[Tylko u nas] Aleksandra Jakubiak OV: Cztery twarze ubóstwa

„Rzeka ubóstwa płynie przez nasze miasta i staje się coraz większa, aż występuje z brzegów. Ta rzeka wydaje się nas przytłaczać, tak bardzo, że wołanie naszych braci i sióstr, którzy proszą o pomoc, wsparcie i solidarność staje się coraz głośniejsze (…)„Nie odwracaj twarzy od żadnego biedaka”. Krótko mówiąc, kiedy stajemy przed ubogim, nie możemy odwracać wzroku, ponieważ uniemożliwilibyśmy sobie samym spotkanie z obliczem Pana Jezusa”, pisze papież Franciszek w Orędziu na VII Światowy Dzień Ubogich
zdjęcie poglądowe
zdjęcie poglądowe / pixabay.com/calinconstantinescu02

 

Papież zauważa, że bieda to nie liczby, ale twarze. Każdy ubogi to konkretna historia, to spojrzenie. O dostrzeżenie tych twarzy apeluje Franciszek. To bardzo ważny apel, o potrzebie ujrzenia człowieka w człowieku powiedziano dziś zapewne niejedno. Jednak nie o tych twarzach chciałam dziś mówić, ale bardziej o twarzach jako obliczach biedy, z którą spotykamy się w naszej codzienności.

Twarz pierwsza

Powiedzmy sobie szczerze, nie ma biedy łatwej. Każdy brak boli, szczególnie brak, na który jesteśmy w jakimś sensie skazani. Ten niedostatek możliwości manewru stawia nas zawsze w zderzeniu z wewnętrzną wizją tego, jak powinno być. Na tym tle pierwsza z odsłon biedy, z którą mamy do czynienia, wydaje się być najłatwiejszą. To bieda w sensie literalnym, brak środków na zaposcojenie podstawowych życiowych potrzeb, są to zwykle biedni spoza kręgu naszego bliskiego kręgu, wszyscy potrzebujący ubodzy, chorzy, prześladowani, do których wychodzimy z pomocą, ale po spotkaniu których wracamy do domu, do własnych okoliczności życia. Nie mówię, że spotkania takie nie kosztują czy nie zostawiają nas zmienionymi, ale poza przypadkami osób szczególnie powołanych do życia wśród najbiedniejszych, jest to bieda, która może nas poruszać - i oby poruszała - ale która nie przedefiniowuje naszych bezpiecznych schronień. 

Czasami, jako społeczeństwo, ustawiamy nasze granice wobec biednych tak ekstremalnie wysoko, że przybiera to wręcz karykaturalną postać. Pamiętam taką sytuację, gdy sporo lat temu wracałam do domu w piękną słoneczną sobotę. Mieszkałam wtedy w ścisłym centrum dużego miasta. Na ulicy było mrowie ludzi siedzących w ogródkach barów i restauracji, spacerujących, robiących zakupy, zwiedzających i w tym tłumie na ławce siedział starszy człowiek, który krzyczał do wszystkich sytych - wielu z nich jadło właśnie posiłki - że jest straszliwie głodny, żeby ktoś mu pomógł. Stanęłam pod wpływem tego, najpierw umiarkowanego, później głośnego krzyku i nie mogłam się poruszyć. Życie wokół toczyło się jak gdyby nigdy nic, nikomu choćby zmarszczka nie przemknęła po twarzy. Sielankowy obraz trwał. Gdyby ktoś wtedy zrobił zdjęcie lub namalował obraz tej sceny, to mógłby się on nazywać idylliczną sobotą. Z tym że to nie był obraz, ani zdjęcie - ta scena miała także dramatyczny wręcz efekt audio. A ja stałam, jakby mnie wmurowało i nie miałam siły ruszyć się z miejsca, bariera ustawiona przez społeczność wobec tego bezdomnego, bardzo zniszczonego człowieka była tak silna, że nie miałam siły jej złamać, czułam to wręcz fizycznie, jak jakąś magnetyczną ścianę. Są takie razy, kiedy takiej granicy nie umiem przekroczyć - ze strachu, wstydu etc. Wtedy akurat po minutach zmagań mi się to udało. I żeby nie było wątpliwości, wcale nie uważam, że zgromadzeni tam ludzie byli źli, gorsi czy lepsi ode mnie, ani że ów wołający był od nich lepszy - to nie taka płaszczyzna porównań. Za reakcjami ludzi z ulicy i moimi własnymi stoi wiele złych doświadczeń, przekonań, lęków. Często samej mi się nie udaje ich przekroczyć. Miejsce, w którym wydarzyła się tamta sytuacja jest takim odcinkiem miasta, gdzie przewijają się codziennie duże ilości proszących o pomoc, głównie narkomanów, zawsze powstaje pytanie, czy dając pieniądze nie finansuję nałogu etc., ale jednak ten krzyk o pomoc nie mącący spojrzeń setek ludzi będzie mi dźwięczał w uszach. I pytam siebie, co jest w takiej sytuacji trudniejsze: głód czy milcząca informacja - nie jesteś jednym z nas. A uznać w tym drugim człowieka możesz zawsze, nawet gdy nie masz środków finansowych albo rozeznajesz, że w danym przypadku nie powinieneś dawać pieniędzy.

