Waldemar Żyszkiewicz: Wszystko nie tak, czyli strategia na Hitchcocka

Może zastanawiać, dlaczego zaraz po zaatakowaniu ludzkości przez wirusa SARS-CoV-2 niemal wszystkie władze polityczne i sanitarne demoliberalnych państw Zachodu, które deklarują przywiązanie do postawy naukowej, zachowują się irracjonalnie, tak jakby czegoś się obawiały lub czegoś nie wolno im było zrobić.
koronawirus
koronawirus / Pixabay.com

Już co najmniej od dekady znane postaci ze środowisk naukowych (głównie, ale niewyłącznie) Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza te związane EcoHealth Alliance oraz Światową Organizacją Zdrowia (WHO), a także z amerykańskimi megaoligarchami z kręgu Warrena Buffetta, George’a Sorosa czy Billa Gatesa, przepowiadały nadejście strasznej zarazy, coś na kształt ludobójczej grypy, tzw. hiszpanki, sprzed stu lat.  

Na szkolenia, planowanie, konferencje i propagandę o nieuchronności tego zdarzenia poszły całkiem spore pieniądze. W USA w roku 2011 powstał film o sporym potencjale budzenia społecznych obaw i lęków przed zabójczym wirusem, ale przy okazji dość rzetelnie prezentujący pożądany schemat reagowania na taki rodzaj kryzysu. Sformułowane i przedstawione w filmie Stevena Soderbergha „Contagion. Epidemia strachu” zasady postępowania podczas zagrażającej światu pandemii wydają się całkiem oczywiste.

Po pierwsze, reagować jak najszybciej się da, bo lepiej popełnić błędy niż spóźnić się z działaniem i narazić na zarzut zaniechania. Po drugie, należy możliwie precyzyjnie rozpoznać zagrożenie, czyli ustalić rodzaj i pochodzenie wirusa, a zwłaszcza zidentyfikować pierwszy przypadek wywołanej przezeń choroby. Bo tylko wtedy, identyfikując dokładną ścieżkę oraz sposób przenoszenia się wśród ludzi, można skutecznie przerwać łańcuch zakażeń i propagację patogenu. Taki w zasadzie elementarz.

Pytanie więc, dlaczego w przypadku tzw. wirusa z Wuhan właściwie niemal wszystko (w świecie, poza Chinami) przebiegało inaczej. W znacznej mierze za sprawą spóźnionych, nierzetelnych, częściowo sprzecznych zaleceń WHO.

 

Zamiast brania na klatę – akwizycja szczepionki 

Szybkie, zdecydowane, przypominające bardziej rygory stanu wojny niż procedury sanitarne działania dość autorytarnych władz chińskich (do pewnego stopnia zastosowane też w innych państwach Dalekiego Wschodu i w Australii) mocno kontrastowały z obrazem sytuacji, jaką kreśliły kolejne rozpoznania i dyrektywy WHO. Nawet uwzględniając nieuchronne błędy wczesnego okresu rozprzestrzeniania się wirusa, część niedoróbek, wynikających – jak się wydaje – z prochińskich preferencji kierownictwa tej organizacji oraz jej głównych sponsorów, mocno ułatwiła globalny pochód wirusowi SARS-CoV-2.

Ale te niemożliwe do uniknięcia błędy okresu wstępnego można by darować i puścić w niepamięć. Gdyby nie... No właśnie, problemem obostrzeń z pierwszego okresu nominalnej pandemii nie jest to, że były zbyt srogie czy nawet, że rujnowały społeczne i gospodarcze życie narodów Europy i obu Ameryk, lecz to, że okazały się skrajnie nieefektywne. Lub wręcz przeciwskuteczne. Ujmując rzecz jeszcze inaczej, wychodzi na to, że polityczno-sanitarne decyzje władz wielu państw Zachodu związane z wystąpieniem na ich terytorium choroby CoViD-19, przejawiły wyraźny brak racjonalności.

Niedobór namysłu nad realnością nowej choroby, owszem zaraźliwej, ale przecież nie tak groźnej, jak się początkowo wydawało, stał się czytelny zwłaszcza późną wiosną i latem. Zabrakło prób zmierzenia się z zagrożeniem opartych na zespołach czy think-tankach własnych epidemiologów-statystyków, wirusologów, specjalistów od chorób zakaźnych, a także pulmonologów, czyli lekarzy-praktyków, którzy lecząc pacjentów z nowej przypadłości, zdobyli sporo doświadczenia, co do przebiegu choroby, łagodzenia najgroźniejszych objawów, a zwłaszcza gaszenia infekcji jeszcze w jej wczesnym stadium.

Zabrakło też publicznej debaty nad nowym, powszechnym przecież zagrożeniem, zrezygnowano z zadawania wielu podstawowych pytań, których brak od początku rzucał się w oczy każdemu, kto choćby cokolwiek otarł się o porządne, naukowe metody konfrontowania się z tym, co nieznane. Takiej racjonalnej postawy wobec ataku nowego wirusa zabrakło właściwie we wszystkich krajach Europy, może z wyjątkiem Szwecji. Pełną parą ruszyła za to w mediach propaganda proszczepionkowa oraz godna Hitchcocka machina produkowania pośród „zamaskowanych” społeczeństw Europy i reszty świata paraliżującego wręcz poziomu lęku przed dziwnym, ale nie poddawanym racjonalnej analizie zagrożeniem.

Na Zachodzie tak zmasowana ofensywa medialna oparta na kilku, może kilkunastu hasłach-zaklęciach być może okaże się bardziej efektywna. W krajach Europy Środkowowschodniej, której narody zostały zaszczepione potężną dawką propagandy komunistycznej, nasilonej zwłaszcza za Stalina, na podobną podatność raczej liczyć nie należy. Tym bardziej że technologia ułatwia komunikację typu peer-to-peer, a tym samym rozchodzenie się także tych informacji, na które w mediach głównego nurtu nałożono embargo.

Niemal od początku do pozaestabliszmentowej opinii publicznej docierają przekazy wielu międzynarodowych specjalistów naprawdę wysokiej klasy o tym, że wirus SARS-CoV-2 jest najprawdopodobniej produktem laboratoryjnym, że nie jest wcale bardzo śmiercionośny, że przypadłości przez niego spowodowane należy i można leczyć, bo są w obiegu stosunkowo proste i tanie leki, które w porę zaaplikowane całkiem dobrze sobie z tą infekcją radzą. I że przede wszystkim nie ma najmniejszego sensu odkładać powrotu do normalności do czasu opracowania szczepionki.   

 

Polityczne strusie, uczeni dysydenci i eksperci-chorągiewki

Oczywiście po obu stronach tej medialnej barykady – irracjonalno-proszczepionkowej oraz zdroworozsądkowo-antyszczepionkowej – pojawiają się wypowiedzi przesadne, nadmiernie histeryczne, ale to normalne i zgodne z tzw. krzywą Gaussa. Może natomiast zdumiewać fakt, że uczeni z ogromnym dorobkiem i skłonni przedstawiać swe racje publicznie, w sposób umożliwiający śledzenie ich argumentacji każdemu, także laikom, są dość konsekwentnie sekowani i wypychani na aut, podczas gdy inne nawet znane nazwiska brylują w mediach głównego nurtu, strasząc covidem, mamiąc szczepionkami i dość często zresztą zmieniając swe opinie, niekiedy o 180 stopni.

O politykach właściwie szkoda wspominać: na tle dynamicznej pro-covidowej propagandy chętnie kreują się na herosów zwalczania zarazy i/lub heroldów propagandy szczepionkowej. Jednak zapewne wbrew ich intencjom oraz nadziejom więcej widać w tym odruchów stadnych („bo inni też tak postanowili”), przejawów oczywistej niekompetencji oraz – co nie powinno dziwić – zwyczajnej dla ludzi z tej branży przesadnej dbałości o wizerunek oraz zatrwożenia o wynik następnych wyborów. Postawa „po nas choćby potop” nie umarła niestety wraz z poetą Stratonem z Sardes, autorem epigramatu, w którym po raz pierwszy owa myśl została wysłowiona.

Że przesadzam? Chyba jednak nie. Jeśli nawet problem pochodzenia wirusa – raczej z laboratoriów i to niewyłącznie chińskich niż od nietoperza z prowincji Yunnan – wydawał się politykom (z wyjątkiem Donalda Trumpa!) zbyt drażliwy, to już w żadnym razie nie da się wytłumaczyć rezygnacji z prób ustalenia przypadku numer jeden. A tego nie zrobiono ani w Chinach Ludowych, ani we Włoszech czy Francji. Tym razem WHO zupełnie na tę ponoć niezbędną procedurę nie naciskała, natomiast opinię publiczną karmiono bajeczkami o mokrych targowiskach, łuskowcach i zupie z nietoperza.

Skąd to dziwne, niegodne postawy naukowej zaniechanie? Czy obawiano się, że ustalenie pierwszego pacjenta może wskazać drogę do producentów patogenu? Czy po prostu nie było pacjenta numer jeden, bo pierwszy kontakt nowego wirusa z ludźmi miał miejsce podczas imprezy masowej? Zarówno we Francji, jak i we Włoszech pacjenci z nietypowym zapaleniem płuc tego rodzaju, z jakim zetknięto się później przy ciężkich przypadkach CoViD-19, pojawili się na już przełomie listopada i grudnia minionego roku. Przypadłości te wykryto u osób, które miały kontakt z uczestnikami, ewentualnie same brały udział w międzynarodowych igrzyskach wojskowych, rozegranych w drugiej dekadzie października 2019, akurat w Wuhan... 

 

Zamiast krajowych badań generowanie lęku

Skoro jednak nie badamy pochodzenia wirusa, ani jego drogi do pierwszego zakażonego, to może byłoby warto realnie ustalić stopień rozprzestrzenienia się nowego patogenu wśród ludzi i rzetelnie określić związany z nim stopień zagrożenia. Jak to zrobić? Dość prosto: skoro na podstawie reprezentatywnej próbki rzędu 1000 do 1200 osób, jesteśmy w stanie dzięki badaniom typu exit poll określić stopień rozkładu decyzji wyborczych ponad dwudziestu milionów głosujących, to nie powinno być problemu z określeniem zasięgu wirusa wśród całej liczącej 38,5 miliona populacji.

Wystarczy przeprowadzić 2,5 tysiąca badań – ale wiarygodnych, na obecność przeciwciał, a nie tych powszechnie stosowanych testów RT PCR –  na reprezentatywnej próbie Polaków i już będziemy wiedzieli, jaki odsetek populacji miał faktycznie kontakt z wirusem. I dopiero wtedy będzie można określić, jaka jest faktyczna śmiercionośność wirusa SARS-CoV-2. Bo przecież to, czym mejnstrimowe media dzisiaj karmią opinię publiczną, urąga elementarnej wiedzy z zakresu rachunku prawdopodobieństwa czy statystyki.

 

Zaraźliwość nowego patogenu i pozyskana już wiedza o nosicielstwie bezobjawowym, o licznych zakażeniach skąpoobjawowych (stany podgorączkowe, katar, pokasływanie, utrata węchu) i o przypadkach ciężkich, z zespołem ostrej niewydolności oddechowej – pozwala na sformułowanie hipotezy roboczej, że choroba CoViD-19 nie zasługuje na tak wielkie halo, jakie jej globalnie zafundowano. I tu zaczynają się prawdziwe schody: dla społeczeństw, którym zrujnowano życie w dotychczasowym kształcie oraz dla polityków, którzy mają za zadanie wzbudzić w swym elektoracie przemożną motywację do masowego poddania się szczepieniu czymś, co w tak krótkim czasie nie miało jeszcze prawa powstać.

W dodatku, mowa o szczepieniu preparatem nowego typu, opartym na całkiem odmiennej zasadzie działania, na którego testowanie nie było przecież dość czasu, bo pandemię CoViD-19 ogłoszono zaledwie 10 miesięcy temu. A tęgie głowy z WHO i okolic jeszcze pół roku temu mówiły o dwóch-trzech latach potrzebnych na wyprodukowanie skutecznej oraz bezpiecznej szczepionki. Trudno się więc dziwić, że co przytomniejsze osoby wzdragają się na samą myśl, iż wymaga się od nich podjęcia tak wielkiego ryzyka. Chyba że... – ale to hipoteza bardzo niepoprawna! – superszczepionka powstała już parę lat temu, jako produkt uboczny przy fabrykowaniu dość misternego wirusa.

 

Lepiej tanio leczyć niż drogo szczepić

W tej sytuacji może lepiej jednak leczyć niż szczepić. Bo przecież jest czym. Są dobrze znane i wypróbowane leki, ale i na bieżąco lekarze-praktycy oraz lekarze-klinicyści w wielu krajach poszukują skutecznej terapii na dolegliwości spowodowane którymś z kolei wirusem odzwierzęcym, który tak jakoś nagle: hop... przeskoczył na człowieka. Tyle że lekarze, którzy chcą i potrafią leczyć z covidu, nie mają lekko, bo WHO pod Tedrosem Ghebreyesusem również czynnie włączyła się w akwizycję dumnych produktów Big Pharmy, eliminując skutecznie działające leki tradycyjne z tzw. schematu leczenia tej choroby.  

Wyrazistym przykładem pozostaje też Anthony S. Fauci, dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych (NIAID), który korzystając z zajmowanej od lat pozycji, skutecznie blokuje w USA leczenie chlorochiną i hydroksychlorochiną. Na naszym polskim podwórku odpowiednikiem postawy Fauciego, działającego niczym akwizytor wielkich koncernów farmaceutycznych, wydaje się konsekwentne ignorowanie terapii chlorowodorkiem amantadyny.

Przemyski pulmonolog dr Włodzimierz Bodnar od marca próbuje zainteresować właściwych decydentów państwowych i resortowych skutecznością taniego leku, który od trzech dekad stosował, lecząc grypę, a ostatnio z dobrymi rezultatami wypróbował przy zwalczaniu wirusa SARS-CoV-2. Ale po co wydobywać pacjentów z choroby specyfikiem za 20 złotych, skoro władze mają już ogromne środki finansowe na nieprzetestowane szczepionki nowego typu?

 

 

Waldemar Żyszkiewicz                                                   

(29 listopada 2020)

 

pierwodruk: Obywatelska. Gazeta im. Kornela Morawieckiego nr 233, 4 – 17 grudnia 2020


 

POLECANE
Polacy chcą nowej partii politycznej? Zaskakujący sondaż z ostatniej chwili
Polacy chcą nowej partii politycznej? Zaskakujący sondaż

Prawie co trzeci Polak liczy na nową partię przed wyborami w 2027 r. Jednak jeszcze większa grupa woli stabilizację na polskiej scenie politycznej – wynika z sondażu SW Research dla Onetu.

Od grudnia ogłoszenia o pracę muszą być neutralne płciowo. Dla opornych wysokie kary gorące
Od grudnia ogłoszenia o pracę muszą być neutralne płciowo. Dla opornych wysokie kary

Od 24 grudnia każde ogłoszenie o pracę musi być sformułowane tak, by nie wskazywało preferencji płci. Eksperci przypominają, że brak neutralności językowej może skończyć się skargą do PIP i odszkodowaniem wynoszącym 4806 zł.

Warszawiacy mogą być w szoku. Policja podała dane z ostatniej chwili
Warszawiacy mogą być w szoku. Policja podała dane

W ramach ogólnopolskich działań policjanci stołecznego garnizonu sprawdzali prędkość, z jaką poruszają się kierowcy po drogach Warszawy i okolicznych powiatów – informuje w piątek stołeczna policja.

Kryzys we Wrocławiu. KO zwołuje specjalną naradę po zarzutach dla Sutryka pilne
Kryzys we Wrocławiu. KO zwołuje specjalną naradę po zarzutach dla Sutryka

Prokuratura postawiła prezydentowi Wrocławia cztery zarzuty, a kluczowym dowodem mają być zeznania byłego rektora Collegium Humanum. W Koalicji Obywatelskiej trwa gorączkowe ustalanie dalszych kroków, a decyzja polityczna może zapaść dopiero po głosowaniu nad budżetem miasta.

„Jestem przerażony brakiem wiedzy ministra”. Rzecznik prezydenta ostro o Sikorskim polityka
„Jestem przerażony brakiem wiedzy ministra”. Rzecznik prezydenta ostro o Sikorskim

Rzecznik prezydenta podkreślił, że głowa państwa działa wyłącznie w oparciu o Konstytucję, przypominając o prerogatywach zapisanych w art. 144 oraz zasadach bezstronności sędziów określonych w art. 178.

Ujawniono listę lotów Tuska. Ile to kosztowało podatnika? z ostatniej chwili
Ujawniono listę lotów Tuska. Ile to kosztowało podatnika?

Kancelaria Premiera przedstawiła koszty i trasy krajowych lotów szefa rządu Donalda Tuska.

Pilne doniesienia z granicy. Jest komunikat Straży Granicznej z ostatniej chwili
Pilne doniesienia z granicy. Jest komunikat Straży Granicznej

Ponad 114 prób nielegalnego przekroczenia granicy z Białorusią, 6 zatrzymanych przemytników ludzi. Ponad 160 cudzoziemców opuściło Polskę – to bilans tygodnia Straży Granicznej i MSWiA.

Warszawa: Niezwykłe znalezisko pod podłogą starej kamienicy z ostatniej chwili
Warszawa: Niezwykłe znalezisko pod podłogą starej kamienicy

Podczas remontu kamienicy na Saskiej Kępie odkryto skrytkę z dokumentami Komendy Głównej Armii Krajowej z czasów okupacji – poinformował w piątek Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków.

Likwidacja 800 plus oraz 13. i 14. emerytury. Petycja trafiła do Sejmu z ostatniej chwili
Likwidacja 800 plus oraz 13. i 14. emerytury. Petycja trafiła do Sejmu

Komisja ds. Petycji zajmie się petycją, która proponuje likwidację 800 plus, 13 i 14. emerytury w zamian za likwidację podatku PIT. "To byłby cios w emerytów" – zwraca uwagę Wirtualna Polska. Sprawdziliśmy także, jak wpłynęłoby to na rodzinę 2+2 zarabiającą tzw. średnią krajową.

Komunikat dla mieszkańców woj. podkarpackiego z ostatniej chwili
Komunikat dla mieszkańców woj. podkarpackiego

Pierwszy obiekt na odcinku S19 Babica – Jawornik został oddany do użytku. Nowy wiadukt WD-20 nad przyszłą ekspresówką usprawnia lokalny ruch między Połomią a Glinikiem Charzewskim.

REKLAMA

Waldemar Żyszkiewicz: Wszystko nie tak, czyli strategia na Hitchcocka

Może zastanawiać, dlaczego zaraz po zaatakowaniu ludzkości przez wirusa SARS-CoV-2 niemal wszystkie władze polityczne i sanitarne demoliberalnych państw Zachodu, które deklarują przywiązanie do postawy naukowej, zachowują się irracjonalnie, tak jakby czegoś się obawiały lub czegoś nie wolno im było zrobić.
koronawirus
koronawirus / Pixabay.com

Już co najmniej od dekady znane postaci ze środowisk naukowych (głównie, ale niewyłącznie) Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza te związane EcoHealth Alliance oraz Światową Organizacją Zdrowia (WHO), a także z amerykańskimi megaoligarchami z kręgu Warrena Buffetta, George’a Sorosa czy Billa Gatesa, przepowiadały nadejście strasznej zarazy, coś na kształt ludobójczej grypy, tzw. hiszpanki, sprzed stu lat.  

Na szkolenia, planowanie, konferencje i propagandę o nieuchronności tego zdarzenia poszły całkiem spore pieniądze. W USA w roku 2011 powstał film o sporym potencjale budzenia społecznych obaw i lęków przed zabójczym wirusem, ale przy okazji dość rzetelnie prezentujący pożądany schemat reagowania na taki rodzaj kryzysu. Sformułowane i przedstawione w filmie Stevena Soderbergha „Contagion. Epidemia strachu” zasady postępowania podczas zagrażającej światu pandemii wydają się całkiem oczywiste.

Po pierwsze, reagować jak najszybciej się da, bo lepiej popełnić błędy niż spóźnić się z działaniem i narazić na zarzut zaniechania. Po drugie, należy możliwie precyzyjnie rozpoznać zagrożenie, czyli ustalić rodzaj i pochodzenie wirusa, a zwłaszcza zidentyfikować pierwszy przypadek wywołanej przezeń choroby. Bo tylko wtedy, identyfikując dokładną ścieżkę oraz sposób przenoszenia się wśród ludzi, można skutecznie przerwać łańcuch zakażeń i propagację patogenu. Taki w zasadzie elementarz.

