Polski obywatel opuszczony przez własne państwo, zastraszany przez chorwacką policję

"Wyraziłem zgodę na upublicznienie mojej historii, by nikogo innego podobna nie spotkała" mówi Jan Manista, teolog, doktorant UKSW.
 Polski obywatel opuszczony przez własne państwo, zastraszany przez chorwacką policję
/ YT, print screen
Zaczęło się radośnie, wyprawą do Meðugorje. Autobus pielgrzymów, majówka, śpiew, oczekiwanie na to, co zastanie się u celu podróży. Za szybą dynamicznie zmieniał się krajobraz, strefa Schengen przebiegała gładko pod kołami dużego autokaru wycieczkowego. Pierwszym wyrwaniem z sielankowej rzeczywistości ludzi wyrosłych z tożsamością Europejczyka przybitą na czole, niczym wizą wjazdową otwierającą napotykane dotąd drzwi, była kontrola na granicy węgiersko-chorwackiej. Środek nocy, nieprzyjemni urzędnicy, nerwowa atmosfera, przenikający do kości chłód długiego stania po wyjściu z autokaru. Po jakimś czasie, około 3 nad ranem, wszyscy już całkowicie rozbudzeni mroźnym nocnym powietrzem i nieprzyjemnymi emocjami znaleźli się na powrót w autokarze. Ekscytacja powoli opadała, kiedy nagle okazało się, że jednak nie wszyscy, brak bowiem jednego z pielgrzymów, Janka, towarzysza podrózy. Zapanował chwilowy chaos, ktoś mówił, że zatrzymali go z powodu nieaktualnego dokumentu tożsamości, ktoś inny, że nie dlatego. Organizator wyjazdu szukał nerwowo osoby, która sprawnie porozumiewałaby się w potrzebnej tu fachowej terminologii, szybko taką znalazł. Po kilkudziesięciu minutach tłumaczka i Janek wrócili do autokaru, nie do wszystkich dotarło, co się właściwie stało i o co chodzi, dużo osób znów spało. Pojazd pomknął, tym razem w stronę kolejnej granicy, na której za dwie godziny miał rozegrać się dramat.

Bardzo wczesny ranek 29 kwietnia 2017 roku. Granica chorwacko-bośniacka. 

Historia podobna do tej sprzed kilku godzin, pasażerowie wysiadają, by strażnicy graniczni sprawdzili autobus, zeskanowali dowody osobiste, sprawdzili toaletę etc. Tym razem wszyscy już wiedzieli, że dzieje się coś niedobrego. Janek znów został zatrzymany. Tym razem na dobre. Organizator wyjazdu próbował kontaktować się z polską ambasadą, pasażerowie dodzwonić się do kraju, na polską policję. Bezskutecznie, znajdowali się bowiem w strefie obniżonego zasięgu komórkowego. W końcu udało się połączyć z ambasadą w Zagrzebiu, ale okazało się, że po pierwsze, od dziś, czyli soboty, do czwartku pracownicy ambasady mają długi weekend. Po drugie, konsul nie przyjedzie na przesłuchanie Janka przez chorwacką policję. Po trzecie, w ogóle nie jest przewidziany żaden dyżur pracownika ambasady dla obywateli polskich w opałach.

Autobus został zmuszony do przejazdu z chorwackiego punktu granicznego na bośniacki, a potem dalej wgłąb tego kraju, ku docelowemu miejscu podróży. Musiał jechać, by nie blokować przejazdu kolejnym oczekującym oraz by kierowcy nie skończył się na tachografie czas przez przyjazdem na miejsce. Wewnątrz autokaru panował chaos i bynajmniej nie pielgrzymkowe klimaty, jedni byli oburzeni, bądź zdruzgotani pozostawieniem Janka samego na granicy, inni przekonywali, że nie było żadnej alternatywy, jeszcze inni spali lub milczeli. W takim stanie ducha podróżni zmierzali na miejsce, do którego pielgrzymowali.

