REKLAMA

[Tylko u nas] Marek Budzisz: Polska. Litwa. Ukraina. Druga Unia Lubelska. A przynajmniej początek

Dzisiaj, ministrowie spraw zagranicznych Polski, Ukrainy oraz Litwy podpisali wspólną deklarację o utworzeniu nowego, stałego formatu współpracy określonego mianem Trójkąta Lubelskiego. Miejsce jest oczywiście nieprzypadkowe, nieprzypadkowa a zamierzona jest też związana z nim symbolika. Gdyby ktokolwiek miał wątpliwości jak oceniać to co się stało, warto przytoczyć słowa ukraińskiego ministra Dmytro Kuleby wypowiedziane w Warszawie, które cytują ukraińskie media.
 [Tylko u nas] Marek Budzisz: Polska. Litwa. Ukraina. Druga Unia Lubelska. A przynajmniej początek
/ Ministrowie spraw zagranicznych RP - Jacek Czaputowicz, Republiki Litewskiej - Linas Linkevičius i Ukrainy - Dmytro Kułeba w Lublinie/ Sebastian Indra MSZ
Powiedział on, że Ukraina chciałaby aby Polska odgrywała wiodącą rolę w przyszłej międzynarodowej platformie deokupacji Krymu oraz „oczekuje i będzie wdzięczna, jeśli Polska będzie nie tylko wiarygodnym partnerem, jak to już jest, ale także jednym z liderów tego procesu. Aby tego dokonać, nasi Polscy koledzy mają dogodną okazję”. Przez pryzmat tych wypowiedzi trzeba odczytywać tekst deklaracji w sprawie Trójkąta Lubelskiego. W transmisji „na żywo”, którą minister Kuleba prowadził z wnętrza swego samochodu jadącego do Lublina (w towarzystwie ambasadora Deszczycy) powiedział też, że choć nowy format dyplomatyczny może być porównywany do Grupy Wyszehradzkiej czy Bukaresztańskiej Dziewiątki, to jest też przejawem większego zaangażowania Ukrainy w sprawy regionu, chęci odgrywania większej roli oraz nawiązywania współpracy. Mamy zatem do czynienia ze zmianą a może nawet przełomem w ukraińskiej dyplomacji, która za czasów prezydentury Poroszenki orientowała się na głównych europejskich graczy, przede wszystkim Berlin i Paryż, i w tym kontekście warto odczytywać zapisy deklaracji lubelskiej. W dokumencie strony powołując się na wspólne dziedzictwo przeszłości i kultury ale również podobne postrzeganie kwestii bezpieczeństwa i doświadczenia w zakresie funkcjonowania wspólnej polsko – litewsko – ukraińskiej brygady z siedzibą właśnie w Lublinie, deklarują współpracę, której celem będzie odciśnięcie piętna na obliczu Europy Środkowej. Wspólnie przeciwstawiają się agresji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę i wspólnie planują wsparcie dla europejskich i NATO-wskich aspiracji Kijowa. Inicjatywa mieć będzie wymiar wojskowy, gospodarczy i polityczny (mowa jest o współpracy Ukrainy z Trójmorzem). Postanowiono też powołanie funkcji oficerów łącznikowych i regularne odbywanie szczytów, kolejny, zgodnie z deklaracjami ministra Kuleby ma się odbyć w Kijowie. Oczywiście przedsięwzięcie może okazać się nie wypełnioną treścią urzędniczą wydmuszką, kolejnym zaklęciem o potrzebie „pogłębiania współpracy”, ale wydaje się, że już można mówić o przełomie w podejściu Kijowa do kooperacji z Polską.

Danylo Lubkivsky, ukraiński wiceminister spraw zagranicznych po Rewolucji Godności a do 2016 doradca prezydenta Poroszenki napisał na swojej stronie facebookowej, że deklaracja była zbyt ostrożna jeśli idzie o perspektywę integracji Ukrainy z Unią Europejską oraz członkostwem w NATO, za to niepotrzebnie odwoływała się do symboliki Unii Lubelskiej. Pochwalił jednak próbę nadrobienie tego co jak napisał „jest wielkim błędem Ukrainy” czyli brak współpracy Kijowa z inicjatywą Trójmorza. Można odnieść wrażenie, że Lubkivsky w sposób dość ostrożny skrytykował deklaracje podpisaną w Lublinie za jej zbytnią ostrożność. Można byłoby oczekiwać więcej. To też symptomatyczna zmiana.

Warto przypomnieć wcześniejsze sygnały jakie napływały z Kijowa świadczące o przewartościowaniu dotychczasowej linii w polityce zagranicznej Ukrainy, która sprawiała wrażenie miała na celu, szczególnie za prezydentury Poroszenki, celowe ignorowanie Warszawy.

O 8.47 w powyborczy poniedziałek, ale zanim jeszcze PKW opublikowała oficjalne rezultaty najpierw po polsku a dopiero 3 minuty później po ukraińsku Wołodymir Zełenski pogratulował Andrzejowi Dudzie sukcesu w wyborach prezydenckich. W specjalnym tweecie ukraiński prezydent życzył Polsce „dalszych sukcesów i dobrobytu pod kierownictwem Andrzeja Dudy”, ale ponowił również zaproszenie pod adresem polskiego prezydenta zaproszenie do odwiedzenia Ukrainy i napisał „razem jesteśmy silniejsi”.

Te ostatnie słowa, potwierdzone deklaracją z Lublina nie były jedynie kurtuazją, ale mogą świadczyć o tym, że elity ukraińskie zastanawiają się nad własną sytuacja geostrategiczną i chciałyby aby relacje z Polską były lepsze niźli do tej pory.

Na początku lipca Aleksiej Reznikow, ukraiński wicepremier odpowiedzialny m.in. za negocjacje w sprawie Donbasu, opublikował na stronie Atlantic Council artykuł, na który warto zwrócić uwagę. Najpierw poświęćmy nieco uwagi miejscu, gdzie ukraiński polityk umieścił swe wystąpienie, bo buduje to kontekst, który jest w tym przypadku jak sądzę istotny.

W lutym w trakcie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa na oficjalnej stronie tej ważnej międzynarodowej imprezy opublikowany został raport nazwany „12 Kroków dla wzrostu bezpieczeństwa na Ukrainie i w regionie Euro-Atlantyckim”. Punktem wyjścia przyjętym przez międzynarodową grupę ekspertów, którzy przygotowali materiał było stwierdzenie, że konflikt zbrojny na wschodzie Ukrainy jest wewnętrznym problemem naszego wschodniego sąsiada i jego rozwiązanie wymaga nie tylko wsparcia Zachodu i Rosji, ale również rozpoczęcia „dyskusji na temat tożsamości kraju”. W materiale podpisanym m.in. przez Marcina Zaborowskiego, byłego dyrektora pracującego na rzecz polskiej dyplomacji PISM, protegowanego ministra Sikorskiego, nie znajdziemy nawet najdrobniejszego stwierdzenia, iż mieliśmy do czynienia na Krymie i w Donbasie z rosyjską agresją. W ukraińskiej prasie raport ten nazywano „planem w jaki sposób rozbić Ukrainę”.

Iwanna Kłympusz-Cyncadze, była wicepremier odpowiedzialny za integrację europejską za czasów prezydentury Poroszenki a obecnie deputowana jego frakcji napisała o monachijskiej konferencji, że należałoby ją nazwać „konferencją przyjaciół Putina”.

To powielanie kremlowskich klisz narracyjnych zarzucili zresztą sygnatariuszom amerykańscy eksperci z Atlantic Council, którzy wystąpili z szybko przygotowanym specjalnym kontr – oświadczeniem. Nota bene, jak się uważa, to tak szybka i stanowcza reakcja amerykańska doprowadziła do usunięcia „12 kroków” z oficjalnej strony Konferencji Monachijskiej i zdystansowania się jej organizatorów (Wolfgang Ischinger) od jednoznacznie prorosyjskiej wymowy proponowanych rozwiązań.

Wydaje się zatem, że Aleksiej Reznikow nieprzypadkowo wybrał miejsce publikacji swego artykułu. Tym bardziej jeśli odczytać jego przesłanie. Ukraiński wicepremier stawiał bowiem tezę, że tzw. Format Normandzki się przeżył, nie spełnia swoich funkcji i powinien zostać zastąpiony inna formułą rozwiązania problemu suwerenności Ukrainy nad częścią jej terytorium. Pisał on wprost, że o ile Ukraina traktuje Format Normandzki, czyli rozmowy w czworokącie Kijów – Moskwa - Paryż - Berlin w kategoriach środka, którego celem jest umocnienie państwowej suwerenności, to Rosja wręcz przeciwnie, dla niej rokowania mają służyć podważeniu suwerenności Kijowa i uzyskaniu trwałej, konstytucyjnej kontroli, nad polityką wewnętrzną i międzynarodową sąsiada. Tej nieprzezwyciężalnej sprzeczności nie można przełamać. Ukraiński wicepremier argumentował, że rokowania mogą być skuteczne tylko pod jednym warunkiem – zarówno Ukraina, jak i Rosja, ale może przede wszystkim Europa powinna odpowiedzieć na pytanie czemu mają one służyć. Z perspektywy Kijowa, Ukraina spełnia dziś rolę bufora, może nawet przedmurza, chroniącego Europę przed rosyjskim rewizjonizmem Putina. Reznikow pisał, że  „niepowodzenie w modyfikacji Procesu Mińskiego może doprowadzić do eskalacji konfliktu. W takim scenariuszu problemy z którymi Ukraina zmaga się obecnie na wschodniej granicy Europy, mogą przesunąć się o 1300 km na zachód i osiągnąć granice Polski, Słowacji, Węgier i Rumunii”.

Jaśniej już chyba nie można było sformułować zaproszenia pod adresem państw naszego regionu, aby włączyły się w renegocjację Formatu Normandzkiego. Zdaniem Reznikowa kształt Porozumień Mińskich dziś już nie odpowiada realiom, bo po pierwsze zawarte zostały one w obliczu grożącej eskalacji konfliktu, którego Europa za wszelką cenę chciała w 2014 roku uniknąć, a poza tym, już w kolejnym 2015 roku Rosja złamała umowy które sygnowała i nie ma zamiaru wywiązywać się z nich nadal, czego dowodem są nie tylko dziesiątki naruszeń, ale impas w tak wydawałoby się prostej kwestii jak wymiana jeńców. Europa, w opinii ukraińskiego polityka nie może kontynuować, przez wzgląd na własne bezpieczeństwo bojaźliwej polityki, której przejawem jest np. ograniczony mandat sił OBWE wysłanych w rejon konfliktu.

Reznikow nie formułował wprost propozycji co mogłoby zastąpić Format Normandzki, zwracał jednak uwagę na fakt uzyskania niedawno przez Ukrainę statusu partnera w ramach NATO-wskiego programu Enhanced Opportunity Partnership, co należy odczytywać jako propozycję pod adresem zarówno Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, ale i państw środkowoeuropejskich. Po opublikowaniu przez ukraińskiego wicepremiera artykułu na portalu Atlantic Council, w mediach, zwłaszcza rosyjskich trwały spekulacje czy nie oznacza to propozycji powrotu do tzw. Formatu Budapesztańskiego, w którym obok Niemiec i Francji nad rozwiązaniem kwestii pokoju na wschodzie Ukrainy deliberowaliby również Amerykanie i Brytyjczycy. Teraz, po deklaracji z Lublina wydaje się, że Kijów zaczyna dojrzewać do poważnego wzięcia pod uwagę formatów regionalnych. Dla Polski jest to zarówno szansa jak i wyzwanie. Obydwa o wymiarze historycznym. Byłoby dobrze gdyby nasz rząd, którzy jest uznawany w Kijowie za ekipę przyjaciół wykorzystał zbliżające się 3 lata politycznego spokoju i nie zaprzepaścił rysującej się niepowtarzalnej być może koniunktury.

Marek Budzisz
 

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura