[Tylko u nas] Uszyły im serce z pasiaka. 77 lat temu Brygada Świętokrzyska wyzwoliła obóz w Holiszowie

5 maja 1945 roku Brygada Świętokrzyska Narodowych Sił Zbrojnych wyzwoliła niemiecki obóz koncentracyjny w czeskim Holiszowie, położonym niedaleko Pilzna. Żołnierze uratowali życie ponad tysiąca kobiet: w tym Polek, Francuzek, Rosjanek, a także kilkuset Żydówek, które Niemcy planowali spalić w barakach żywcem. Jest to jedyny w historii przypadek, kiedy polski odział partyzancki wyzwolił niemiecki obóz koncentracyjny.
 [Tylko u nas] Uszyły im serce z pasiaka. 77 lat temu Brygada Świętokrzyska wyzwoliła obóz w Holiszowie
/ fot. Arkadiusz Cimoch

Ostatnia noc w obozie

Wieczór 4 maja 1945 roku w pamięci Catherine Roux, jednej z więźniarek niemieckiego obozu koncentracyjnego w Holiszowie (po czesku: Holýšov, po niemiecku: Holleischen), miasteczku położonym 20 kilometrów na południowy zachód od czeskiego Pilzna, zapisał się szczególnie. W powietrzu czuć było rychły koniec wojny. Jak opisze to później w swoich wspomnieniach (Catherine Roux, Triangle Rouge, Paris 1969), od kilku dni co pewien czas słychać wycie syren, a następnie przelatujące alianckie samoloty i dźwięk eksplodujących bomb. Blisko 1000 uwięzionych kobiet szykuje się do snu, nie wiedząc jeszcze, że będzie to ich ostatnia noc w obozie. Niepewne swego losu kobiety w różny sposób dodają sobie odwagi. Z drugiego piętra baraku, gdzie uwięzione są kobiety z terenów Związku Sowieckiego, dochodzą odgłosy śpiewanych psalmów i partyzanckich pieśni. Obozowi strażnicy tak jakby zapadli się pod ziemię, w obawie przed alianckimi nalotami. Jak wspomni inna z więźniarek, Marie Beck-Pfeiffer, komendant obozu i kilku strażników próbowało tego dnia uciec w cywilnych ubraniach, zamykając wcześniej kobiety w barakach. Zawrócili, dowiadując się, że Amerykanie są tuż, tuż. W obawie o swoją skórę komendant próbował wymusić na więźniarkach podpisanie dokumentu poświadczającego, że były dobrze traktowane, grożąc, że jeśli tego nie uczynią, wysadzą w powietrze baraki razem z nimi.

W dwóch oplecionych drutem kolczastym barakach stłoczone są od kilku dni więźniarki pochodzenia żydowskiego. Załoga obozu przygotowała kanistry z benzyną, gotowa wykonać otrzymany rozkaz, by spalić kobiety żywcem na wypadek pojawienia się w pobliżu wojsk alianckich.
Tak się jednak nie stało. Kilka godzin po świcie, 5 maja, w obozie nagle słychać wrzaski i strzały. Kobiety, krzycząc, podbiegają do okien baraków, próbując dostrzec, co dzieje się na zewnątrz. Widzą żołnierzy w mundurach w kolorze khaki, wspinających się na mury obozu, pojawiających się z każdej strony. Żołnierze noszą na ramionach biało-czerwone opaski. To partyzanci z Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych.

Na świętokrzyskiej ziemi

Skąd polski oddział partyzancki wziął się w okolicach czeskiego Pilzna pod koniec wojny? Cofnijmy się w czasie o kilka miesięcy. 11 sierpnia 1944 r. na Kielecczyźnie przeprowadzona zostaje koncentracja oddziałów Narodowych Sił Zbrojnych walczących dotychczas w okolicy i na Lubelszczyźnie. Powstaje nowa, duża formacja partyzancka, która otrzymuje nazwę Brygada Świętokrzyska. Dowództwo Brygadą obejmuje płk. Antoni Szacki „Bohun”, przedwojenny oficer, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, który bezpośrednio wcześniej pełnił funkcję Szefa Sztabu w Okręgu V (Kielce) NSZ. Brygada Świętokrzyska podlega dowództwu tej części Narodowych Sił Zbrojnych, która nie dokonała scalenia z Armią Krajową. W grudniu 1944 r. liczebność oddziału wynosi już 822 żołnierzy.

