REKLAMA

[Z Niemiec dla Tysol.pl] Wojciech Osiński: Przypadek Marka Ruttego, czyli holenderski bełkot o "praworządności"

Dwa dni temu w brukselskich kuluarach kamery wychwyciły premiera Holandii Marka Ruttego, pouczającego polskich polityków o demokracji. Tyle że polityk VVD nie potrafi zapanować nad problemami we własnym kraju – przekonuje także tygodnik „Der Spiegel”.
Mark Rutte [Z Niemiec dla Tysol.pl] Wojciech Osiński: Przypadek Marka Ruttego, czyli holenderski bełkot o
Mark Rutte / EPA/OLIVIER HOSLET / POOL Dostawca: PAP/EPA

„Ser, kokaina i mordercy” - to okładkowy temat aktualnego numeru niemieckiego tygodnika „Der Spiegel” o Holandii. Trzeba przyznać, że niemieccy reporterzy narysowali mało chwalebny obraz swoich sąsiadów.

Wśród wielu Holendrów publikacja wywołała oburzenie i skłoniła do wyliczania Niemcom ich własnych błędów. Niektórzy przyjechali nawet do redakcji w Hamburgu z wykazaniem przeinaczeń, rzekomo zawartych w reportażu.

Na okładce tygodnika widzimy młodą dziewczynę na tle tulipanów, ubraną w niderlandzki strój ludowy. Holenderską idyllę zakłócają pewne wymowne szczegóły. Nastolatka trzyma w jednej ręce podziurawiony kulami ser z ukrytymi workami z kokainą, a w drugiej kałasznikowa. Jednocześnie pali skręta z marihuaną.

Holandia stała się narkotykowym supermarketem Europy

– utrzymuje w „Spieglu” Frank Buckenhofer, szef niemieckiej policji celnej.

Jego zdaniem Niderlandy nie radzą sobie z mafią narkotykową, a jednym z powodów jest zbyt tolerancyjne podejście premiera Marka Ruttego do przestępczości zorganizowanej.

To jest kraj, który pod szyldem liberalizmu wpadł w szpony narkomafii z powodu swojej naiwnej polityki, a prokuratorzy i dziennikarze muszą dziś sprawdzać, czy pod ich samochodami nie ma ukrytej bomby

– tłumaczy.

Tygodnik „Der Spiegel” wspomina o lipcowym zabójstwie Petera R. de Vriesa, który prawdopodobnie został zamordowany na zlecenie Marokańczyka Ridouana Taghiego, szefa holenderskiej mafii narkotykowej. Toteż niektórzy Holendrzy twierdzą, że kreślony przez Niemców obraz Holandii nie rozmija się z rzeczywistością.

Smutny, ale w większości prawdziwy obraz. Wzrost przestępczości zorganizowanej był przez nas długo lekceważony. Podejście rządu do miękkich narkotyków jest od wielu lat zbyt tolerancyjne. Próby zmiany podejścia do tego tematu, które udały się np. we Francji czy Szwecji, nie powiodły się w Niderlandach.

– ocenia redaktor naczelny holenderskiego dziennika „De Telegraaf” Paul Jansen.

Roberto Saviano, włoski dziennikarz i autor beststellerów o przestępczości gospodarczej, nazwał Holandię „przystanią dla handlu narkotykami oraz prania brudnych pieniędzy, działającą pod zasłoną obłudnego samozadowolenia i politycznej poprawności”. Materiał tygodnika „Der Spiegel” opiera się zresztą na ustaleniach holenderskich dziennikarzy śledczych jak Jan Tromp, którzy sami bezlitośnie obnażyli struktury mafijne w swoim kraju.

Holandia jest europejskim i światowym centrum produkcji i handlu narkotykami. Jak to możliwe, że w tak doskonale zorganizowanym państwie narkoprzestępczość osiągnęła taką skalę?

– pyta Tromp w swojej książce „Narkopaństwo”.

Pieter Tops, profesor Holenderskiej Akademii Policyjnej, który od wielu lat prowadzi badania nad światem przestępczym w Amsterdamie, w jednym z ostatnio udzielonych wywiadów wspomniał, że w Holandii zdolni studenci chemii masowo otrzymują propozycje pracy w nielegalnych laboratoriach.

Holenderskie gangi pojawiają się nawet w szkołach średnich, kusząc nastolatków, żeby za 500 euro przerzucili paczkę z narkotykami z miasta do miasta. Dla dorosłego taka suma nie jest specjalnie atrakcyjna, lecz dla dziecka – owszem

– pisze Tops, dodając, że narkotykowe podziemie ze wszystkimi jego konsekwencjami – przemocą, handlem ludźmi, korupcją i praniem brudnych pieniędzy – jest zgoła niewidoczne dla większości holenderskiego społeczeństwa. Dlatego zabójstwo Petera de Vriesa musiało przyprawić wielu jego rodaków o szok i zagubienie.

Jan Tromp z kolei zaznacza, że atrakcyjność jego kraju dla przestępców wynika paradoksalnie z szeregu czynników, z których Holendrzy są właściwie dumni.

Holenderskie porty morskie są dla narkobiznesu bramą do Europy. Doskonała infrastruktura drogowa oraz łagodny system karny są pokusami dla delikwentów z całego świata

– czytamy.

Porażki w walce z narkobiznesem to nie jedyny kłopot premiera Marka Ruttego, który w dyskusji o Polsce zastępuje racjonalne argumenty patetycznym moralizowaniem. Na początku roku w jego rządzie zarysowały się ostre podziały, skutkujące rozłamem. Rutte musiał się podać do dymisji w wyniku „bezprecedensowego naruszenia zasad praworządności”. Większości w parlamencie nie zdołał zbudować do dziś.

Co nieco kuriozalne, Mark Rutte cieszy się wśród swoich rodaków mimo wszystko nadal sporą popularnością. W holenderskich mediach jest raczej przedstawiany jako polityk, który tylko rzadko wznosi buńczuczne hasła. W tym kontekście trzeba też wspomnieć o jego daleko posuniętej skromności: do dziś się nie ożenił, nie posiada smartfona i mieszka w trzypokojowym mieszkaniu, a do swojego oszczędnie urządzonego biura w kancelarii dojeżdża wiekowym Saabem. Po swoich spotkaniach w Brukseli, miast wsiąść do służbowej limuzyny, wraca do hotelu na rowerze. Witając się z dziennikarzami, zwykł mówić: „jestem Mark”. Wczasy spędza zaś z matką i siostrą. Przekonanie, że z działalności politycznej nie można czerpać materialnych zysków, tak jak i jego niechęć do wystawności, nie są raczej wizerunkową kreacją.

Rutte nie jest znany z obnoszenia się blichtrem władzy, a jednak mimo swojego bezpretensjonalnego stylu ten wykształcony pianista gra w holenderskiej polityce od lat pierwsze skrzypce. Holenderski premier zmaga się obecnie z wieloma problemami, ale w przeszłości zdołał skleić trzy całkowicie różne i czasem dość egzotyczne koalicje rządowe z udziałem jego VVD.

To, że udało mu się tak długo utrzymać swoje rządy w kraju pełnym partykularyzmów i pozbawionym tradycji zawierania stabilnych sojuszy, można śmiało uznać za sukces. Ta polityczna giętkość nie pasuje jednak do roli „brukselskiego moralizatora”, którą przypisują mu zagraniczne media. Nieustępliwość Ruttego w sprawie Polski i Węgier jest na pewno też paliwem zbieranym na odpalenie kilku efektownych rac na własnym politycznym podwórku.

U siebie Rutte nie ściągnął na siebie niechęci niespełnieniem obietnic. Ponad 60 procent Holendrów docenia jego „prężenie mięśni” na brukselskim parkiecie. Z holenderskiego punktu widzenia strategia ta nie jest pozbawiona logiki. Przywódca bogatego kraju, który ustępuje na arenie międzynarodowej rzekomo słabszym państwom, naraża się u siebie na ryzyko porażki wyborczej. Tak więc Rutte, znany raczej z chłodnej i dyplomatycznej oceny zastanej sytuacji, będzie się dalej starał o utrzymanie równowagi między dbałością o interesy Holandii a obłudną troską o praworządność.