Pytanie więc, dlaczego w przypadku tzw. wirusa z Wuhan właściwie niemal wszystko (w świecie, poza Chinami) przebiegało inaczej. W znacznej mierze za sprawą spóźnionych, nierzetelnych, częściowo sprzecznych zaleceń WHO.

 

Zamiast brania na klatę – akwizycja szczepionki 

Szybkie, zdecydowane, przypominające bardziej rygory stanu wojny niż procedury sanitarne działania dość autorytarnych władz chińskich (do pewnego stopnia zastosowane też w innych państwach Dalekiego Wschodu i w Australii) mocno kontrastowały z obrazem sytuacji, jaką kreśliły kolejne rozpoznania i dyrektywy WHO. Nawet uwzględniając nieuchronne błędy wczesnego okresu rozprzestrzeniania się wirusa, część niedoróbek, wynikających – jak się wydaje – z prochińskich preferencji kierownictwa tej organizacji oraz jej głównych sponsorów, mocno ułatwiła globalny pochód wirusowi SARS-CoV-2.

Ale te niemożliwe do uniknięcia błędy okresu wstępnego można by darować i puścić w niepamięć. Gdyby nie... No właśnie, problemem obostrzeń z pierwszego okresu nominalnej pandemii nie jest to, że były zbyt srogie czy nawet, że rujnowały społeczne i gospodarcze życie narodów Europy i obu Ameryk, lecz to, że okazały się skrajnie nieefektywne. Lub wręcz przeciwskuteczne. Ujmując rzecz jeszcze inaczej, wychodzi na to, że polityczno-sanitarne decyzje władz wielu państw Zachodu związane z wystąpieniem na ich terytorium choroby CoViD-19, przejawiły wyraźny brak racjonalności.

Niedobór namysłu nad realnością nowej choroby, owszem zaraźliwej, ale przecież nie tak groźnej, jak się początkowo wydawało, stał się czytelny zwłaszcza późną wiosną i latem. Zabrakło prób zmierzenia się z zagrożeniem opartych na zespołach czy think-tankach własnych epidemiologów-statystyków, wirusologów, specjalistów od chorób zakaźnych, a także pulmonologów, czyli lekarzy-praktyków, którzy lecząc pacjentów z nowej przypadłości, zdobyli sporo doświadczenia, co do przebiegu choroby, łagodzenia najgroźniejszych objawów, a zwłaszcza gaszenia infekcji jeszcze w jej wczesnym stadium.

Zabrakło też publicznej debaty nad nowym, powszechnym przecież zagrożeniem, zrezygnowano z zadawania wielu podstawowych pytań, których brak od początku rzucał się w oczy każdemu, kto choćby cokolwiek otarł się o porządne, naukowe metody konfrontowania się z tym, co nieznane. Takiej racjonalnej postawy wobec ataku nowego wirusa zabrakło właściwie we wszystkich krajach Europy, może z wyjątkiem Szwecji. Pełną parą ruszyła za to w mediach propaganda proszczepionkowa oraz godna Hitchcocka machina produkowania pośród „zamaskowanych” społeczeństw Europy i reszty świata paraliżującego wręcz poziomu lęku przed dziwnym, ale nie poddawanym racjonalnej analizie zagrożeniem.

Na Zachodzie tak zmasowana ofensywa medialna oparta na kilku, może kilkunastu hasłach-zaklęciach być może okaże się bardziej efektywna. W krajach Europy Środkowowschodniej, której narody zostały zaszczepione potężną dawką propagandy komunistycznej, nasilonej zwłaszcza za Stalina, na podobną podatność raczej liczyć nie należy. Tym bardziej że technologia ułatwia komunikację typu peer-to-peer, a tym samym rozchodzenie się także tych informacji, na które w mediach głównego nurtu nałożono embargo.

Niemal od początku do pozaestabliszmentowej opinii publicznej docierają przekazy wielu międzynarodowych specjalistów naprawdę wysokiej klasy o tym, że wirus SARS-CoV-2 jest najprawdopodobniej produktem laboratoryjnym, że nie jest wcale bardzo śmiercionośny, że przypadłości przez niego spowodowane należy i można leczyć, bo są w obiegu stosunkowo proste i tanie leki, które w porę zaaplikowane całkiem dobrze sobie z tą infekcją radzą. I że przede wszystkim nie ma najmniejszego sensu odkładać powrotu do normalności do czasu opracowania szczepionki.   

 

Polityczne strusie, uczeni dysydenci i eksperci-chorągiewki

Oczywiście po obu stronach tej medialnej barykady – irracjonalno-proszczepionkowej oraz zdroworozsądkowo-antyszczepionkowej – pojawiają się wypowiedzi przesadne, nadmiernie histeryczne, ale to normalne i zgodne z tzw. krzywą Gaussa. Może natomiast zdumiewać fakt, że uczeni z ogromnym dorobkiem i skłonni przedstawiać swe racje publicznie, w sposób umożliwiający śledzenie ich argumentacji każdemu, także laikom, są dość konsekwentnie sekowani i wypychani na aut, podczas gdy inne nawet znane nazwiska brylują w mediach głównego nurtu, strasząc covidem, mamiąc szczepionkami i dość często zresztą zmieniając swe opinie, niekiedy o 180 stopni.

O politykach właściwie szkoda wspominać: na tle dynamicznej pro-covidowej propagandy chętnie kreują się na herosów zwalczania zarazy i/lub heroldów propagandy szczepionkowej. Jednak zapewne wbrew ich intencjom oraz nadziejom więcej widać w tym odruchów stadnych („bo inni też tak postanowili”), przejawów oczywistej niekompetencji oraz – co nie powinno dziwić – zwyczajnej dla ludzi z tej branży przesadnej dbałości o wizerunek oraz zatrwożenia o wynik następnych wyborów. Postawa „po nas choćby potop” nie umarła niestety wraz z poetą Stratonem z Sardes, autorem epigramatu, w którym po raz pierwszy owa myśl została wysłowiona.

Że przesadzam? Chyba jednak nie. Jeśli nawet problem pochodzenia wirusa – raczej z laboratoriów i to niewyłącznie chińskich niż od nietoperza z prowincji Yunnan – wydawał się politykom (z wyjątkiem Donalda Trumpa!) zbyt drażliwy, to już w żadnym razie nie da się wytłumaczyć rezygnacji z prób ustalenia przypadku numer jeden. A tego nie zrobiono ani w Chinach Ludowych, ani we Włoszech czy Francji. Tym razem WHO zupełnie na tę ponoć niezbędną procedurę nie naciskała, natomiast opinię publiczną karmiono bajeczkami o mokrych targowiskach, łuskowcach i zupie z nietoperza.

Skąd to dziwne, niegodne postawy naukowej zaniechanie? Czy obawiano się, że ustalenie pierwszego pacjenta może wskazać drogę do producentów patogenu? Czy po prostu nie było pacjenta numer jeden, bo pierwszy kontakt nowego wirusa z ludźmi miał miejsce podczas imprezy masowej? Zarówno we Francji, jak i we Włoszech pacjenci z nietypowym zapaleniem płuc tego rodzaju, z jakim zetknięto się później przy ciężkich przypadkach CoViD-19, pojawili się na już przełomie listopada i grudnia minionego roku. Przypadłości te wykryto u osób, które miały kontakt z uczestnikami, ewentualnie same brały udział w międzynarodowych igrzyskach wojskowych, rozegranych w drugiej dekadzie października 2019, akurat w Wuhan... 

 

Zamiast krajowych badań generowanie lęku

Skoro jednak nie badamy pochodzenia wirusa, ani jego drogi do pierwszego zakażonego, to może byłoby warto realnie ustalić stopień rozprzestrzenienia się nowego patogenu wśród ludzi i rzetelnie określić związany z nim stopień zagrożenia. Jak to zrobić? Dość prosto: skoro na podstawie reprezentatywnej próbki rzędu 1000 do 1200 osób, jesteśmy w stanie dzięki badaniom typu exit poll określić stopień rozkładu decyzji wyborczych ponad dwudziestu milionów głosujących, to nie powinno być problemu z określeniem zasięgu wirusa wśród całej liczącej 38,5 miliona populacji.

Wystarczy przeprowadzić 2,5 tysiąca badań – ale wiarygodnych, na obecność przeciwciał, a nie tych powszechnie stosowanych testów RT PCR –  na reprezentatywnej próbie Polaków i już będziemy wiedzieli, jaki odsetek populacji miał faktycznie kontakt z wirusem. I dopiero wtedy będzie można określić, jaka jest faktyczna śmiercionośność wirusa SARS-CoV-2. Bo przecież to, czym mejnstrimowe media dzisiaj karmią opinię publiczną, urąga elementarnej wiedzy z zakresu rachunku prawdopodobieństwa czy statystyki.

 

Zaraźliwość nowego patogenu i pozyskana już wiedza o nosicielstwie bezobjawowym, o licznych zakażeniach skąpoobjawowych (stany podgorączkowe, katar, pokasływanie, utrata węchu) i o przypadkach ciężkich, z zespołem ostrej niewydolności oddechowej – pozwala na sformułowanie hipotezy roboczej, że choroba CoViD-19 nie zasługuje na tak wielkie halo, jakie jej globalnie zafundowano. I tu zaczynają się prawdziwe schody: dla społeczeństw, którym zrujnowano życie w dotychczasowym kształcie oraz dla polityków, którzy mają za zadanie wzbudzić w swym elektoracie przemożną motywację do masowego poddania się szczepieniu czymś, co w tak krótkim czasie nie miało jeszcze prawa powstać.

W dodatku, mowa o szczepieniu preparatem nowego typu, opartym na całkiem odmiennej zasadzie działania, na którego testowanie nie było przecież dość czasu, bo pandemię CoViD-19 ogłoszono zaledwie 10 miesięcy temu. A tęgie głowy z WHO i okolic jeszcze pół roku temu mówiły o dwóch-trzech latach potrzebnych na wyprodukowanie skutecznej oraz bezpiecznej szczepionki. Trudno się więc dziwić, że co przytomniejsze osoby wzdragają się na samą myśl, iż wymaga się od nich podjęcia tak wielkiego ryzyka. Chyba że... – ale to hipoteza bardzo niepoprawna! – superszczepionka powstała już parę lat temu, jako produkt uboczny przy fabrykowaniu dość misternego wirusa.

 

Lepiej tanio leczyć niż drogo szczepić

W tej sytuacji może lepiej jednak leczyć niż szczepić. Bo przecież jest czym. Są dobrze znane i wypróbowane leki, ale i na bieżąco lekarze-praktycy oraz lekarze-klinicyści w wielu krajach poszukują skutecznej terapii na dolegliwości spowodowane którymś z kolei wirusem odzwierzęcym, który tak jakoś nagle: hop... przeskoczył na człowieka. Tyle że lekarze, którzy chcą i potrafią leczyć z covidu, nie mają lekko, bo WHO pod Tedrosem Ghebreyesusem również czynnie włączyła się w akwizycję dumnych produktów Big Pharmy, eliminując skutecznie działające leki tradycyjne z tzw. schematu leczenia tej choroby.  

Wyrazistym przykładem pozostaje też Anthony S. Fauci, dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych (NIAID), który korzystając z zajmowanej od lat pozycji, skutecznie blokuje w USA leczenie chlorochiną i hydroksychlorochiną. Na naszym polskim podwórku odpowiednikiem postawy Fauciego, działającego niczym akwizytor wielkich koncernów farmaceutycznych, wydaje się konsekwentne ignorowanie terapii chlorowodorkiem amantadyny.

Przemyski pulmonolog dr Włodzimierz Bodnar od marca próbuje zainteresować właściwych decydentów państwowych i resortowych skutecznością taniego leku, który od trzech dekad stosował, lecząc grypę, a ostatnio z dobrymi rezultatami wypróbował przy zwalczaniu wirusa SARS-CoV-2. Ale po co wydobywać pacjentów z choroby specyfikiem za 20 złotych, skoro władze mają już ogromne środki finansowe na nieprzetestowane szczepionki nowego typu?

 

 

Waldemar Żyszkiewicz                                                   

(29 listopada 2020)

 

pierwodruk: Obywatelska. Gazeta im. Kornela Morawieckiego nr 233, 4 – 17 grudnia 2020



 

Polecane