Mimo wszystko, nawet kiedy potrafisz dostrzec twarz wołającego o pomoc, to po tym spotkaniu wracasz do ciepłego domu. Nawet gdy tej pomocy udzielasz cyklicznie, gdy przeżywasz trudne sytuacje życiowe spotykanych osób, to potem wracasz do ciepłego domu. Nawet gdy zajmujesz się pomocą zawodowo, to i tak później wracasz do ciepłego domu. Nie mówię, że to źle - chodzi mi tylko o to, że ta twarz biedy, pod tym kątem patrząc, jest łatwiejsza w przeżywaniu niż pozostałe.

Twarz druga

Na ogół znacznie trudniejsza jest bieda, od której trudniej się odseparować - biedni z naszego otoczenia, czasem bardzo bliskiego. Złośliwa starsza ciocia lub wujek, którzy nie mają nikogo innego, rodzic z demencją, przyjaciele w tarapatach, chorzy, trudne osoby w rodzinie lub bliskim sąsiedztwie albo w pracy. To tylko mały ułamek sytuacji, których możemy doświadczać. Niektórych szczerze kochamy, za innych czujemy się odpowiedzialni lub po prostu chcemy im życzyć dobrze. Łączy ich jedno - odczytujemy w sumieniu, gdzieś w centrum naszej jaźni, że są to osoby jakoś nam zadane. I one czasem wytrącają nas z naszych bezpiecznych przystani, azylów psychicznych. Oczywiście nie namawiam do tego, by nie być asertywnym i dawać sobie wszystkim na około wchodzić na głowę, ale wcześniej czy później zawsze spotykamy tych, co do których jesteśmy pewni, że to w ich twarzach patrzy na nas Chrystus.

Ta odpowiedzialność może budzić liczne frustracje, trudy, na które nie czujemy się gotowi i którymi czasem nie umiemy podołać - może być tak, że na jeden udany akt miłości czy przyjaźni przypadają w sercu lub działaniu dwa nieudane. Spotkanie z taką biedą, biedą nieoczywistą, często niematerialną, to dopiero kuźnia charakteru, którą czasem - nie ma się co oszukiwać - przegrywamy. I do której wciąż na nowo staramy się powstawać.

Takiej biedy często nie da się nie słyszeć, przed takim ubóstwem, równie często, nie ma powrotu do ciepłego domu.

Twarz trzecia

Kolejna odsłona nędzy to rodzaj biedy dla królestwa niebieskiego - ale nie chodzi mi o ubóstwo wybrane w wolności w ramach rad ewangelicznych - chodzi mi o najsłabszych z punktu widzenia królestwa. Ci najsłabsi to nie osoby najsłabsze po ludzku - tych Jezus często nazywa błogosławionymi - cichymi, prześladowanymi, prostymi, smucącymi się, doznającymi niesprawiedliwości - oni dla nieba często są tymi szczęśliwymi. Najsłabsi to ci wybierający obiektywne zło, zaślepieni, odrzucający istotne wartości. O jakże trudno nam ich kochać. A jednak w pewnym sensie to oni są tymi krzyczącymi z głodu. Nie będę wymieniać przykładów, każdy z nas pewnie widzi przed oczami konkretne oblicza tej biedy, które go naprawdę denerwują, których działania i poglądy uważa za zagrożenie dla społeczeństwa lub nawet cywilizacji.

Warto zapytać siebie, czy zgadzam się w towarzystwie tych ludzi wkroczyć do nieba, mało tego, czy jestem gotów o to Boga prosić. Czy chcę zaspokajać głód, który w sobie noszą, czy chcę być ich bliźnim?

Twarz czwarta

Czwarte spotkanie z biednym może być najtrudniejsze. To spotkanie ze sobą - własną nędzą moralną, własnymi błędami z przeszłości, własnym niedorastaniem do wyobrażeń, własnymi porażkami, własnymi grzechami, własną przegraną. Czy potrafię w tym człowieku, którego oglądam w lustrze dostrzec bliźniego, potrzebującego, o którego chcę się zatroszczyć, któremu zamiast codziennych smagań bicza krytyki, chcę dla odmiany okazać miłosierdzie?

W tym miejscu najlepiej byłoby odłożyć na chwilę dalszą lekturę i posiedzieć ze sobą, spojrzeć na siebie, jak na ubogiego w gronie innych ubogich. Jak na kogoś, kto bezgranicznie potrzebuje twojej akceptacji i opieki. Dostrzec własną twarz, która może być zupełnie inna niż to, co prezentujemy na codzień nie tylko światu, ale także i sobie.

Przyjęcie

To, co łączy wszystkich ubogich, o których pisałam, to ten bufor wolności, który każdy z nas otrzymał w darze, dzięki któremu możemy z rzeczywistością walczyć lub ją zaakceptować, w sensie przyjąć jej stan do wiadomości. To nie znaczy nie chcieć czy nie pracować nad poprawą sytuacji, tylko to, by przyjąć realia i okoliczności i zgodzić się na nie: na to, że świat często nie jest po naszej myśli; że istnieje cierpienie, którego nie umiemy wytłumaczyć, ale któremu zaprzeczając tylko je potęgujemy: tego, że bycie człowiekiem to także doświadczenie braku i bólu i że właśnie w nich często doświadczamy królestwa niebieskiego w postaci wyciągniętej ręki drugiego - uciekając od nich pozbawiamy się tego doświadczenia. To nie żadna apoteoza cierpiętnictwa, to po prostu reakcja na cierpienie, które i tak nas dotyka. Którego sobie nie wybieramy i nie wymyślamy.

W tym wszystkim mamy szansę stawać się karmiącymi, zaspokajającymi różne rodzaje głodu, także swoje własne, jeśli chcemy godzić się na świat i przyjmować zaspokojenie w kontakcie z Bogiem i poprzez uczenie się jego logiki, bo tylko On ma w sobie moc i umiejętność napełniania nas duchem i sensem. W tej współpracy z Nim nie ma przegranych, a im więcej mam i im mniej mój własny głód krzyczy, tym łatwiej i skuteczniej pomogę innym. Nie będę oszukiwać, że to droga łatwa i prosta, to raczej kamienista ścieżka pod górę, na której wiele razy będziemy się potykać i upadać, ale ma jeden zasadniczy plus - to droga wiodąca we właściwym kierunku.

 

 


 

POLECANE
Zima sparaliżowała kolej. 180 osób utknęło w pociągu z ostatniej chwili
Zima sparaliżowała kolej. 180 osób utknęło w pociągu

Problemy na kolei w województwie warmińsko-mazurskim. Kilometr przed stacją Sterławki zepsuła się lokomotywa pociągu „Biebrza”, jadącego z Białegostoku do Gdyni Głównej. Z powodu wysokiego śniegu pociąg zatrzymał się w miejscu, z którego pasażerowie nie mogą bezpiecznie opuścić wagonów.

Przełom w astronomii. Nowy typ planet naprawdę istnieje Wiadomości
Przełom w astronomii. Nowy typ planet naprawdę istnieje

Międzynarodowy zespół astronomów, w tym - z Polski, odkrył tzw. planetę swobodną i wyznaczył jej dokładną masę, dostarczając ostatecznego dowodu, że takie obiekty faktycznie istnieją. O „przełomowym pomiarze” w dziedzinie badania planet pozasłonecznych poinformowało „Science”.

Nie żyje najcięższy człowiek świata Wiadomości
Nie żyje najcięższy człowiek świata

Juan Pedro Franco, znany na całym świecie jako najcięższy człowiek świata, zmarł w Wigilię 24 grudnia 2025 roku. Miał 41 lat. Meksykanin odszedł w szpitalu w Aguascalientes w wyniku powikłań związanych z infekcją nerek.

Pies na zamarzniętej rzece. Strażacy użyli drona Wiadomości
Pies na zamarzniętej rzece. Strażacy użyli drona

Nietypowa interwencja służb miała miejsce w Nowy Rok na Mazowszu. W środę po południu strażacy zostali wezwani do zgłoszenia dotyczącego psa, który znajdował się na tafli lodowej rzeki Bug w rejonie miejscowości Kuligów w powiecie wołomińskim. W działaniach brały udział zastępy OSP RW Ślężany, OSP Kołaków oraz dron ratowniczy.

Pogoda na najbliższe dni. IMGW wydał komunikat Wiadomości
Pogoda na najbliższe dni. IMGW wydał komunikat

Najbliższe dni przyniosą w Polsce typowo zimową aurę, choć bez tak silnych opadów śniegu jak ostatnio. Przez chwilę do kraju napłynie nieco cieplejsze powietrze, jednak już w weekend i na początku przyszłego tygodnia temperatury ponownie spadną, także w ciągu dnia.

Eksplozja w kurorcie w Szwajcarii. Podano nowe ustalenia Wiadomości
Eksplozja w kurorcie w Szwajcarii. Podano nowe ustalenia

Większość osób rannych wskutek pożaru w Crans-Montana w Szwajcarii ma od 16 do 26 lat - podała w czwartek stacja BBC, powołując się na władze jednego ze szwajcarskich szpitali.

Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: kilka miesięcy temu odebrałem polskie obywatelstwo tylko u nas
Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: kilka miesięcy temu odebrałem polskie obywatelstwo

- Polski deep state, jeśli ma kiedykolwiek powstać, nie może być partyjny ani represyjny. Musi być oparty na jasnej racji stanu, na własnych punktach odniesienia cywilizacyjnych i na lojalności wobec państwa jako dobra wspólnego, a nie wobec ideologii czy obcych struktur. Bez tego Polska zawsze będzie polem gry cudzych deep states - mówi w rozmowie z Cezarym Krysztopą świetnie wykształcony i biegły z zakresie zbiorowej psychologii własnego narodu, jednak proszący o zachowanie anonimowości Niemiec. Ciąg dalszy nastapi.

Samuel Pereira: Na Nowy Rok tylko u nas
Samuel Pereira: Na Nowy Rok

Końcówka roku ma tę dziwną właściwość, że rzeczywistość lubi dopisać własny, ironiczny scenariusz. Gdy premier zapewnia, że „pokój na Ukrainie jest możliwy”, choć sam nie uczestniczył w kluczowych rozmowach i bazuje na relacjach pośredników, w kraju trwa kolejny pokaz chaosu i improwizacji.

Coraz więcej migrantów przeprawia się przez kanał La Manche z ostatniej chwili
Coraz więcej migrantów przeprawia się przez kanał La Manche

Według statystyk brytyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych (Home Office) 41 472 migrantów pokonało w 2025 roku nielegalnie kanał La Manche na łodziach i pontonach, docierając do Anglii. To o 13 proc. więcej w porównaniu z rokiem 2024 i o 41 proc. więcej niż w 2023 roku.

Wyrwa w wale na rzece Elbląg. Woda wylewa się na pola, służby w akcji z ostatniej chwili
Wyrwa w wale na rzece Elbląg. Woda wylewa się na pola, służby w akcji

We wsi Komorowo Żuławskie pod Elblągiem doszło do uszkodzenia wału przeciwpowodziowego na rzece Elbląg. Woda wylewa się na pobliskie pola, a na miejscu pracują strażacy, którzy zabezpieczają wyrwę i monitorują sytuację hydrologiczną po ostatnich dniach cofki.

REKLAMA

[Tylko u nas] Aleksandra Jakubiak OV: Cztery twarze ubóstwa

„Rzeka ubóstwa płynie przez nasze miasta i staje się coraz większa, aż występuje z brzegów. Ta rzeka wydaje się nas przytłaczać, tak bardzo, że wołanie naszych braci i sióstr, którzy proszą o pomoc, wsparcie i solidarność staje się coraz głośniejsze (…)„Nie odwracaj twarzy od żadnego biedaka”. Krótko mówiąc, kiedy stajemy przed ubogim, nie możemy odwracać wzroku, ponieważ uniemożliwilibyśmy sobie samym spotkanie z obliczem Pana Jezusa”, pisze papież Franciszek w Orędziu na VII Światowy Dzień Ubogich
zdjęcie poglądowe
zdjęcie poglądowe / pixabay.com/calinconstantinescu02

 

Papież zauważa, że bieda to nie liczby, ale twarze. Każdy ubogi to konkretna historia, to spojrzenie. O dostrzeżenie tych twarzy apeluje Franciszek. To bardzo ważny apel, o potrzebie ujrzenia człowieka w człowieku powiedziano dziś zapewne niejedno. Jednak nie o tych twarzach chciałam dziś mówić, ale bardziej o twarzach jako obliczach biedy, z którą spotykamy się w naszej codzienności.

Twarz pierwsza

Powiedzmy sobie szczerze, nie ma biedy łatwej. Każdy brak boli, szczególnie brak, na który jesteśmy w jakimś sensie skazani. Ten niedostatek możliwości manewru stawia nas zawsze w zderzeniu z wewnętrzną wizją tego, jak powinno być. Na tym tle pierwsza z odsłon biedy, z którą mamy do czynienia, wydaje się być najłatwiejszą. To bieda w sensie literalnym, brak środków na zaposcojenie podstawowych życiowych potrzeb, są to zwykle biedni spoza kręgu naszego bliskiego kręgu, wszyscy potrzebujący ubodzy, chorzy, prześladowani, do których wychodzimy z pomocą, ale po spotkaniu których wracamy do domu, do własnych okoliczności życia. Nie mówię, że spotkania takie nie kosztują czy nie zostawiają nas zmienionymi, ale poza przypadkami osób szczególnie powołanych do życia wśród najbiedniejszych, jest to bieda, która może nas poruszać - i oby poruszała - ale która nie przedefiniowuje naszych bezpiecznych schronień. 

Czasami, jako społeczeństwo, ustawiamy nasze granice wobec biednych tak ekstremalnie wysoko, że przybiera to wręcz karykaturalną postać. Pamiętam taką sytuację, gdy sporo lat temu wracałam do domu w piękną słoneczną sobotę. Mieszkałam wtedy w ścisłym centrum dużego miasta. Na ulicy było mrowie ludzi siedzących w ogródkach barów i restauracji, spacerujących, robiących zakupy, zwiedzających i w tym tłumie na ławce siedział starszy człowiek, który krzyczał do wszystkich sytych - wielu z nich jadło właśnie posiłki - że jest straszliwie głodny, żeby ktoś mu pomógł. Stanęłam pod wpływem tego, najpierw umiarkowanego, później głośnego krzyku i nie mogłam się poruszyć. Życie wokół toczyło się jak gdyby nigdy nic, nikomu choćby zmarszczka nie przemknęła po twarzy. Sielankowy obraz trwał. Gdyby ktoś wtedy zrobił zdjęcie lub namalował obraz tej sceny, to mógłby się on nazywać idylliczną sobotą. Z tym że to nie był obraz, ani zdjęcie - ta scena miała także dramatyczny wręcz efekt audio. A ja stałam, jakby mnie wmurowało i nie miałam siły ruszyć się z miejsca, bariera ustawiona przez społeczność wobec tego bezdomnego, bardzo zniszczonego człowieka była tak silna, że nie miałam siły jej złamać, czułam to wręcz fizycznie, jak jakąś magnetyczną ścianę. Są takie razy, kiedy takiej granicy nie umiem przekroczyć - ze strachu, wstydu etc. Wtedy akurat po minutach zmagań mi się to udało. I żeby nie było wątpliwości, wcale nie uważam, że zgromadzeni tam ludzie byli źli, gorsi czy lepsi ode mnie, ani że ów wołający był od nich lepszy - to nie taka płaszczyzna porównań. Za reakcjami ludzi z ulicy i moimi własnymi stoi wiele złych doświadczeń, przekonań, lęków. Często samej mi się nie udaje ich przekroczyć. Miejsce, w którym wydarzyła się tamta sytuacja jest takim odcinkiem miasta, gdzie przewijają się codziennie duże ilości proszących o pomoc, głównie narkomanów, zawsze powstaje pytanie, czy dając pieniądze nie finansuję nałogu etc., ale jednak ten krzyk o pomoc nie mącący spojrzeń setek ludzi będzie mi dźwięczał w uszach. I pytam siebie, co jest w takiej sytuacji trudniejsze: głód czy milcząca informacja - nie jesteś jednym z nas. A uznać w tym drugim człowieka możesz zawsze, nawet gdy nie masz środków finansowych albo rozeznajesz, że w danym przypadku nie powinieneś dawać pieniędzy.

Mimo wszystko, nawet kiedy potrafisz dostrzec twarz wołającego o pomoc, to po tym spotkaniu wracasz do ciepłego domu. Nawet gdy tej pomocy udzielasz cyklicznie, gdy przeżywasz trudne sytuacje życiowe spotykanych osób, to potem wracasz do ciepłego domu. Nawet gdy zajmujesz się pomocą zawodowo, to i tak później wracasz do ciepłego domu. Nie mówię, że to źle - chodzi mi tylko o to, że ta twarz biedy, pod tym kątem patrząc, jest łatwiejsza w przeżywaniu niż pozostałe.

Twarz druga

Na ogół znacznie trudniejsza jest bieda, od której trudniej się odseparować - biedni z naszego otoczenia, czasem bardzo bliskiego. Złośliwa starsza ciocia lub wujek, którzy nie mają nikogo innego, rodzic z demencją, przyjaciele w tarapatach, chorzy, trudne osoby w rodzinie lub bliskim sąsiedztwie albo w pracy. To tylko mały ułamek sytuacji, których możemy doświadczać. Niektórych szczerze kochamy, za innych czujemy się odpowiedzialni lub po prostu chcemy im życzyć dobrze. Łączy ich jedno - odczytujemy w sumieniu, gdzieś w centrum naszej jaźni, że są to osoby jakoś nam zadane. I one czasem wytrącają nas z naszych bezpiecznych przystani, azylów psychicznych. Oczywiście nie namawiam do tego, by nie być asertywnym i dawać sobie wszystkim na około wchodzić na głowę, ale wcześniej czy później zawsze spotykamy tych, co do których jesteśmy pewni, że to w ich twarzach patrzy na nas Chrystus.

Ta odpowiedzialność może budzić liczne frustracje, trudy, na które nie czujemy się gotowi i którymi czasem nie umiemy podołać - może być tak, że na jeden udany akt miłości czy przyjaźni przypadają w sercu lub działaniu dwa nieudane. Spotkanie z taką biedą, biedą nieoczywistą, często niematerialną, to dopiero kuźnia charakteru, którą czasem - nie ma się co oszukiwać - przegrywamy. I do której wciąż na nowo staramy się powstawać.

Takiej biedy często nie da się nie słyszeć, przed takim ubóstwem, równie często, nie ma powrotu do ciepłego domu.

Twarz trzecia

Kolejna odsłona nędzy to rodzaj biedy dla królestwa niebieskiego - ale nie chodzi mi o ubóstwo wybrane w wolności w ramach rad ewangelicznych - chodzi mi o najsłabszych z punktu widzenia królestwa. Ci najsłabsi to nie osoby najsłabsze po ludzku - tych Jezus często nazywa błogosławionymi - cichymi, prześladowanymi, prostymi, smucącymi się, doznającymi niesprawiedliwości - oni dla nieba często są tymi szczęśliwymi. Najsłabsi to ci wybierający obiektywne zło, zaślepieni, odrzucający istotne wartości. O jakże trudno nam ich kochać. A jednak w pewnym sensie to oni są tymi krzyczącymi z głodu. Nie będę wymieniać przykładów, każdy z nas pewnie widzi przed oczami konkretne oblicza tej biedy, które go naprawdę denerwują, których działania i poglądy uważa za zagrożenie dla społeczeństwa lub nawet cywilizacji.

Warto zapytać siebie, czy zgadzam się w towarzystwie tych ludzi wkroczyć do nieba, mało tego, czy jestem gotów o to Boga prosić. Czy chcę zaspokajać głód, który w sobie noszą, czy chcę być ich bliźnim?

Twarz czwarta

Czwarte spotkanie z biednym może być najtrudniejsze. To spotkanie ze sobą - własną nędzą moralną, własnymi błędami z przeszłości, własnym niedorastaniem do wyobrażeń, własnymi porażkami, własnymi grzechami, własną przegraną. Czy potrafię w tym człowieku, którego oglądam w lustrze dostrzec bliźniego, potrzebującego, o którego chcę się zatroszczyć, któremu zamiast codziennych smagań bicza krytyki, chcę dla odmiany okazać miłosierdzie?

W tym miejscu najlepiej byłoby odłożyć na chwilę dalszą lekturę i posiedzieć ze sobą, spojrzeć na siebie, jak na ubogiego w gronie innych ubogich. Jak na kogoś, kto bezgranicznie potrzebuje twojej akceptacji i opieki. Dostrzec własną twarz, która może być zupełnie inna niż to, co prezentujemy na codzień nie tylko światu, ale także i sobie.

Przyjęcie

To, co łączy wszystkich ubogich, o których pisałam, to ten bufor wolności, który każdy z nas otrzymał w darze, dzięki któremu możemy z rzeczywistością walczyć lub ją zaakceptować, w sensie przyjąć jej stan do wiadomości. To nie znaczy nie chcieć czy nie pracować nad poprawą sytuacji, tylko to, by przyjąć realia i okoliczności i zgodzić się na nie: na to, że świat często nie jest po naszej myśli; że istnieje cierpienie, którego nie umiemy wytłumaczyć, ale któremu zaprzeczając tylko je potęgujemy: tego, że bycie człowiekiem to także doświadczenie braku i bólu i że właśnie w nich często doświadczamy królestwa niebieskiego w postaci wyciągniętej ręki drugiego - uciekając od nich pozbawiamy się tego doświadczenia. To nie żadna apoteoza cierpiętnictwa, to po prostu reakcja na cierpienie, które i tak nas dotyka. Którego sobie nie wybieramy i nie wymyślamy.

W tym wszystkim mamy szansę stawać się karmiącymi, zaspokajającymi różne rodzaje głodu, także swoje własne, jeśli chcemy godzić się na świat i przyjmować zaspokojenie w kontakcie z Bogiem i poprzez uczenie się jego logiki, bo tylko On ma w sobie moc i umiejętność napełniania nas duchem i sensem. W tej współpracy z Nim nie ma przegranych, a im więcej mam i im mniej mój własny głód krzyczy, tym łatwiej i skuteczniej pomogę innym. Nie będę oszukiwać, że to droga łatwa i prosta, to raczej kamienista ścieżka pod górę, na której wiele razy będziemy się potykać i upadać, ale ma jeden zasadniczy plus - to droga wiodąca we właściwym kierunku.

 

 



 

Polecane