Jego nieustępliwość jest dobrze przemyślanym zabiegiem, rozłożonym na kilka etapów i przewidującym pewien podział ról w jego otoczeniu. Znacznie większą falę niechęci ściąga na siebie bowiem holenderski minister finansów Wopke Hoekstra z chadeckiej CDA, którego oficjalnie nie stać na żadne „programowe odstępstwa”. To jemu zwykle przypada funkcja „negatywnego bohatera” szczytów w Brukseli, podczas gdy Rutte jawi się jako osoba dążąca do porozumienia, której zależy na wypracowaniu dla Holandii jak najkorzystniejszych warunków.

Mimo rozłamu w rządzie holenderski premier dalej konsumuje frukta swojego politycznego pragmatyzmu i „opanowanej nieugiętości”, choć wśród niektórych przywódców państw członkowskich UE jego zachowanie budzi też zdumienie. W końcu nawet Viktorowi Orbánowi wyrwało się, jakoby Rutte aprobował „bezład we własnym kraju”.

Postawa Holandii, pouczającej inne państwa o praworządności, jest w istocie kuriozalna. Kraj ten od długiego czasu czerpie ogromne zyski z półlegalnych

procederów, przez które słabsze państwa członkowskie tracą corocznie miliardy euro przynależnego im dochodu z podatku CIT.  Niektóre państwa wprowadzają co prawda niskie obciążenia fiskalne, choć daleko im do naśladowania wzorców stosowanych w Holandii, która wręcz zachęca zagraniczne firmy do transferowania do siebie ich zysków. Przykładowo korporacja, która odnotowuje swoje dochody w Polsce, powinna je właściwie opodatkować nad Wisłą, lecz dzięki specyficznym regulacjom możeto uczynić w Niderlandach.

W ostatnich latach łamy niemieckich mediów zapełniły się artykułami, których autorzy zdobyli się na trud wytłumaczenia, w jaki sposób potężne amerykańskie korporacje (ale też szwedzki gigant IKEA) uniknęły opodatkowania swoich zysków. Najczęstszym wehikułem mają być tzw. spółki specjalnego przeznaczenia (SSP), które nie mają znaczącej fizycznej obecności w Holandii (w Niemczech używa się określenia „Briefkastenfirma”, czyli firma sprowadzająca się formalnie tylko do posiadania adresu „skrzynki pocztowej”), choć pełnią niezwykle istotną funkcję w całej grupie kapitałowej. Bo to przez nią przepuszczane są wszystkie przepływy finansowe. Często takie małe biuro w Amsterdamie czy Rotterdamie jest też oficjalnym właścicielem wszystkich aktywów niematerialnych danej firmy. W ten sposób do SSP ściągany jest kapitał z innych państw w celu uniknięcia podatków. Na tym jednak nie koniec. Holandia służy też zagranicznym firmom jako tzw. „państwo przesiadkowe”.

Kapitał ma trafiać do holenderskiego biura, po czym jest przelewany do „tradycyjnych” rajów podatkowych jak Wyspy Dziewicze czy Bermudy. Firmy nie robią tego bezpośrednio z Polski czy Francji, jako że administracja skarbowa w pozostałych państwach jest bardzo wyczulona na takie kierunki przelewów. Co innego przepływy wewnątrz Unii, gdzie jedną z zasad jest swoboda kapitału. Natomiast Holandii już nie przeszkadzają transfery do zamorskich rajów podatkowych.

Według ustaleń gazety „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Niderlandy są największym państwem przesiadkowym dla międzynarodowego kapitału na całym świecie. Ostatnio mówi się wiele o wyssanych z palca „przytłaczających dowodach” naruszeń w zakresie polskiego sądownictwa i praworządności, skrzętnie pomijając faktyczne niedociągnięcia systemów podatkowych, dzięki którym bogatsze państwa UE żerują na uboższych. Sęk w tym, że systemy podatkowe pozostają lokalne, podczas gdy korporacje stają się coraz bardziej globalne, a zatem też coraz trudniej im się oprzeć pokusie przerzucania kapitału między różnymi jurysdykcjami skarbowymi i wyciągania z tego korzyści.

Czy hiszpańscy lub belgijscy „socjaldemokraci” w Strasburgu, którzy w politycznej kuchni posługują się kłamstwami równie rutynowo jak normalną solą, podniosą „tolerancję” rządzących w Hadze do rangi „zagrożenia dla demokracji”?


Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura