazało się to niemożliwe, policja uznała, że ​​imprezę należy natychmiast rozwiązać (chociaż - przypominam - kilka tygodni wcześniej, podczas monitorowania demonstracji przeciwko „systemowemu rasizmowi” polecono jej wręcz przymykanie oka na wszelkie nieprzestrzegania). Dopiero fizyczna niemożność natychmiastowego wykonania polecenia o rozwiązaniu a także interwencja będących na miejscu prawników pozwoliły organizatorom i uczestnikom demonstracji uzyskać niezbędny czas do reorganizacji ruchu, zaś policja zmuszona została ostatecznie do udzielenia zgody na jej kontynuację. Nawiasem mówiąc, od 2018 r. na czele berlińskiej policji stoi kontrowersyjna Barbara Slowik, powołana przez tego samego Geisela, która do tej pory wyróżniała się przede wszystkim tym, że jako pierwsza szefowa policji nigdy wcześniej aktywnie w niej nie służyła, zaś jej pierwszym poleceniem służbowym było nakazanie, aby nawet w sytuacji bezpośredniego zagrożenia policjanci tylko wówczas wkraczali w lewicową scenę ekstremistyczną, gdy uwzględniając sytuację udzielą im na to zgody najwyższe władze policyjne, co oczywiście w praktyce uniemożliwia jakiekolwiek bezpośrednie działanie - naturalnie ograniczenia te nie dotyczą „prawicy”.

Łatwo sobie wyobrazić oburzenie, jakie przetoczyłoby się przez zachodnie media, gdyby tego rodzaju manipulacyjne metody stosowane były przez rządy Węgier czy Polski w celu zakazania, potępienia lub sabotowania demonstracji przeciwko ich polityce. Również ze strony Unii Europejskiej owe „nieliberalne” państwa prawdopodobnie natychmiast zostałyby ostro „potępione” i zagrożone rewizją ich prawa głosu oraz wstrzymaniem wypłat funduszy konwergencyjnych. Jednak skandale, takie jak ta w Berlinie, mają przynajmniej tę dobrą stronę, że pokazują z całą jaskrawością, jak bardzo mamy do czynienia z podwójnymi standardami, i to zarówno na scenie niemieckiej, jak i europejskiej - co w sposób niebywale niebezpieczny podważa demokratyczne wartości i zmusza obywateli do aktywnego buntu przeciwko coraz bardziej bezwstydnemu manipulowaniu najbardziej elementarnymi zasadami równości wobec prawa.

Niestety, formy, w jakich ta coraz bardziej otwarta rewolta się uzewnętrznia, często są same w sobie dość problematyczne, co pokazały nie tylko paryskie żółte kamizelki, ale także demonstranci w Berlinie: dalecy od stworzenia jednolitej grupy z wyraźnymi żądaniami politycznymi wielu obywateli oburzonych rządami Merkel, krytykujących nie tylko restrykcje antypandemiczne, ale także cały będący coraz bardziej represyjnym system polityczny, tworzą niejednorodną masę o często sprzecznych, a nawet zagmatwanych ideach, gdzie obrońcy tradycyjnej demokracji spotykają się z różnymi innymi grupami politycznymi: od skrajnej lewicy, przez skrajną prawicę, aż po wyznawców teorii spiskowych. Oprócz (liczbowo wyraźnie dominujących) „normalnych” obywateli (7) na berlińskiej demonstracji można było zobaczyć takie indywidua, jak Roberta F. Kennedy'ego, bratanka byłego prezydenta, zaufanego Donalda Trumpa, działacza przeciwko szczepionkom i 5G; Attilę Hildmanna, słynnego telewizyjnego szefa kuchni i kontrowersyjnego teoriospiskowca (zatrzymanego później przez policję); różnego rodzaju grupy ezoteryczne; działaczy skrajnej prawicy, którzy wymachiwali XIX-wieczną flagą Cesarstwa Niemieckiego; walczących z policją rusofili śpiewających hymn Rosji przed ambasadą Moskwy i wzywających Putina do ratowania Europy; a także garstkę demonstrantów innego, niezależnie zarejestrowanego wydarzenia, którzy z amerykańską flagą na czele usiłowali wtargnąć siłą do parlamentu... (8)

Owa heterogeniczność jest niewątpliwie głównym problemem, przed którym stoi dzisiejsza opozycja w sytuacji coraz ciaśniej zaciskającego się kaftana politycznej poprawności obowiązującej nie tylko w Niemczech, ale w całej Europie. Gdyż poza fundamentalnym sprzeciwem wobec obecnego biegu wydarzeń, masy nie mają tak naprawdę wspólnego i trwałego programu, a tym samym nieumyślnie ułatwiają nie tylko silnie zmanipulowaną medialną prezentację ich działań, ale i ich dzielenie przez władzę polityczną, która zresztą od zawsze podporządkowana była zasadzie „divide et impera”. A przecież owa różnorodność pewnego dnia, choć zapewne dopiero po wielu trudnych latach, gdzie paryskie żółte kamizelki i berlińscy demonstranci stanowią dopiero zaczątek, mogłaby okazać się zaletą: im bardziej zróżnicowana i szeroka jest opozycja, tym trudniej jest rządzącym kreować się na gwaranta rzekomo „prawdziwej” wielości opinii. W ten sposób poza ustalonym już systemem budowana byłaby stopniowo i żmudnie alternatywna forma demokratycznego wyrażania woli, aby być może pewnego dnia odnaleźć równowagę na nowych instytucjonalnych zasadach i stworzyć trudny, ale konstruktywny kompromis między różnorodnymi ugrupowaniami politycznymi i społeczeństwami równoległymi, które weszły w miejsce niegdyś jednorodnej, zjednoczonej i solidarnej wspólnoty Europy Zachodniej. Gdy tak się stanie, dni obecnego systemu będą policzone i można żywić jedynie nadzieję, że wschodni sąsiedzi Niemiec nie zostaną zanadto wciągnięci w ów nadciągający kryzys ...

z niemieckiego tłumaczył: Marian Panic

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

1. https://www.bz-berlin.de/berlin/nicht-aufgabe-des-staates-demonstrierenden-vorzuschreiben-wie-sie-demonstrieren-sollen
2. https://www.tichyseinblick.de/daili-es-sentials/merkel-offenbart-ihre-vorstellungen-vom-neuen-deutschland/
3. https://de.statista.com/statistik/daten/studie/163740/umfrage/parteipraeferenz-von-politikjournalisten-in-deutschland/
4. https://www.spiegel.de/kultur/new-york-times-die-zeit-der-neutralitaet-ist-vorbei-a-5ccaa4e4-eca2-4a2e-b2d7-22e6a484f8ce
5. https://philosophia-perennis.com/2020/08/29/zdf-fuer-heute-um-16-uhr-geplanter-artikel-zur-corona-demo-wurde-schon-gestern-frei-geschaltet/
6. P.ex. https://www.youtube.com/watch?v=54ZIbrkZq2I&feature=youtu.be
7 Sur le déroulement concret de la manifestation, cf. https://www.berliner-zeitung.de/mensch-metropole/rund-38000-teilnehmer-bei-der-corona-demo-li.101586
8. https://www.welt.de/politik/deutschland/live214599560/Corona-Demo-Steinmeier-verurteilt-Angriff-auf-Herz-unserer-Demokratie.html
 

 


Ankieta
Sejm poparł Fundusz Odbudowy

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Sejm poparł Fundusz Odbudowy
Tygodnik

Opinie

Popkultura