Janek

O 6.00 rano został sam z plecakiem podręcznym, bo jego bagaż główny pojechał w luku do Meðugorje. Otrzymał jeszcze od organizatora dodatkowe 200 euro, by móc jakoś dostać się do Zagrzebia, oddalonego o kilkaset kilometrów. Organizatorowi udało się uprosić pracownicę ambasady, by przyszła dziś i wyrobiła mu dokument tymczasowy.

Jak do tego doszło? Miesiąc temu ukradziono mu portfel. Zgłosił więc kradzież na policji. W portfelu znajdował się także dowód. Po kilku dniach okazało się, że złodziej wrzucił pusty portfel z dowodem do skrzynki i Janek odebrał dokument z poczty. Zgłosił osobiście na policji odnalezienie dowodu. Dopiero na granicy chorwackiej okazało się, że urzędnicy w Polscenie odhaczyli dokumentu, jako odnalezionego. Był poirytowany, ale strażnicy graniczni traktowali go po ludzku, więc czekał spokojnie na przybycie policji i wyjaśnienie sprawy. Horror zaczął się po jej przybyciu. Przesłuchanie, groźby, nakaz rozebrania do naga i trzymanie w zimnie, bez możliwości przemieszczenia, w końcu zarzuty o kradzież własnego dokumentu. Bardzo nieprzyjemne uwagi o Polakach i polskiej ambasadzie. Po pięciu godzinach poniżania wyrzucono go na deszcz, zatrzymano dowód i zakazano opuszczać terytorium Chorwacji, jakby było to możliwe bez dokumentu. 

Mijały kolejne godziny. W ulewnym deszczu przewędrował 20 km, nie mógł się z nikim porozumieć, gdyż jedna z komórek się rozładowała a na drugiej skończyły się środki. Miotany rozmaitymi emocjami to szedł, to biegł, gdyż wiedział, że tylko dziś ma szansę jeszcze kogoś zastać w ambasadzie. Dobra dusza, młody Chorwat zaczepiony przez Janka w desperacji na stacji benzynowej pomógł mu wczesnym popułudniem wymienić euro na kuny i zawiózł go na stację kolejową po czym wsadził do pociągu do stolicy. Co by zrobił gdyby go nie spotkał? 

Do Zagrzebia dojechał po 18.00. Miał już doładowany telefon, więc udało mu się nawiązać kontakt z pracownicą ambasady. Kobieta poinformowała go, że aby mogła wyrobić mu dokument tymczasowy musi mieć zdjęcie o określonych parametrach i ponad 300 kun, co stanowiło około 150 złotych. Trochę kosztowna zabawa doliczając cenę biletów kolejowych, benzyny, wyżywienia i ewentualnych noclegów... Podała mu także adresy zakładów fotograficznych. Błąkał się po Zagrzebiu w poszukiwaniu wskazanych punktów usługowych. Niestety, o tej godzinie wszystkie były zamknięte. Cudem znalazł automat do zdjęć. Ten jednak okazał się zepsuty, wystawał z niego plik kabli. Janek w desperacji wkładał przewody do środka, coś dokręcał, kombinował, nic innego mu nie pozostało. Stał się cud, maszyna zrobiła kilka zdjęć, po czym doszło do zwarcia i rozpadła się na amen. Ze zdjęciem, niczym bitewnym trofeum, ruszył do ambasady. Kiedy do niej dotarł była 21.00. Pracownica ambasady przyszła, był to jednak czysty akt dobrej woli i litościwego serca, bo absolutnie nie miała takiego obowiązku. Wyrobiła dokument zastępczy. Podała mu terminy odjazdów autobusów do Meðugorje, od którego dzieliło go 500 km oraz granica Bośni i Hercegowiny. Początkowo chciał od razu wrócić do Polski, potem jednak pomyślał, że męczył się tak nie po to, żeby wracać. Było około 22.00. Autobus do Meðugorje odjeżdżał o 8.00. Poszuka jakiegoś hostelu. 

Okazało się jednak, że w ambasadzie stawił się także młody chłopak podróżujący z dziewczyną, któremu skończyła się ważność polskiego dokumentu, a chciał jechać na weekend do Czarnogóry. Chłopak zdecydował się podwieźć Janka do granicy bośniackiej oddalonej o 480 km. Jechali inną drogą niż trasa, którą udali pielgrzymi, tamci bowiem jechali przez Bośnię, Janek pojechał przez Chorwację i granicę miał przekroczyć blisko celu pielgrzymki. Niedługo po wyruszeniu w podróż młody kierowca Janka zmienił jednak zdanie, uznał bowiem, że dwie osoby z tymczasowymi dokumentami mogą być podejrzane na granicy. Na korzyść Janka przemówiło jednak to, że zanim poszedł na studia skończył średnią szkołę mechaniki samochodowej, a jego kierowca miał pożyczony i psujący się co chwila samochód. Szwankował olej. Tak, w kilku etapach, dotarli do granicy, skąd Janek miał już około 20 km do celu. Kiedy o 3.19 wysiadł z samochodu pod kościołem w Meðugorje towarzyszyło mu wiele emocji. Napisał smsa do organizatora pielgrzymki, swojego dobrego znajomego, ten jednak spał. Do świtu nie było jednak daleko, więc Janek siedział już uspokojony i szczęsliwy, kiedy... zatrzymała go miejscowa policja podejrzewając o włóczęgostwo. Okazało się jednak, że ci funkcjonariusze potratowali go ze zrozumieniem. Godzinę jeździli z nim po miejscowości i szukali autokaru, którym przyjechała jego pielgrzymka. Nie znaleźli. Rychło jednak nastał dzień i obudzony o świcie organizator pokierował go do pensjonatu, było to bardzo blisko.

Podczas śniadania obficie lały się łzy ulgi. Trudno było bowiem o spokoj ducha, kiedy towarzysz mógł nocować gdzieś w chorwackim rowie. Potem wszyscy udali się na Kriżevac, stromą, długą drogę krzyżową. Każdy na swoją.
 
Wyraziłem zgodę na upublicznienie mojej historii, by nikogo innego podobna nie spotkała
- mówi Jan Manista, teolog, doktorant UKSW.

No właśnie... Co gdyby na miejscu naszego bohatera znalazła się 80-letnia starsza pani lub 18-letnia dziewczyna? Albo po prostu ktoś mniej zaradny, odporny psychicznie, ktoś, kto nie miałby dodatkowego tysiąca na podróż i wyrobienie dokumentów? Bez dokumentów Jan Manista nie mógłby wrócić do Polski w środę, nawet gdyby poczekał w przysłowiowym rowie na powrót swojego autokaru. Po prostu nie opuściłby Chorwacji. Czy państwa polskiego naprawdę nie stać na dyżurnego pracownika w ambasadzie w długi weekend? Czy polski konsul nie powinien być przy przesłuchaniu naszego obywatela przez obcą policję?  I w końcu, Jan Manista poniósł, nie ze swojej winy, poza szkodami moralnymi i trudami, także znaczne koszty finansowe, kto zwróci mu pieniądze? Czy duży europejski kraj, jakim jest Rzeczpospolita Polska, chce skazywać swoich obywateli na podobne traktowanie?

Przy okazji wielkie podziękowania dla pracownicy ambasady za okazane bliźniemu serce. 

Okazało się, że w autokarze jechała osoba pracująca w mediach i sprawa mogła ujrzeć światło dzienne. Z łatwością można sobie jednak wyobrazić, że stałoby się inaczej.

Warto dodać również, że bohater tej historii nie mówi po angielsku, tylko po francusku, nie było więc innej możliwości niż dogadywać się z ludźmi licząc na podobieństwo języków słowiańskich. 

Doświadczenie Jana Manisty było jednym z wątków podróży do Meðugorje. W przyszłym tygodniu ukaże się na Tysol.pl szeroki reportaż z poróży i pobytu w tej części Hercegowiny, zwanej Ziemią Maryi.

Aleksandra Jakubiak.

#REKLAMA_POZIOMA#

Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

POLECANE
Szymon Hołownia kandydatem na prezydenta? Założenie mam proste z ostatniej chwili
Szymon Hołownia kandydatem na prezydenta? "Założenie mam proste"

Nie podjąłem jeszcze decyzji o kandydowaniu w wyborach prezydenckich. Podejmę ją we wrześniu lub październiku - mówi w rozmowie z czwartkową "Rzeczpospolitą" marszałek Sejmu, lider Polski 2050 Szymon Hołownia.

Beata Szydło: W Dzień Flagi warto o tym pamiętać z ostatniej chwili
Beata Szydło: W Dzień Flagi warto o tym pamiętać

„Były czasy, gdy polskich barw zakazywano, gdy miały być na zawsze zapomniane” – pisze w mediach społecznościowych była premier Beata Szydło.

Niepokojące doniesienia w sprawie znanej polskiej piosenkarki. Koncerty odwołane z ostatniej chwili
Niepokojące doniesienia w sprawie znanej polskiej piosenkarki. Koncerty odwołane

Media obiegła informacja dotycząca piosenki Darii Zawiałow. Artystka ku rozczarowaniu swoich fanów wydała oświadczenie dotyczące jej najbliższej trasy koncertowej.

Następni dziennikarze odchodzą z TVN z ostatniej chwili
Następni dziennikarze odchodzą z TVN

Jak podaje portal Wirtualne Media, dwaj dziennikarze współpracujący z TVN24 – Adam Słowik i Karolina Jędrzejewska – kończą swoją przygodę z redakcją. 

Departament Stanu: Rosja użyła broni chemicznej w Ukrainie z ostatniej chwili
Departament Stanu: Rosja użyła broni chemicznej w Ukrainie

Departament Stanu USA w środę oskarżył Rosję o pogwałcenie zakazu stosowania broni chemicznej poprzez użycie przeciwko ukraińskim żołnierzom środka duszącego – chloropikryny. Nie był to odosobniony przypadek – podkreślono.

Dziś obchodzimy Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej z ostatniej chwili
Dziś obchodzimy Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej

Na fladze RP nie wolno umieszczać żadnych napisów ani rysunków. Flaga nigdy nie może też dotknąć podłogi, ziemi, bruku lub wody - Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej oraz Dzień Polonii i Polaków poza granicami kraju łączy manifestowanie przywiązania do barw i symboli narodowych.

Morawiecki: Jestem gotowy na bitwę z Tuskiem w wyborach prezydenckich z ostatniej chwili
Morawiecki: Jestem gotowy na bitwę z Tuskiem w wyborach prezydenckich

To pierwsza taka deklaracja Mateusza Morawieckiego w sprawie startu w wyborach prezydenckich. Były szef rządu jest gotów zmierzyć się z Donaldem Tuskiem w walce o fotel głowy państwa. "Pojedynek z panem Tuskiem oczywiście chętnie, jestem gotowy" – zapowiedział w czwartkowym "SE" Mateusz Morawiecki.

Kłopot w Pałacu Buckingham. Chodzi o księcia Harry’ego z ostatniej chwili
Kłopot w Pałacu Buckingham. Chodzi o księcia Harry’ego

Informacje o chorobie nowotworowej księżnej Kate i króla Karola III spędzają sen z powiek Brytyjczykom. W mediach nie brakuje nowych informacji związanych ze stanem zdrowia arystokratów. Pojawiły się również doniesienia dotyczące księcia Harry’ego, który już niedługo ma zjawić się w Wielkiej Brytanii.

Burza w Pałacu Buckingham. Lekarz zabrał głos ws. króla Karola III z ostatniej chwili
Burza w Pałacu Buckingham. Lekarz zabrał głos ws. króla Karola III

Temat choroby króla Karola III wciąż rozgrzewa media. O monarchę martwią się zarówno członkowie rodziny królewskiej, jak i poddani. W sprawie pojawiły się nowe informacje.

Katastrofa budowlana w Małopolsce. Jest ofiara śmiertelna i osoby ranne z ostatniej chwili
Katastrofa budowlana w Małopolsce. Jest ofiara śmiertelna i osoby ranne

Jedna osoba zginęła, a trzy zostały ranne w wyniku zawalenia się ściany budynku gospodarczego w miejscowości Dębno (Małopolskie).

REKLAMA

Polski obywatel opuszczony przez własne państwo, zastraszany przez chorwacką policję

"Wyraziłem zgodę na upublicznienie mojej historii, by nikogo innego podobna nie spotkała" mówi Jan Manista, teolog, doktorant UKSW.
 Polski obywatel opuszczony przez własne państwo, zastraszany przez chorwacką policję
/ YT, print screen
Zaczęło się radośnie, wyprawą do Meðugorje. Autobus pielgrzymów, majówka, śpiew, oczekiwanie na to, co zastanie się u celu podróży. Za szybą dynamicznie zmieniał się krajobraz, strefa Schengen przebiegała gładko pod kołami dużego autokaru wycieczkowego. Pierwszym wyrwaniem z sielankowej rzeczywistości ludzi wyrosłych z tożsamością Europejczyka przybitą na czole, niczym wizą wjazdową otwierającą napotykane dotąd drzwi, była kontrola na granicy węgiersko-chorwackiej. Środek nocy, nieprzyjemni urzędnicy, nerwowa atmosfera, przenikający do kości chłód długiego stania po wyjściu z autokaru. Po jakimś czasie, około 3 nad ranem, wszyscy już całkowicie rozbudzeni mroźnym nocnym powietrzem i nieprzyjemnymi emocjami znaleźli się na powrót w autokarze. Ekscytacja powoli opadała, kiedy nagle okazało się, że jednak nie wszyscy, brak bowiem jednego z pielgrzymów, Janka, towarzysza podrózy. Zapanował chwilowy chaos, ktoś mówił, że zatrzymali go z powodu nieaktualnego dokumentu tożsamości, ktoś inny, że nie dlatego. Organizator wyjazdu szukał nerwowo osoby, która sprawnie porozumiewałaby się w potrzebnej tu fachowej terminologii, szybko taką znalazł. Po kilkudziesięciu minutach tłumaczka i Janek wrócili do autokaru, nie do wszystkich dotarło, co się właściwie stało i o co chodzi, dużo osób znów spało. Pojazd pomknął, tym razem w stronę kolejnej granicy, na której za dwie godziny miał rozegrać się dramat.

Bardzo wczesny ranek 29 kwietnia 2017 roku. Granica chorwacko-bośniacka. 

Historia podobna do tej sprzed kilku godzin, pasażerowie wysiadają, by strażnicy graniczni sprawdzili autobus, zeskanowali dowody osobiste, sprawdzili toaletę etc. Tym razem wszyscy już wiedzieli, że dzieje się coś niedobrego. Janek znów został zatrzymany. Tym razem na dobre. Organizator wyjazdu próbował kontaktować się z polską ambasadą, pasażerowie dodzwonić się do kraju, na polską policję. Bezskutecznie, znajdowali się bowiem w strefie obniżonego zasięgu komórkowego. W końcu udało się połączyć z ambasadą w Zagrzebiu, ale okazało się, że po pierwsze, od dziś, czyli soboty, do czwartku pracownicy ambasady mają długi weekend. Po drugie, konsul nie przyjedzie na przesłuchanie Janka przez chorwacką policję. Po trzecie, w ogóle nie jest przewidziany żaden dyżur pracownika ambasady dla obywateli polskich w opałach.

Autobus został zmuszony do przejazdu z chorwackiego punktu granicznego na bośniacki, a potem dalej wgłąb tego kraju, ku docelowemu miejscu podróży. Musiał jechać, by nie blokować przejazdu kolejnym oczekującym oraz by kierowcy nie skończył się na tachografie czas przez przyjazdem na miejsce. Wewnątrz autokaru panował chaos i bynajmniej nie pielgrzymkowe klimaty, jedni byli oburzeni, bądź zdruzgotani pozostawieniem Janka samego na granicy, inni przekonywali, że nie było żadnej alternatywy, jeszcze inni spali lub milczeli. W takim stanie ducha podróżni zmierzali na miejsce, do którego pielgrzymowali.

Janek

O 6.00 rano został sam z plecakiem podręcznym, bo jego bagaż główny pojechał w luku do Meðugorje. Otrzymał jeszcze od organizatora dodatkowe 200 euro, by móc jakoś dostać się do Zagrzebia, oddalonego o kilkaset kilometrów. Organizatorowi udało się uprosić pracownicę ambasady, by przyszła dziś i wyrobiła mu dokument tymczasowy.

Jak do tego doszło? Miesiąc temu ukradziono mu portfel. Zgłosił więc kradzież na policji. W portfelu znajdował się także dowód. Po kilku dniach okazało się, że złodziej wrzucił pusty portfel z dowodem do skrzynki i Janek odebrał dokument z poczty. Zgłosił osobiście na policji odnalezienie dowodu. Dopiero na granicy chorwackiej okazało się, że urzędnicy w Polscenie odhaczyli dokumentu, jako odnalezionego. Był poirytowany, ale strażnicy graniczni traktowali go po ludzku, więc czekał spokojnie na przybycie policji i wyjaśnienie sprawy. Horror zaczął się po jej przybyciu. Przesłuchanie, groźby, nakaz rozebrania do naga i trzymanie w zimnie, bez możliwości przemieszczenia, w końcu zarzuty o kradzież własnego dokumentu. Bardzo nieprzyjemne uwagi o Polakach i polskiej ambasadzie. Po pięciu godzinach poniżania wyrzucono go na deszcz, zatrzymano dowód i zakazano opuszczać terytorium Chorwacji, jakby było to możliwe bez dokumentu. 

Mijały kolejne godziny. W ulewnym deszczu przewędrował 20 km, nie mógł się z nikim porozumieć, gdyż jedna z komórek się rozładowała a na drugiej skończyły się środki. Miotany rozmaitymi emocjami to szedł, to biegł, gdyż wiedział, że tylko dziś ma szansę jeszcze kogoś zastać w ambasadzie. Dobra dusza, młody Chorwat zaczepiony przez Janka w desperacji na stacji benzynowej pomógł mu wczesnym popułudniem wymienić euro na kuny i zawiózł go na stację kolejową po czym wsadził do pociągu do stolicy. Co by zrobił gdyby go nie spotkał? 

Do Zagrzebia dojechał po 18.00. Miał już doładowany telefon, więc udało mu się nawiązać kontakt z pracownicą ambasady. Kobieta poinformowała go, że aby mogła wyrobić mu dokument tymczasowy musi mieć zdjęcie o określonych parametrach i ponad 300 kun, co stanowiło około 150 złotych. Trochę kosztowna zabawa doliczając cenę biletów kolejowych, benzyny, wyżywienia i ewentualnych noclegów... Podała mu także adresy zakładów fotograficznych. Błąkał się po Zagrzebiu w poszukiwaniu wskazanych punktów usługowych. Niestety, o tej godzinie wszystkie były zamknięte. Cudem znalazł automat do zdjęć. Ten jednak okazał się zepsuty, wystawał z niego plik kabli. Janek w desperacji wkładał przewody do środka, coś dokręcał, kombinował, nic innego mu nie pozostało. Stał się cud, maszyna zrobiła kilka zdjęć, po czym doszło do zwarcia i rozpadła się na amen. Ze zdjęciem, niczym bitewnym trofeum, ruszył do ambasady. Kiedy do niej dotarł była 21.00. Pracownica ambasady przyszła, był to jednak czysty akt dobrej woli i litościwego serca, bo absolutnie nie miała takiego obowiązku. Wyrobiła dokument zastępczy. Podała mu terminy odjazdów autobusów do Meðugorje, od którego dzieliło go 500 km oraz granica Bośni i Hercegowiny. Początkowo chciał od razu wrócić do Polski, potem jednak pomyślał, że męczył się tak nie po to, żeby wracać. Było około 22.00. Autobus do Meðugorje odjeżdżał o 8.00. Poszuka jakiegoś hostelu. 

Okazało się jednak, że w ambasadzie stawił się także młody chłopak podróżujący z dziewczyną, któremu skończyła się ważność polskiego dokumentu, a chciał jechać na weekend do Czarnogóry. Chłopak zdecydował się podwieźć Janka do granicy bośniackiej oddalonej o 480 km. Jechali inną drogą niż trasa, którą udali pielgrzymi, tamci bowiem jechali przez Bośnię, Janek pojechał przez Chorwację i granicę miał przekroczyć blisko celu pielgrzymki. Niedługo po wyruszeniu w podróż młody kierowca Janka zmienił jednak zdanie, uznał bowiem, że dwie osoby z tymczasowymi dokumentami mogą być podejrzane na granicy. Na korzyść Janka przemówiło jednak to, że zanim poszedł na studia skończył średnią szkołę mechaniki samochodowej, a jego kierowca miał pożyczony i psujący się co chwila samochód. Szwankował olej. Tak, w kilku etapach, dotarli do granicy, skąd Janek miał już około 20 km do celu. Kiedy o 3.19 wysiadł z samochodu pod kościołem w Meðugorje towarzyszyło mu wiele emocji. Napisał smsa do organizatora pielgrzymki, swojego dobrego znajomego, ten jednak spał. Do świtu nie było jednak daleko, więc Janek siedział już uspokojony i szczęsliwy, kiedy... zatrzymała go miejscowa policja podejrzewając o włóczęgostwo. Okazało się jednak, że ci funkcjonariusze potratowali go ze zrozumieniem. Godzinę jeździli z nim po miejscowości i szukali autokaru, którym przyjechała jego pielgrzymka. Nie znaleźli. Rychło jednak nastał dzień i obudzony o świcie organizator pokierował go do pensjonatu, było to bardzo blisko.

Podczas śniadania obficie lały się łzy ulgi. Trudno było bowiem o spokoj ducha, kiedy towarzysz mógł nocować gdzieś w chorwackim rowie. Potem wszyscy udali się na Kriżevac, stromą, długą drogę krzyżową. Każdy na swoją.
 
Wyraziłem zgodę na upublicznienie mojej historii, by nikogo innego podobna nie spotkała
- mówi Jan Manista, teolog, doktorant UKSW.

No właśnie... Co gdyby na miejscu naszego bohatera znalazła się 80-letnia starsza pani lub 18-letnia dziewczyna? Albo po prostu ktoś mniej zaradny, odporny psychicznie, ktoś, kto nie miałby dodatkowego tysiąca na podróż i wyrobienie dokumentów? Bez dokumentów Jan Manista nie mógłby wrócić do Polski w środę, nawet gdyby poczekał w przysłowiowym rowie na powrót swojego autokaru. Po prostu nie opuściłby Chorwacji. Czy państwa polskiego naprawdę nie stać na dyżurnego pracownika w ambasadzie w długi weekend? Czy polski konsul nie powinien być przy przesłuchaniu naszego obywatela przez obcą policję?  I w końcu, Jan Manista poniósł, nie ze swojej winy, poza szkodami moralnymi i trudami, także znaczne koszty finansowe, kto zwróci mu pieniądze? Czy duży europejski kraj, jakim jest Rzeczpospolita Polska, chce skazywać swoich obywateli na podobne traktowanie?

Przy okazji wielkie podziękowania dla pracownicy ambasady za okazane bliźniemu serce. 

Okazało się, że w autokarze jechała osoba pracująca w mediach i sprawa mogła ujrzeć światło dzienne. Z łatwością można sobie jednak wyobrazić, że stałoby się inaczej.

Warto dodać również, że bohater tej historii nie mówi po angielsku, tylko po francusku, nie było więc innej możliwości niż dogadywać się z ludźmi licząc na podobieństwo języków słowiańskich. 

Doświadczenie Jana Manisty było jednym z wątków podróży do Meðugorje. W przyszłym tygodniu ukaże się na Tysol.pl szeroki reportaż z poróży i pobytu w tej części Hercegowiny, zwanej Ziemią Maryi.

Aleksandra Jakubiak.

#REKLAMA_POZIOMA#


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

Polecane
Emerytury
Stażowe