Waldemar Krysiak: Czy istnieje ideologia LGBT? - Dlaczego już nie jestem tęczowym aktywistą

Zawsze unikałem tego tematu. Bo to dla mnie zamknięty rozdział, bo to trochę osobiste, bo to spore bzdety i nie muszę się tym już zajmować. Ale ostatnio wydarzyło się coś, co sprawiło, że wyjątkowo zmieniłem zdanie. Napiszę o tym.
walec ideologii LGBT/ gender Waldemar Krysiak: Czy istnieje ideologia LGBT? - Dlaczego już nie jestem tęczowym aktywistą
walec ideologii LGBT/ gender
Cezary Krysztopa

Zastanawialiście się kiedyś, jak rodzi się fanatyzm? Jak rodzi się terroryzm czy faszyzm? W jaki sposób normalnym ludziom odbija tak, że jakaś ideologia zajmuje całe ich życie?

Ja się zastanawiałem. Kilka razy nawet byłem tego świadkiem.

Opowiem wam więc o jednym takim razie: jak to wyglądało w mojej organizacji LGBT. Opowiem wam, jak apolityczna grupka kumpli, która spędzała czas na gotowaniu i chodzeniu po górach zamieniła się z zgraję fanatyków, którzy próbują 
zniszczyć jakiemuś facetowi życie, bo ten napisał w necie komentarze, które im się nie podobały. Oto historia MISIACZKÓW.
***

Przede wszystkim - kiedyś się nie mówiło "organizacja LGBT". "Kiedyś" to jeszcze kilka lat temu. Nikt nie myślał, że geje to ta sama grupa, co lesbijki. Absolutnie nikt nie łączył - może poza Młodzieżą Wszechpolską - lesbijek z transwestytyzmem. Nie było  organizacji LGBT, były organizacje gejowskie i te dla lesbijek. I cała reszta, której nikt jeszcze nie wyśnił. 

Byłem więc w takiej - niech pozostanie ona bez nazwania - organizacji gejowskiej. Takiej trochę nietypowej organizacji gejowskiej. Dlaczego nietypowej?

Bo starała się ona być w opozycji do innych. Do stereotypu. A stereotyp geja był taki, że to takie wygolone chłopię w rurkach i lekkim makijażu. 20 lat, 20 kilo. 

Moja organizacja - przezwijmy ją tutaj MIŚKI - była tego przeciwieństwem. Zrzeszała ona bowiem owłosionych, brodatych facetów, facetów postawnych, facetów otyłych, grubych, grubszych i facetów starszych. MIŚKI nazywała się ta grupa, bo tak dyktował amerykański infantylizm przeniesiony na grunt polski, który tego typu mężczyzn nazywał "bears", czyli niedźwiedziami, misiami.  

Przed moim czasem
MISIACZKI istnieją już około dekady. Kiedy ja do MISIACZKÓW wstępowałem, istniały one połowę tego. Wiele słyszałem o tej pierwszej części ich istnienia.

Na samym początku stowarzyszenie było bardziej grupą kumpli z całej Polski, którzy się lubili i którzy postanowili założyć formalną grupę. Miało być inaczej, niż u reszty. Miało nie być tak, jak u reszty gejów. Miało być lepiej.
I na początku było. Ludzie się znali, więc się szanowali. I jak się spotykali - spotkania odbywały się co kilka tygodni - to chodzili razem w góry. Albo razem gotowali. Albo decydowali się na wspólne wakacje na jakimś polskim zadupiu. Wszystko całkiem miłe, bardzo #wholesome. Było dość skromnie i apolitycznie. Bez ambicji zmieniania świata pod jakąś modłę.

Mój czas
Do 2015r. nawet nie wiedziałem o MIŚKACH. Myślę w sumie, że nikt nie widział - nikt poza znajomymi znajomych i kolegami członków stowarzyszenia.

Ja dowiedziałem się o MIŚKACH tak, że zobaczyłem post na ścianie Cz.,  znajomego z Berlina. 
"Zgłosiłem się do wyborów Mr. Misiek! Trzymajcie za mnie kciuki!" - pisał Cz.

To rozbudziło we mnie zainteresowanie - byłem wtedy bardziej próżny i głodny pustej atencji. 
Szybko dowiedziałem się, że jest w Polsce taka organizacja, takie stowarzyszenie, które łączy facetów, jacy mi się podobają. Facetów takich, jakim ja sam zaczynałem być. I do tego organizują wybory Mistera. Mistera, czyli takiego głównego miśka. Jak Miss Universe, tylko dla gejów. Dla owłosionych gejów plus size. 

Postanowiłem wziąć udział w wyborach. Skoro Cz. - osoba tak atrakcyjna, jak i ciekawa - może, to ja też mogę! - pomyślałem.
I miałem rację! Pojechałem na wybory, zaśpiewałem własną piosenkę i pomachałem gołą dupą na scenie (wiem, mega wiocha - ale jakbyście wiedzieli, jak ja bardzo fałszuję, to byście zrozumieli, że goła dupa była drugą w kolejności kompromitacją) i zająłem drugie miejsce. Zostałem Vice Mister Poland! 

Podobne do pierwszego miejsca nagrody, podobny prestiż-bajer, a tylko połowa obowiązków - była to dla mnie sytuacja idealna. A Cz. wrócił tylko do domu zdenerwowany, bo za mocno odleciał na scenie i niektórzy śmiali się podobno z jego "moobs".

Początek był świetny. Ja nikogo nie znałem, więc mogłem lubić wszystkich. Nikt nie znał mnie, więc każdemu wydawało się, że zna mnie najlepiej. Było entuzjastycznie i było dużo nadziei. 

Życie stowarzyszenia wyglądało tak, że był zarząd, był główny Mister i byłem ja. I byli członkowie. Członkowie dzielili się na oficjalnych i tych internetowych. Oficjalni płacili składki i mieli prawo głosu w stowarzyszeniu, a ci internetowi - ci korzystali z przygotowanego. Kiedy wstąpiłem do MIŚKÓW, zarząd starał się jedynie o sprawy organizacyjne i troszczył się przetrwanie grupy. Do przygotowania były spotkania i do przemyślenia były imprezy!

Highlightem kalendarza były tzn. misiospędy, czyli najwięjksze spotkania w głównych miastach Polski. Spotkania te łączyły się z wycieczkami krajoznawczymi, kursami gotowania, czy podobnymi przyjemnostkami. Ich kulminacją były balangi i pijaństwo - dodatkowy plus dla tych, którzy chcieli kogoś wyrwać.

Stowarzyszenie było wtedy apolityczne. Jasne! Istniało parę rzeczy, co do których się zgadzaliśmy - że bycie gejem jest ok, że fajnie by było, jakby były związki partnerskie. Poza tym jednak w MIŚKACH byli bardzo różni ludzie, co widoczne stawało się w dyskusjach internetowych na naszej zamkniętej grupie.

Byli wśród nas peowcy, którzy krzyczeli "Tusk, Polskę zbaw!".

Byli właściciele małych i większych biznesów, którzy w d*pie mieli politykę, jeżeli nie przeszkadzała ich działalności.

Byli tacy, co politykę mieli kompletnie w d*pie - i to nie w formie komplementu!

Był jeden komunista - do dzisiaj okropny typek gardłujący w szeregach RAZEM - który pi*rdolił jakieś bzdury o wykluczeniu i socjalizmie.

I był też przynajmniej jeden egdy boi, koliberek i korwinista, który o wszystkich kobietach pisał pogardliwie, a o feministkach pisał... cóż, to już sobie możecie wyobrazić. 

I było kolorowo, i było różnorodnie , i zarząd nigdy wtedy nie wpadł na pomysł, by być zarządem naszych sumień. To jednak zaczęło się zmieniać

Zaczęło się chyba od języka - od naszego motta. Bo mieliśmy motto - "dla mężczyzn takich jak ty!", czy coś takiego. 

Zaczęły się więc pojawiać pytania - stawiali je głównie tacy, jak ten wymieniony wyżej komunista - czemu tylko dla mężczyzn?

Czy to nie wyklucza? Czy nie jest to wykluczające? Czy nie dochodzi tu do wykluczenia?!

Schorzały język zaraził rzeczywistość: ofiarą ideologicznej zarazy padły nasze imprezy. Bo - musicie pamiętać - my nie byliśmy stowarzyszeniem LGBT. My byliśmy grupą facetów, którzy lubili facetów. Na nasze imprezy - poza wyjątkami - wstęp mieli tylko faceci.

"Ale co z moją najlepszą psiapsiułą?!"

"Imprezy gejów tylko dla mężczyzn? To szowinizm!"

"Czy Andżelika też może przyjść na misiospęd?" - płakali nierozdzielnie złożeni ze swoimi kumpelami i ideologią.
Ja byłem temu wszystkiemu przeciwny. Nie dlatego, że mi przeszkadzały kobiety, ale dlatego, że wszystko inne było bez sensu. 

Bo stowarzyszenie to prywatny klub i skoro większość w nim czegoś nie chce, to ma być tak, jak chce większość. Bo statut nam na wykluczanie obcych pozwala. Bo grupa istnieje dla grupy, nie dla całego świata. 

Poza tym, widziałem chyba początek końca.

Po moim czasie
Drugi rok z tej pary lat, które spędziłem w stowarzyszeniu był okresem, który mnie zmienił. 

Prywatnie, mocno mi odbijało, bo pojawiła się w mojej rodzinie choroba. Dodatkowo, mój związek z T. zaczął się rozpadać. Ja - zbyt tchórzliwy i zbyt dziecinny, by się z oboma problemami zmierzyć, zacząłem uciekać w improwizowanie.

To z prywaty - w stowarzyszeniu było jednak podobnie. Byłem tam świadkiem, jak politpoprawność zwycięża.

Strasznie mnie to denerwowało, zacząłem być więc strasznym chamem. Pisałem zwyczajnie to, co myślałem. I skończyło się tak, że wyleciałem ze stowarzyszenia razem z grupą innych. Za propagowanie nienawiści.

Jestem dzisiaj bardzo wdzięczny tym, którzy do mojego usunięcia doprowadzili. W tych, którzy wylecieli ze mną znalazłem przyjaciół. I przestałem marnować czas na rzeczy, w które przestałem wierzyć. Nadal jednak miałem kontakt z niektórymi znajomymi ze stowarzyszenia. Ci mówili mi o dalszym upadku grupy.

Zmieniła się przede wszystkim funkcja Stowarzyszenia - doszło do obleśnego przepoczwarzenia. Z grupy facetów, którzy lubili spędzać razem czas zrobiła się progresywna grupa fanatyków o jednolitym poglądzie na świat. 

Zmiana nadeszła przez obniżenie standardów - na członków zarządu zaczęto wybierać pustogłowych krzykaczy i progresywnych ideologów. Preferowano jednostki tragiczne, histeryczne, skromne intelektualnie.

Pod koniec bywało nawet tak, że do przywództwa dawano takich, co byli otwarcie dumni ze swoich zaburzeń.

Jeden z nich - najgłośniej drący gębę o miłości i braterstwie - wykorzystał to nawet tak, że oficjalnie puszczał gadkę o prześladowaniu, a na boku malwersował pieniądze z grupy.

Im było głośniej o równości, tym było w zarządzie biednej.
Już nie było peowców i ich wiary w Tuska - albo przynajmniej bardzo mocno zmniejszyła się ich grupa. Bo PO nie było nagle dość RADYKALNE.

Nie było już biznesmenów. Byli tylko tęczowi społecznicy.

Nie było takich, co mieli wyj*bane na politykę - bo przecież "silence is violence!".
Jeden razemkowy komunista rozmnożył się do wielu - teraz wszyscy mówili o równości, o grupach mniejszościowych, o tym, jak to trans-mężczyźni są "absolutely valid".

Egdelords i korwiniści zniknęli kompletnie - dawny koliberek, zgnieciony presją grupy, latał teraz po manifestacjach krzycząc o systematycznej dyskryminacji kobiet!

Wycieczki w góry zamieniły się w obowiązkowe parady równości - obwoźni aktywiści, sztucznie nadmuchujący tłum w obcych miastach, wymyślili sobie #misienamarszach i zawistnie atakowali każdego, kto się chciał wyłamać.

Kursy gotowania zamieniły się w kursy makijażu i lip-syncu - bo nagle każda impreza była obowiązkowym występem Drag Queen i trzeba było klaskać, albo jeszcze lepiej - samemu dragkłinować!

I tak "mężczyźni tacy jak my" zamienili się w "jednostki jakiekolwiek". 

I już nie było stowarzyszenia, chociaż jego upiór nadal straszył.

Teraz 
Wchodzę sobie na lewicowe grupki na FB. Szukam lolkontentu na bloga. Nagle - patrzę - dawni znajomi. I post. I nad zdjęciami zapytanie:

"Będzie 2 gej przeciwko światu?"

Jest inba.

Inba polega na tym, że skończył się właśnie jeden Mister i zaczął nowy. I ten, co się właśnie skończył napisał na Instagramie kilka komentarzy, które się fanatykom, którzy przejęli władzę nad MIŚKAMI, nie podobały.

Ale co on takiego napisał? - zastanawiam się, bo nawet faceta nie znam. Kiedyś mu coś na IG polajkowałem, ale nigdy się na żywo nie widzieliśmy na oczy. Patrzę więc, za czym obsr*na kolejka ta stoi.

"Jestem gejem i to w 100% akceptuję. 
Moja rodzina też.
Nie chcę wspierać kogoś takiego jak "Margot". 
Geje mogą wieść normalne życie, być normalnymi ludźmi.
Jako gej, nie muszę się zgadzać ze wszystkim, co robi "środowisko".

To komentarze Mistera pod postem jakiejś pani Radzikowskiej. I o to poszło? I o to poszło.

A poszło - ba! Poleciało! Obsr*ło się i oburzyło! Patrzę na komentarze członków stowarzyszenia pod tym postem:

"Drugi Krysiak!
Co za szur!
Gej hejtuje LGBT!
Na drugi raz trzeba sprawdzać poglądy kandydatów!
Czy wstąpi do ONRu i Konfederacji?!"

Aż otwieram usta ze zdziwienia - koleś przecież nie napisał nic złego, nic nienawistnego, nic iks-fobicznego. W komentarzach wspiera go nawet jakiś inny gej z innego profilu. Mali f*szyści zasłaniają się za to "empatią". Wiadomo - cała zgraja krzywdzi w imię Dobra! 

Piszę do ludzi, czy widzieli obsr*anie na tym żal-forum. Widzieli. Pisali do nich inni znajomi. MISIACZKI podobno chcą odebrać Misterowi jego tytuł - to nowa opcja, którą wprowadzili po moim występie w Mediach Narodowych. 
- Kto urąga tytułowi, może go stracić. - czytam ostatni komentarz i zamykam Facebooka. 
- Ja pi*rdolę, urąga to się może Ojczyźnie i Bogu... - myślę - Antyf*szyści stali się więc gorsi od tego, co zwalczali. 
Czy to jest ta przepaść, co patrzy na nas, gdy my patrzymy na nią? - zastanawiam się dalej.
- Tak - odpowiadam na własne pytanie - choć tu pasuje inne bekowe porównanie. Tutaj ci, co lubili pojeść, sami zostali zeżarci.

Przez ideologię.


Ankieta
Nowy szef CDU to dla Polski...

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Nowy szef CDU to dla Polski...
Tygodnik

Opinie

Popkultura