W ciągu pierwszych pięciu miesięcy Brygada operowała na obszarze Kielecczyzny. Wyznając zasadę dwóch wrogów, tj. Niemców i Sowietów, toczyła zarówno boje z wojskami niemieckimi oraz wspomagającymi je kolaboracyjnymi tzw. formacjami wschodnimi, jak również z prowadzącymi często działalność o charakterze czysto bandyckim komunistami i wspierającymi ich skoczkami sowieckimi oraz wojskami NKWD. Do największego starcia z Niemcami doszło 20 września 1944 r. pod Cacowem, gdzie oddziały Brygady walczyły z niemiecką ekspedycją wysłaną przeciw wcześniej tu stacjonującym oddziałom AK, do największego starcia z komunistami doszło natomiast 8 września 1944 r. pod Rząbcem, gdzie Brygada rozbiła oddział Armii Ludowej „Tadka Białego”, wspierany przez sowieckich skoczków z z NKGB i byłych żołnierzy tzw. Ostlegionen, którzy to wcześniej w służbie niemieckiej pacyfikowali kieleckie wsie.

Brygady marsz na Zachód

Nadchodzi styczeń 1945 r. Rusza wielka sowiecka ofensywa zimowa. Kilka miesięcy wcześniej upadło powstanie warszawskie, Komendant Główny Armii Krajowej wydał rozkaz zakazu walk z Niemcami (poza obroną ludności cywilnej), a za kilka dni wyda rozkaz o rozwiązaniu Armii Krajowej. Będąc świadomym zbliżającej się nowej, sowieckiej okupacji, w poczuciu jednocześnie odpowiedzialności za życie żołnierzy, dowództwo Brygady podejmuje decyzję o rozpoczęciu marszu na Zachód w celu dołączenia do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

15 stycznia 1945 pod Pogwizdowem dochodzi do krwawej bitwy, gdy Brygada, próbując przejść linię frontu, starła się z dwoma batalionami SS, ponosząc najwyższe w swojej historii straty. Jednocześnie od tyłu Brygadę atakują już nacierające oddziały Armii Czerwonej. W takich warunkach Brygada zdecydowała rozpocząć rozmowy z Niemcami i zawrzeć coś na kształt zawieszenia broni. W rozkazie dziennym nr 159 z 19 stycznia 1945 r. dowódca Brygady ogłasza: „Ofensywa bolszewicka zmusiła nas do przesunięcia się na zachód Polski. (…) Dla ratowania Brygady porozumiałem się z dowództwem fortyfikacji niemieckich, aby przejść przez ich linie na zachód. Tym samym weszliśmy w stan nieprowadzenia walki na czas nieokreślony. Mam nadzieję, że szybko toczące się wypadki wojenne pozwolą nam w niedalekiej przyszłości zameldować się u Naczelnego Wodza i prawowitego Rządu Polskiego i według jego rozkazów zwrócić oręż przeciwko wrogowi, którego każe nam zwalczać”.

Dalszy marsz Brygady prowadzi przez Śląsk, następnie zaś oddział dociera na tereny okupowanej Czechosłowacji. Jej stan liczebny się powiększa, do Brygady dołączają m.in. uwolnieni przez Brygadę z niemieckiej niewoli w trakcie przemarszu AK-owcy. Przez cały ten czas przemarsz odbywa się za zgodą Niemców, którzy zapewniają niezakłócone przejście oddziału przez kolejne miejscowości. Niemcy tolerują marsz Brygady, licząc na efekt propagandowy, który niewątpliwie by osiągnęli, gdyby Brygada stanęła u ich boku do walki z Sowietami. Mimo jednak niemieckich nacisków Brygada nie decyduje się na podjęcie współpracy, choć później komunistyczna propaganda będzie próbować taki zarzut jej stawiać.

W takich warunkach Brygada dociera w okolice Pilzna, gdzie pod koniec kwietnia, nawiązując kontakt z czeskich ruchem oporu, jak również z amerykańską 3 Armią gen. Pattona, ponownie rozpoczyna walkę z Niemcami.

Obóz koncentracyjny w Holiszowie

Obóz koncentracyjny w Holiszowie powstał w kwietniu 1944, początkowo podlegając obozowi w Ravensbrück, a następnie, od września, funkcjonując jako filia obozu we Flossenbürgu. Co ciekawe, jego konstruktorem był Heinrich Lübke, który w przyszłości zostanie… prezydentem Republiki Federalnej Niemiec. Pierwszym komendantem obozu mianowany został Edmond Schmerze, którego we wrześniu, po ucieczce z obozu trzech polskich więźniarek, zastąpił Emil Fügner. Załoga obozu składała się z dwóch różnych formacji. Pierwszą były kobiece strażniczki (tzw. SS-Aufseherin), którym szefowała brutalna Anna Schmidt (przezywana przez więźniarki, nieadekwatnie do jej charakteru, „pszczółką”) i jej zastępczynie: Dora Lange, Elfriede Tribus (obie w randze Oberaufseherinnen, ta druga objęła później komendę po Annie Schmidt) i szkolona w Auschwitz Frederike Schneider (Blockführerin). W kwietniu 1945 r. takich strażniczek SS-manek było w obozie 48. Drugą formacją w obozie byli męscy strażnicy – początkowo rekrutujący się z Luftwaffe, a później z SS – których w kwietniu 1945 r. było w obozie 46.

Załoga ta pilnowała kilkuset uwięzionych w obozie kobiet z całej Europy. Według listy więźniarek z 28 lutego 1945 r. w obozie było 379 Francuzek, 169 Polek, 132 Rosjanki, 3 Niemki, 3 Belgijki, 2 Hiszpanki, 1 Litwinka, 1 Rumunka, 1 Czeszka, 1 Węgierka i 4 kobiety bez przypisanej narodowości. 6 i 9 marca do obozu docierają transporty węgierskich Żydówek (wcześniej wywiezionych z Auschwitz i przewożonych po drodze do różnych obozów). Według listy z 9 kwietnia 1945 r. łącznie w obozie przetrzymywanych było 1090 kobiet.

W obozie nie prowadzono masowej eksterminacji więźniów, nie było komór gazowych ani krematoriów. W pierwszych tygodniach funkcjonowania więźniarki, które docierały do Holiszowa z innych obozów, były wręcz zaskoczone panującymi tu warunkami: lepsze jedzenie, jedno łóżko na jedną więźniarkę, prysznice, możliwość noszenia elementów własnego ubioru. Catherine Roux w swoich wspomnieniach opisuje swoje zaskoczenie pierwszego dnia w obozie, kiedy to komendant polecił więźniarkom… odpoczywać dzień na słońcu po przebytym transporcie. Później jednak więźniarki dosięgła ponura rzeczywistość niemieckiego obozu. Kobiety pracowały 12 godzin na nocnych lub dziennych zmianach w fabryce amunicji Metallwerke Holleischen GmbH, mdlejąc nieraz z bólu i przemęczenia. Bicie, szczególnie polskich i rosyjskich więźniarek, było na porządku dziennym. Sytuacja jeszcze bardziej pogorszyła się, gdy komendantem został Fügner. Racje żywnościowe coraz bardziej się pogarszały: kobiety dostawały na śniadanie kawę, na przekąskę 100 g chleba, kawałek kiełbasy i 15 g margaryny, na obiad podawano zupę z rzepy lub ziemniaków, na kolację zaś zupę rozcieńczoną wodą i ćwierć bochenka chleba. Przy takich racjach żywnościowych i morderczej pracy więźniarki obozu przez rok jego funkcjonowania traciły na wadze 20 do 40 kg. Zimą do tego wszystkiego, dla części z nich, doszedł dodatkowo obowiązek pracy w lesie w karnych komandach, na blisko 20-stopniowym mrozie. Więźniarki zaczęły umierać z głodu, wycieńczenia i chorób. Trzy więźniarki – Francuzki Niemcy powiesili za rzekomy sabotaż. Łącznie na cmentarzu w Holiszowie odnaleźć można 22 grobów kobiet z obozu, z czego 11 zmarło z wycieńczenia już bezpośrednio po wyzwoleniu obozu.

Atak na obóz

O istnieniu obozu żołnierze Brygady dowiedzieć się mieli od Amerykanów. O podjęciu akcji zdecydował fakt powzięcia przez żołnierzy Brygady wiadomości o planach zniszczenia obozu i wymordowania więźniarek. Jak wspominała jedna z uratowanych kobiet Jean Michelin de Clermont Ferrand (pochodząca z rodziny słynnych francuskich producentów opon): „Polacy, którzy nas uwolnili, uprzedzili Amerykanów, ponieważ wzięli do niewoli jednego z naszych SS-manów, który w zeznaniach powiedział, że wszystko było przygotowane, aby następnego dnia po południu wysadzić cały obóz w powietrze. Wtedy Polacy następnego dnia rano zaatakowali obóz”. „Wywiad czeski dostarczył polskim partyzantom szczegółowe plany obozu. Około trzy dni przed wyzwoleniem coś zaczęło się dziać wokół obozu. Mieszkańcy domów z okolic obozu wyjechali, zostawiając króliki i kury w swoich domach. Pewien polski lekarz, który pracował w obozowym szpitalu i bardzo dobrze mówił po francusku, powiedział, że spotkał swoich żołnierzy we wsi. Żołnierze powiedzieli mu, że pilnują kobiet w obozie” – wspominała Marie Pitrou.

Do ataku na obóz wyznaczono trzy bataliony. Główny atak poprowadził batalion mjr. Henryka Karpowicza „Rusina”, który uderzając z zalesionych wzgórz od zachodu, przedzierając się przez leje po wybuchach bomb i uszkodzony mostek przez rzekę, zaatakował budynki obozowej administracji. Od południa zaatakował batalion pod dowództwem kpt. Henryka Figuro-Podhorskiego „Stepa”, zdobywając zbombardowaną fabrykę i unieszkodliwiając dwa bunkry karabinów maszynowych. Trzeci batalion kpt. Zbigniewa Jawora „Jerzego” ubezpieczać miał natomiast działania Brygady z kierunku Pilzna i unieszkodliwić kolejne dwa stanowiska karabinów maszynowych od północnej strony obozu.

Według relacji dowódcy Brygady, płk. Antoniego Szackigo „Bohuna”, szturm miał się rozpocząć o 11.30. Atak przebiegł bardzo sprawnie. Załoga, przebywająca w większości w obozowej stołówce, jedząc obiad, została całkowicie zaskoczona i po kilku minutach się poddała. Obozowe dozorczynie wyprowadzono na plac w samych szlafrokach. Według relacji żołnierzy Brygady jedynie nieliczni strażnicy starali się stawić dłuższy opór, ostrzeliwując się od strony lasu. Łączne straty Brygady to jedynie dwóch rannych żołnierzy.

„Sercem tym skromnem, jak nasze serca…”

Po walce żołnierze odkrywają po północnej stronie obozu dwa baraki otoczone drutem kolczastym pod prądem. Jak wspominał dowódca Brygady płk. „Bohun”: „Natychmiast kazałem przyprowadzić komendanta obozu i wyłączyć prąd elektryczny z kolczastego ogrodzenia. Na moje pytanie o powód zamknięcia i odizolowania tych dwóch baraków odpowiedział, że na rozkaz Hitlera są w nim zamknięte więźniarki pochodzenia żydowskiego. Budynki te, wraz ze znajdującymi się kobietami, miały być oblane benzyną i spalone w momencie zbliżenia się wojsk amerykańskich do Holiszowa na odległość 20 kilometrów. (…) Drzwi do baraków zostały przez żołnierzy otwarte. Chciałem wejść do wnętrza, ale makabryczny widok, jaki ujrzałem, zatrzymał mnie na progu. Z mroków budynku wydobywał się na zewnątrz potworny odór wydzielin ludzkich zmieszany z wonią rozkładających się trupów. Z tych czeluści, na światło dzienne wypełzały z wielkim płaczem radości, pozostałe przy życiu kobiety. Ze słabości nie mogły ustać na nogach”.

Zachowały się wspomnienia więźniarek z tych baraków (uwaga autora – nie we wszystkich podane są prawidłowe daty wyzwolenia lub transportu do obozu). Helena Fuchsowa: „5 lub 7 maja 1945 r. zostałyśmy wyzwolone przez polskich partyzantów. Nie udało się zamordować mnie ani w obozie w Norymberdze, ani w Holýšovie”. Irena Siehermann: „Jeszcze jednej zimy przeniesiono nas do Holýšova. Tam nas wyzwolili polscy partyzanci 8 lub 10 maja. Następnego dnia przybyło wojsko amerykańskie”. Blanka Gimentroz: „W lutym 1945 r. wraz z innymi dziewczynami przeniesiono nas do Holýšova. Jechaliśmy w częściowo otwartych wagonach węglowych. Podczas transportu obie moje nogi zamarzły w nocy. Baraki, w których nas zakwaterowano, znajdowały się przy lesie, około 1 km od Holýšova. 6 maja 1945 r. zostałam wyzwolona w barakach w stanie beznadziejnym”.

Wśród wyzwolonych kobiet zapanowała ogromna radość. W szczególności ogarnęła ona polskie więźniarki, widzące polskie mundury i orzełki na czapkach. Jak wspominała jedna z polskich więźniarek Eugenia Dziarnowska: „My nawet w najgłębszych snach nie marzyłyśmy o wyzwoleniu obozu przez polskich żołnierzy. 5 maja. Radość, niespodzianka, duma”. Polki śpiewają „Jeszcze Polska nie zginęła”, Francuzki intonują „Marsyliankę”. Kobiety rzucają się na żołnierzy, dziękując im za uratowanie życia. Szybko jednak wśród uratowanych kobiet pojawia się także gniew, skierowany w stosunku do swoich niedawnych oprawczyń. Te, które były najbardziej brutalne, są bite kijami, kamieniami, ich niedawne jeszcze ofiary wyrywają im włosy gołymi rękoma. Jak wspominał tę scenę jeden z żołnierzy Brygady Robert Ćwikło: „Nie wiadomo, jakby się to skończyło, gdyby nie nadjechał konno kpt. «Walery». Popatrzył na to, co się dzieje, i krzyknął: – No, do pioruna! Chłopcy, nie pozwalajcie na to dłużej! To są przecież jeńcy. Tak nie wolno! Któryś z chłopców odkrzyknął: – Panie kapitanie, za to wszystko, co te kobiety wycierpiały, należy im się taka zapłata! Nie spiesząc się zbytnio, zaprowadziliśmy porządek, formując z niemieckich jeńców kolumnę marszową”.

W podzięce za uratowanie życia więźniarki wręczają żołnierzom wyjątkowy prezent – jest to serce uszyte z obozowego pasiaka, z naszytym orłem białym i umieszczoną w środku kartkami z dedykacją: „W dowód wdzięczności za uwolnienie z rąk SS i wyrwanie spod kul zbliżającego się frontu skromny dar składają Polki z Obozu Koncentracyjnego w Holýšové – Starym na Ziemi Czeskiej. Sercem tym skromnem jak nasze serca czcimy Czyn Zbrojny dokonany przez Żołnierzy Grupy w dniu 5 maja 1045. Partyzantce Polskiej, Grupie Operacyjnej Zachód (nazwa oficjalnie używana wówczas przez Brygadę – przyp. autora) Narodowych Sił Zbrojnych”. Pod podziękowaniami podpisuje się 167 uratowanych kobiet. Podobne podziękowania składają więźniarki francuskie, podpisujące się pod dedykacją „z głębokim uznaniem dla swoich oswobodzicieli”.

Catherine Roux: „Zostałyśmy oswobodzone tuż przed tym, kiedy nasz obóz miał być wysadzony w powietrze. Dobrze wykorzystamy tę szansę od życia, którą właśnie otrzymałyśmy. Czekała nas nieludzka ewakuacja, przerażający marsz, doraźne egzekucje. Takie marsze – jak dowiedziałyśmy się później – usłały trupami wiele dróg odwrotu Niemców. Nam ten los został oszczędzony”.

U boku Amerykanów

Żołnierze Brygady namawiają więźniarki do pójścia z nimi w las, obawiając się możliwego kontrataku większych sił SS. Francuzki i Żydówki decydują się jednak zostać na miejscu i poczekać na armię amerykańską. Jak wspomina pani Michelin: „Polacy sugerują, że zabraliby nas do lasu. Jednak Francuzki szybko postanawiają zostać. Polki i Rosjanki opuszczają obóz. (…) Po chwili wyruszyli z żołnierzami. (…) Wszyscy nagle zniknęli w lesie. Dosłownie rozpłynęli się w deszczu i mgle”. Więźniarki, które dołączyły do Brygady, zostają później rozlokowane przez Brygadę po okolicznych wioskach. Więźniarki, które zostały natomiast w obozie, przywitają w nim dzień później wojska amerykańskie i odbędą ostatni już apel obozowy – pierwszy i jedyny bez pilnujących je i pokrzykujących strażniczek.

Załoga obozu trafi do niewoli. Jak wspomina pani Michelin: „W następnych dniach wielu więźniarkom z Holýšova udało się zobaczyć dozorczynie w obozie u Polaków. Powracają podekscytowane, opowiadając o ich wygolonych głowach, bosych nogach, razach, jakie otrzymują. Żadna z nich nie została rozstrzelana. Będziemy reprezentowane, gdy będą je sądzić”.

W ostatnich dniach wojny Brygada toczy jeszcze dalsze walki u boku wojsk amerykańskich: zdobywa miasteczko Holiszów, uwalnia tysiące polskich przymusowych robotników z pobliskich wsi (w tym żonę premiera Mikołajczyka), a także bierze do niewoli sztab XII Korpusu niemieckiej 7 Armii. W uznaniu za wspólną walkę żołnierze Brygady mogą nosić odznaki używane przez 3 Armię Pattona: słynne „Indian Heads” 2 Dywizji Piechoty i białą gwiazdę V Korpusu.

Epilog

Co działo się dalej z załogą obozu w Holiszowie? Większość uniknęła jakiejkolwiek kary. Komendant Fügner zmarł, nie niepokojony, w 1966 roku (spotkać się można nieraz z błędnym poglądem, iż komendant obozu został rozstrzelany przez Brygadę. Podaje tu się nazwisko Gerharda Lichtenau, który nie był jednak komendantem obozu, ale szefem Werkschutzu, który faktycznie został rozstrzelany najprawdopodobniej za wcześniejsze zamordowanie przez niego włoskich jeńców wojennych). Sprawiedliwości uniknęła także pierwsza szefowa obozowych dozorczyń Anna Schmidt (choć jeszcze w latach 40. próbowano postawić ją przed sądem). Jedynie nieliczne SS-manki z obozu usłyszały wyroki więzienia.

Jakie były dalsze losy Brygady Świętokrzyskiej? Żołnierze kontynuowali walkę o niepodległość Polski, współpracując ściśle z II Korpusem i Naczelnym Wodzem, generałem Andersem, prowadząc działalność wywiadowczą i przerzucając kurierów do okupowanego przez Sowietów kraju. Oddział nie został jednak formalnie włączony w skład Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, gdyż sprzeciwili się temu Anglicy, którym polskie wojsko przestało być już potrzebne. Jesienią żołnierze Brygady weszli w skład Polskich Kompanii Wartowniczych przy amerykańskich wojskach okupacyjnych, chroniąc obiekty wojskowe, przemysłowe, a także pilnując niemieckich przestępców wojennych. Mimo nacisków Sowietów Amerykanie nie wydali im swoich sojuszników.

Z biegiem lat żołnierze Brygady rozjechali się po świecie. Część trafiła do Francji, gdzie w maju 1949 r. ocalone przez nich francuskie więźniarki wydały na ich część przyjęcie. Wielu wyjechało za ocean, osiadając w USA, wliczając w to dowódcę płk. Antoniego Szackiego „Bohuna”, którego rodzina mieszka tam do dziś.

Na tych, którzy wrócili do kraju, czekały ubeckie katownie, tortury i wysokie wyroki – od kary śmierci po – w najlepszym razie – wieloletnie więzienia. Czekała na nich też komunistyczna propaganda, która przylepiała im łatkę „faszystów”, „sojuszników Hitlera”, „morderców”. Do końca komuny, w przeciwieństwie do np. weteranów AK, nie mogli oni korzystać z uprawnień kombatanckich. Niejednokrotnie byli oni, a także ich rodziny, niepokojeni przez bezpiekę aż do upadku komunizmu. Co jednak najbardziej przykre, również po odzyskaniu wolności część środowisk politycznych, najczęściej związanych z dawnym systemem, dalej powiela kłamstwa stalinowskiej propagandy. Widać to nawet w ostatnich latach. Mimo że od kilku lat w Holiszowie odbywają się już oficjalne, państwowe uroczystości upamiętniające Brygadę i wyzwolenie przez nią obozu.

Dwa lata temu odwiedziłem wdowę po dowódcy Brygady, panią Barbarę Skarbek. Goszcząc w jej domu w Arizonie mogłem trzymać w rękach wyjątkową relikwię – owe serce uszyte z pasiaków uratowanych więźniarek obozu w Holiszowie. Niezależnie od tego, ile lat jeszcze trwać miałoby szarganie pamięci żołnierzy Brygady, tego serca wyciętego z obozowego pasiaka, wręczonego w podzięce za ocalenie życia, nikt im już nie odbierze.


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe